Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pociąg. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pociąg. Pokaż wszystkie posty

sobota, 11 kwietnia 2015

O ogrzewaniu, gotowaniu i dobrych radach

Przewozy regionalne biją się o Złote Żebro Kaloryfera. 
Jest to prestiżowa nagroda dla jednostek przekazujących ciepło. W czasach, kiedy tak łatwo lodowacieją, kruszą się i łamią relacje międzyludzkie, gdy klimat okrutnie się wychładza, oto są firmy, które rozpalają atmosferę. Oczywiście nie ogrzeją całego świata, ale czyż każde jedno serce rozmrożone, do życia i miłości pobudzone, w pomieszczeniach pozostających pod ich opieką,  nie jest na wagę złota?
To krótki wycinek ze statutu konkursu, którego rozwiązanie już niedługo.

Wyobrażam sobie to wszystko, topniejąc w drodze do pracy.
5 minut jazdy i już pyrkoce krew w sercu moim i wrą płyny we wszystkich naczynkach…  

Kolej, gnając w peletonie wyścigu, właśnie przycisnęła pedał gazu. Pięknie rozwija prędkość, zwiększając emisję gorącego powietrza w swych wagonach. Zdaje się, że nie wykorzystano wszystkich zapasów przewidzianych na tę zimę (która okazała się być dość lichą), dlatego teraz koniecznie trzeba zaległości nadrobić i pozostałości magazynowe upłynnić. 

Pociąg, odkąd wiosna wspięła się na tron, oferuje nam w cenie biletu poranną saunę.

Gdy o świcie na zewnątrz ledwie do 5°C
Temperatura powietrza w przedziale sięga 45°C
Choć w dolnych partiach, przy podłodze, możemy mówić o podwójnej dawce żaru.
Moje nogi, które zajmują miejsce pierwszej klasy tuż obok grzejnika, pławią się w 100 stopniach.
To doprawdy cud, że moje ubrania (rygor prania do 30°, pod groźbą utraty kroju i koloru) jeszcze się nie zdeformowały, a notatki i książka- ogniem nie zajęły. 

Nóżki gotowane w rajstopach. Cuits jambes en collants... Oui, oui, oui… Mesdames et Messieurs, oto w jak wykwintne pyszności jestem zaopatrywana podczas jazdy. Aby nikt w ten bezcenny specjał swych zębów nie zagłębił (toć na zegarze pora śniadaniowa – więc żadna trudność spotkać głodomora), po opuszczeniu pieca, przebieram rozmiękłymi kończynami co sił w kierunku przystanku tramwajowego.

- Co robić? – zapytuję– by któregoś ranka w lepką breję na dobre się nie obrócić?
- Zacznij biegać – proponuje Haruki Murakami.
- Kup samochód – radzi Jeremy Clarkson.
- Polecam rower, raczej. Jeśli oczywiście nadal chcesz dojeżdżać do Poznania – mówi prezydent Jaśkowiak.

Dzięki Panowie.

To może i ja pokuszę się o inwencję
I poproszę konduktora o interwencję.
Złotego Żebra wtenczas nie zdobędą,
Ale me serce podbiją na pewno. 

piątek, 3 kwietnia 2015

Czy to jawa, czy sen?


Bardzo chce mi się spać. Choć zdaje się, że przez chwilę byłam przebudzona… To  jazda pociągiem musiała mnie z powrotem ukołysać, następnie tłum poniósł mnie na przystanek, wtłoczył w tramwaj, w którym ponownie zapadłam w głęboki letarg… a dalej… dalej dokładnie nie pamiętam, co się stało, ale jakimś cudem, które zdarzają się mającym szczęście somnambulikom, dotarłam cało do pracy. Tak to musiało się jakoś gładko i wartko potoczyć, bo właśnie ocucił mnie służbowy telefon.
Ale pewnie tylko na chwilę.
Bo leżę na biurku i nadal bardzo chce mi się spać.
A pragnienie to potęguje zbliżająca się kolejna zmiana rozkładu jazdy pociągów.  Doszły mnie słuchy o niej, choć skrada się cichuteńko, na paluszkach, ale  już ja dobrze wiem, że to nie z wrodzonej delikatności; bo, niestety (to już pewne) za pół miesiąca tupnie mi ona o brzasku tuż przy głowie i wrzaśnie, że oto nadszedł czas na pobudkę.
15 minut wcześniej.
15 minut wcześniej RANO.
Jakby to zważyć i opisać, by  tym specom od rozkładu uprzytomnić, że to niemało? że to szok, że od groma i bez liku minut nam zabierają? 15 minut! To kupa (czasu), którą mam ochotę ich obrzucić… 

Oni pchnęli pociąg kwadrans wcześniej o świcie
A mi przed oczami stanęło całe życie

Nie mogę o tym spokojnie myśleć.
Idę spać
Dobranoc

piątek, 21 listopada 2014

Nomen omen

Japoński pociąg osiągnął prędkość 500km na godzinę.
Myślę o tym, jadąc do pracy. Myślę o tym niespiesznie. Właściwie dumam. KONTEMPLUJĘ. Powoli. Mam 36 km przed sobą i czas.  Dużo czasu. Przez najbliższą godzinę nie pokonam nawet połowy drogi.

