piątek, 25 lutego 2011

środa, 23 lutego 2011

Marketing

Można ambitnie zdobywać coraz to wyższe poziomy jakości. Szukać nowych i dogodniejszych rozwiązań. Codziennie udowadniać, że jest się lepszym. I tym kusić klientów. Ale nie jest to warunek bezwzględny, jedyny i konieczny. Nie tylko za tę walutę udaje się nabyć klienta. Można bowiem pogorszyć dotychczas oferowane beznadziejne warunki. Zrównać z ziemią resztki ruin prezencji firmy. Zbudować kontrast źle – gorzej. I odnieść sukces.

Dziś dołączono do mojego pociągu dodatkowy skład. W związku z czym od samego rana mogłam oddać się rozpuście i usiąść. Jednakowoż, gdy zajęłam się konsumpcją ofiarowanego mi komfortu, okazało się, że został mi on podstępnie podany na zardzewiałej, ohydnej tacy, GDYŻ I BO w pociągu nie grzano. TO ZNACZY grzano, jak uparcie twierdziła Pani Konduktor, ale nie było czuć ciepła:) Ciepło rozeszło się po wydłużonym pociągu, wyleciało szparami okien do ciepłych krajów lub, co bardziej leniwe, wkulnęło się w brudne przytulne zakamarki i zasnęło. I nijak nie dało się zauważyć jego puszystego miłego futerka.
- bilety do kontroli
- nie pokażę pani, bo mam zgrabiałe ręce – uparła się pasażerka – dlaczego nie grzejecie?
- ależ grzejemy – odrzekła konduktorka i, dusząc w sobie pragnienie skasowania biletu, uciekła (sic!). Śladem ciepła zapewne :)

normalnie tęsknię za moim krótkim pociągiem, który wprawdzie posiadaną długością nie miałby szans konkurować z wypalonym petem, acz jednak. Tam, pod jego siedzeniami, tlił się jakiś żar.

poniedziałek, 21 lutego 2011

Luty

czyli ostatnie zimy minuty

- Zima nie daje za wygraną – oznajmiło mi z rana radosnym głosem radio.
Owszem. Może i nie daje. To znaczy, rzeczywiście nie daje. Bo trudno zaprzeczyć temu, co widzę za oknem. Ale to jej ostanie wierzgnięcie. Ostatni zryw. Ostatni dech. I niemrawe machnięcie otępiałym mieczem. Lada chwila wyzionie ducha nielitościwie przeszyta wydłużającą się ostrą szablą dnia.
U HA HA.
A ja zatańczę na jej grobie
na jej grobie zaśpiewam
bo serca, jak wiadomo,
do zimy ja nie mam.

piątek, 11 lutego 2011

Zima

Od początku stycznia media bardzo się nią opiekują; trzymają ją pod swymi skrzydłami i odkąd biedaczka niedomaga nieustająco i niezmordowanie dodają jej otuchy, że będzie lepiej, że już wkrótce temperatura spadnie, a ona znów w pełni sił, w aureoli śniegu stanie na własnych w lodzie ciosanych nogach.
Samarytanie, psia kość. Naprawdę się starają. Od miesiąca z okładem chodzą wokół dogorywającej zimy na paluszkach i z zatroskanym czołem mydlą jej oczy. Każdego dnia dla jej dobra maskują prawdę i w eterze ich alarmujący ton głosu bezwstydnie minus jeden pakuje w minus dwadzieścia, słaby opad śniegu kamufluje w zacinającą z ukosa śnieżycę, a wiatr nadyma do wichury.

A mnie nie obchodzi stan krytyczny zimy. Najchętniej odłączyłabym kroplówkę z medialnymi zaklęciami, poduszkę do ust przyłożyła i dobiła…o tak. DOBIŁA..
Bo jest dobrze. Takie zimy lubię. Schorowane i mizerne, osłabione gorączką, bez mroźnego tchu i bez szronu na czole.

Prognoza radiowa dziś mojego przyjaciela ptaka nie zagłuszyła. Znów się rozśpiewał, na pohybel zimie!!!
:)

środa, 9 lutego 2011

szus szus

Ostatnio wszyscy jeżdżą na narty. Systematycznie spotykam kogoś, kto właśnie jedzie, kto zaraz pojedzie, lub kto właśnie wrócił z.
Ale grzbiety gór nie drżą w przeczuciu tego zmasowanego ataku. One tylko nadziwić się nie mogą, że jest w ludziach aż takie zapotrzebowanie na
się staczanie.

czwartek, 3 lutego 2011

o miłości zrodzonej ze złości

Jej ojca/siostry nie cierpię. To królestwo monotonii najnowszych nowości. Nudny wysoki majestat się bawi i na uszach gawiedzi z zimną krwią zarzyna świeże przeboje! Muzykę z lubością magluje, radośnie wyciska, z mlaskiem wysysa do cna i wypluwa z suchym grzechotem. A turlająca się jeszcze przez chwilę na antenie pestka-nutka, w drodze do najdalszego, zapajęczonego kąta, budzi w słuchaczu już tylko, przepełnione nudą i zniecierpliwieniem, westchnienie.

Chilli Zet natomiast, stacja córka, albo stacja siostra, jak kto woli, łagodzi moje nastroje, koi nerwy, kołysze i tuli…a co najważniejsze - nie gnębi popowymi szlagierami

odkryłam niedawno
zakochałam się
i tak trwam
zwłaszcza w pracy
polecam.

środa, 2 lutego 2011

Wenus z Milo

Coraz częściej wydaje mi się, że wiosna już! już!!!!! już się szykuje do natarcia. i już!!! już przysłała swe sługi, co by oporządziły ziemię na jej przyjście.
Tak. Wiem, że dopiero weszliśmy podkutymi butami w luty, ale Pan Ptak, z którym co rano po otwarciu służbowego okna sobie gawędzę, wyraźnie wyśpiewuje mi, że zaraz będzie ciepło, rychło dzień długi, a w nim słońce, które wnet i bezlitośnie rozprawi się z materią od półrocza bez pardonu osaczającą nasze biedne ciała. Lada chwila tony bawełny ciążące nam na grzbietach stopią się. I spłyną po nas kurtki, czapki, szale, rękawiczki, golfy… i wyjdziemy z wielkiej spienionej dzianinowej kałuży odrodzeni, piękni, wolni... szczęśliwi
Jeszcze chwila - mówi Ptak – a będzie właśnie tak.
:)

PS. byle nie na wspak;)