środa, 9 marca 2016

Efekty dźwiękowe poranka kipiącego śniegową pluchą


Dziś rano
Na wiejskiej ścieżce
W ciemności, która mnie wytrwale na dworzec odprowadza,
Swoją stopą - dobrze uzbrojoną w ciężki but zimowy
Rozgniotłam liczebne drużyny, szwadrony, całe legiony!
Dobrze wykarmionych, spasionych ślimaków

Bez skorupek.



piątek, 4 marca 2016

„Wędrowali szewcy przez zielony las. Nie mieli pieniędzy, ale mieli czas”


Kupiliśmy je! Piękne zgrabne siedziska, montowane do ściany, składane jak w starym kinie, idealne na nasz wąski służbowy korytarz, na którym, co chwilę!, ktoś leży wycieńczony staniem. Młodzi ludzie dziś szybko się męczą. Zapytacie, albo i nie, dlaczego w takim razie nie siedzą. Oczywiście i owszem mogliby, gdyby tylko ci, którzy czekali tu przed nimi, nie wykorzystali naszej szczerej gościnności (i lekkomyślności) i nie podprowadzili nam, już to w akcie zemsty za nie załatwione sprawy, już to z powodu niepohamowanej i nie leczonej kleptomanii, stojących tu pierwotnie luzem, ku ich wygodzie!, krzeseł.
Ciągłe potykanie się i lawirowanie pośród polegujących wszędzie klientów – wykańczało nas. A ponieważ kopanie ścielących podłogę nóg nie przynosiło efektów, a drzwi do łazienki wciąż były blokowane stopami wystającymi z gir, wystającymi dalej z korpusów opartych o ścianę naprzeciwko - zdecydowaliśmy się (ratując pęcherze przed pęknięciem, a kończyny przed złamaniem)  zrealizować zamówienie wyżej wspomniane i oczyścić ścieżki prowadzące do punktów strategicznych: do toalety, do automatu z wafelkiem i kawą i do windy.
Zatem siedziska. Przytwierdzone, nie do ruszenia!, a jednocześnie oszczędzające przestrzeń i otwierające ją maksymalnie w chwilach absencji petentów.

Dostawa została zrealizowana na początku stycznia. Wtedy w całą operację wtajemniczony i zaangażowany został dział gospodarczy, który miał podjąć się mocowania. Dział gospodarczy to najsłabsze ogniwo w naszej fabryce. Niemrawe, ociężałe i bardzo zawodne. Ale zaryzykowaliśmy, z braku laku i wiertła. Panowie przybyli już w lutym i, jako wybitni fachowcy, na pierwszy rzut oka ocenili swą robotę jako trudne i ryzykowne zadanie. Musnęli pieszczotliwie korytarz stosownym narzędziem dziurawiącym i już wiedzieli, że ściany i śruby ze sobą nie współgrają.  Aby dowieść nam swych racji dwie godziny wkręcali i przeklinali jedno krzesło, które koniec końców zawisło, ale tylko dla przykładu i zilustrowania popularnych zwrotów: wisieć na ostatnim włosku i na słowo honoru.
Koniecznym okazał się zakup nowych śrub, które umożliwią solidny montaż mebli do lichych ścian. Bez tego ani rusz! Po krótkiej chwili przerzucania się zadaniem służbowego shoppingu - wygraliśmy, wrzucając to zlecenie w kozi róg boiska drużyny gości, nie dając im możliwości rewanżu. Żałować zaczęliśmy już na dzień następny. Po którym przyszły dni kolejne, które dalej złożyły się na cały tydzień.

Po tygodniu krzesło tkwiące samotnie w ścianie długiego korytarza zostało obśmiane już przez wszystkich, nawet tych, którzy nie mieli do nas żadnego interesu, ale specjalnie zjawiali się, by posmakować krótkiej zuchwałej nasiadówy i okrutnej, niesprawiedliwej kpiny. Codziennie teatralne szepty snuły przypuszczenia o skromnym, by nie rzec fatalnym stanie naszego portfela. Co dzień czekał na nas stek szyderstw polany sosem fałszywej troski, bo czy aby na pewno to jedno krzesło nie za bardzo nadwątliło naszych finansów i czy nie wyprowadzi nas z torbami na skraj przepaści finansowej? Po co było się tak szarpać? Czy naprawdę klient wart jest aż takich nakładów?
- bo u nas się nie czeka! my załatwiamy sprawy od ręki! - próbowało się czasem odparować draniom, ale cienka to była linia obrony. Przerywało ją już lekkie uchylenie drzwi na korytarz, na którym roiło się od kontrargumentów wciąż pracowicie szorujących tyłkami posadzkę.

A miało być tak pięknie!

Postanowiliśmy zintensyfikować poszukiwania za panami i za śrubami. Na tym pościgu minął nam kolejny - pełen słabych złośliwości  i niewczesnych  żartów - tydzień. Ale oto teraz w końcu nas odwiedzili. Wpadli ze śrubami i po dwóch dniach niewiarygodnego jazgotu, siedziska przyozdobiły ściany korytarza. I, jak się zdaje, na zaszczytnej funkcji dekoracyjnej zakończy się ich rola, gdyż i bo, jak oznajmia dział gospodarczy:
- … ja od razu pragnę oświadczyć, że jak te krzesła spadną, TO NIE BĘDZIE NASZA WINA.
- jak to spadną?
- no. Tak to. Mogą spaść. Jak jeden klient usiądzie drugiemu na kolanach. Wszystko się może zdarzyć.
- acha…
- ALE WTEDY…
-….  T a a a k?
- od razu ZERWIE SIĘ CAŁA ŚCIANA.
-....
- ale tak jak mówię,  to JUZ NIE BEDZIE NASZA WINA.

środa, 24 lutego 2016

O zmianie płci

Rzecz zaczęła się dla mnie w chwili, gdy K. wpadła znienacka, entuzjastycznie polecając mi pewien film:
- musisz go obejrzeć! FAN TA STY CZNY! Bardzo dobry.
- jaki tytuł?
- "Owce”! byłam na nim. F. mnie zaprosił. 

Wyrwała się, choć cały weekend zajęta była pogonią za pewnymi papierami - ważnymi i niezbędnymi do sfinalizowania sprzedaży samochodu. Poszukiwania były ciężkie i objęły niewąski teren salonu, sypialni, skrytek i szafek kuchennych, wnętrza najmniejszych szczelin, samochodu, piwnicy i garażu. Obszar tropienia rozszerzyłby się zapewne też o zapajęczony strych, ogród, pole i oborę, gdyby tylko K. w granicach swych włości takimi gospodarskimi obiektami dysponowała. Ale i tak obwąchanie skromnego metrażu pochłonęło w mig jej dwa wolne dni, a na domiar złego zakończyło się kompletnym fiaskiem. Dlatego też, obok czasu, K. zabrakło i sił, i ochoty na to, by zadbać o image przed wieczornym wyjściem.  A nie chcąc już męczyć wzroku, wycieńczonego wielogodzinnym intensywnym wypatrywaniem dokumentów, nie rzuciła ni jednym okiem w lustro i na spotkanie z F. poszła tak, jak stała. Ogarnięta wstrętem do złośliwych rzeczy martwych, twarz udekorowała kwaśną miną, wieńcząc ją artystycznym nieładem, nie pierwszej świeżości, włosów. Całość zaś dopełniła gustownym dresem, noszącym ślady niedawnego i nieudanego pościgu za zgubą. 

- … w ogóle nie wiedziałam, że są walentynki! zresztą, daj spokój!,  i tak nie miałam do tego głowy.

Pod kinem w zdumienie wprawiła ją absencja F. Konsternacja trwała krótko, gdyż K. obce są niskie uczucia urażonej dumy kobiecej, a jako, że nie była świadoma swej wątpliwej atrakcyjności, która usprawiedliwiłaby czmychnięcie na jej widok każdego, nawet najlepszego i niedowidzącego znajomego - wykonała szybki telefon. Błogosławione łącza pozwoliły bohaterom naszego walentynkowego dramatu ostatecznie rozpoznać współrzędne geograficzne aktualnie przezeń zajmowanych pozycji na mapie kulturalnego Poznania; i kategorycznie ustalić, że na miejsce spotkania wyznaczony został próg kina Apollo, a nie podwoje Rialto, którego hol uświetniała właśnie swą obecnością K., ostrym konturem odcinając się z tła eleganckich par.

Ale, jako że mowa o walentynkach, oto powoli zbliżamy się do happy endu. Koniec końców, spotkali się! K. w ostatniej chwili przed seansem trafia pod dobry adres, ukazując się F. w całej swej wymiętej okazałości, gwałtownie pozbawiając go wszelkich przyjemnych doznań estetycznych, których biedak (artysta  - dodajmy, by w pełni zilustrować ogrom jego rozczarowania) mógł się po tym wieczorze ewentualnie spodziewać. Od tamtej chwili jego głód harmonii i piękna mógł zaspokoić tylko wybrany film. Prawdę mówiąc, już zapadająca ciemność w sali kinowej w swej łaskawości przyniosła mu pierwsze uczucie ulgi, okrywając szczelnie, siedzącą obok, niedorobioną postać Dulcynei.

Oczywiście dres na walentynkowym spotkaniu, to nie koniec świata, nie bądźmy małostkowi, zwłaszcza, że:

- film był świetny! Naprawdę musisz iść! „Owce” pamiętaj!

Epilog:
Po uczcie duchowej udano się na kolację. W knajpie nasza flama, studiując czystą biel karty menu, uświadomiła sobie, że zapomniała okularów do czytania. Nie widząc ni literki, oddała się pod opiekę przygodnemu kelnerowi, w pełni zawierzając jego kulinarnym gustom i poleceniom.
Jako, że ja tyle zaufania nie mam nawet, a może i zwłaszcza!, do samej K. przed podjęciem decyzji udania się na seans zajrzałam do Internetu, gdzie po krótkiej kwerendzie: kinowe owce okazały się być baranami.

"Barany. Opowieść islandzka" - Polecamy.

czwartek, 4 lutego 2016

Czarodziejka

Polska kolej jest fantastyczna
Jest zdolna, kreatywna
i gest ma szeroki

Nie trzeba jej nic.
Salomon? Dyletant i prostak!
Ona z łatwością z próżnego leje
I to szczodrze
Trunek gratis
kielich goryczy dla każdego pasażera! Serwowany do porannej podróży.   
Polska kolej ma dość defektów, by, bez dodatkowych składników, uwarzyć wyborne wprost spóźnienie.
Inni czekają na odpowiednią sytuację, korzystne okoliczności przyrody, bez których nie podołają temu zadaniu. Muszą mieć mgłę, lód na drodze, śnieg z deszczem, gradobicie… słowem: GRYMASZĄ, tymczasem dla niej to nie są komponenty niezbędne do poślizgu. Ona spowalnia niezależnie od warunków pogodowych. I nawet przy 10 stopniach na plusie, kiedy w atmosferze NIC nie wisi, gdy powietrze przejrzyste, a podłoże suche - serwuje podróżnym wyśmienite opóźnienia.
Nie przeszkadza jej nawet wiatr w plecy dmący.
 
Od miesiąca udowadnia swe mistrzostwo, uzyskując dobre wyniki.
Codziennie wyczarowuje pasażerom dodatkowe 10 – 15 minut, które mogą spędzić w pociągu, zamiast tkwić zbyt wcześnie w pracy (dłuższy pobyt w wagonie wliczony w cenę biletu!). I każdego dnia, dzięki niej, mogą wkraczać do biura, zakładu, fabryki z pompą  (spektakularny efekt wejścia, a jakże! – w bonusie, bez dodatkowych opłat).

A dziś otrzymałam dowód koronny jej talentu.
zgodnie z szumną zapowiedzią konferansjera
Pociąg wjechał na scenę
z półgodzinnym opóźnieniem.   
Pół godziny! taka oto sztuczka z rana!
Prawie żem padła z wrażenia na kolana!
i już naprawdę nie mam żadnych wątpliwości.
Co do polskiej kolei (nie)sławnych zdolności .
Wychylam kielich kolejne znów rano
I miast DOŚĆ, krzyczę wciąż  MAŁO i MAŁO!!!!

Co dowodzi, żem już w trupa zalano:/