Pociąg skrzypi i trzeszczy. Kolebie się łagodnie i co chwilę przystaje.  Jakby spacerował po torach w, podobnym do mojego,  refleksyjnym nastroju. Jakby maszynista tkwił za ostatnim wagonem i mozolnie go pchał.

Wszyscy wzdychamy ciężko pod wpływem tego wyobrażenia nie- do- wyobrażenia.

Pośród chrzęstu  starych stalowych kości zda się słyszeć nasze przekleństwa.
Klniemy i narzekamy.
PKP
Ech ta PeKaPe.  
A obelgi nasze trafiają donikąd, bo adresat przecież nie istnieje.
- już dawno nie ma PKP.
- nie?
- nie, teraz są Przewozy Regionalne.

 PR

Pe eR

Choć słuszniejszą wymową tego skrótu byłoby
PRrrrrrrrrrry

doprawdy wydaje się to dźwięczniejsze i, ze wszechmiar!, celniejsze.
Bo też nie zdarzy się wpaść w galop kolejce,
Której w samej nazwie ściąga się już lejce.



Bywajcie!

środa, 7 maja 2014

Pobudka wstać – koniom wody dać


Mamo. Tato.
Wyszłam na ludzi.
I to na wielu.
Z twarzy zdaję się znajoma
Prawie każdemu.


To, odkąd pamiętam, się zdarza. Ale ostatnio częstotliwość tego zjawiska niepokojąco wzrosła.
Rzecz zazwyczaj dzieje się w drodze powrotnej do domu.
Namierzają mnie pasażerowie z miejscowości znajdujących się przed moją stacją. Rozpoznanie z ich strony jest nieomylne i murowane. Niech nikomu się nie zdaje, że im się zdaje. O nie. Oni są pewni. Są pewni i się nie mylą.  Są saperami i chcą mnie wysadzić.  
Dlatego w momencie, gdy widzą, że drzemię zamiast zbierać się z nimi do wyjścia z pociągu - przechodzą do rękoczynów, czyli do bezpardonowego wyrywania mnie ze snu.  Trącają me ramię, szturchają kolana, klepią me dłonie…

- halo, proszę panią! To już stacja P. !
- boże, ale mnie pan wystraszył…. co się stało?!
- nie wysiada pani?
- a gdzie jesteśmy?
- w P.
- a, to nie!
- NIE?!
- nie. To nie moja stacja…
- to pani tu nie mieszka?
- nie…

Fundują mi niepotrzebną pobudkę. Przez nich już w dalszej trasie nie usnę. Po gwałtownym obudzeniu trudno ot tak sobie wrócić do napoczętej drzemki. Raz przerwaną trudno na szybko odszykować i wpaść w nią z takim samym smakiem na nowo. Oczywiście można spróbować związać ją ponownie, niczym zerwane sznurowadło. Ale to już prowizorka. Jakość daleko poniżej normy. Przyjemność porównywalna z piciem zwietrzałego wina; ze spaniem w zatęchłej pościeli; z wieczornym dojadaniem kanapki, którą przygotowaliśmy sobie o świcie, ale zapomnieliśmy wziąć do pracy. Wiecie w czym rzecz. Te błędne diagnozy współpasażerów bezpowrotnie zabierają mi wypoczynek, który, jako zasłużony, wycenie nie podlega. Ale mimo wszystko doceniam ten odruch.

Dostrzegam w tej niedźwiedziej łapie gest pełen sympatii i opiekuńczości. Choć nie do końca wyraża on troskę o mnie, a jedynie o tę osobę do mnie podobną, która nigdy się nie dowie, że są w jej miejscowości ludzie, którzy martwią się, by nie przespała swojego przystanku, by zdążyła na obiad i by nie zapłaciła mandatu za jazdę na gapę w dalszej trasie.   

To ich serdeczne zachowanie wzrusza mnie nawet nieco za bardzo. Że aż się boję, że za n-tym razem podziękuję, bezmyślnie wysiądę wraz z nimi i zacznę poić cudze konie:).  
Przed tym odruchem, jak na razie, powstrzymuje mnie wizja kolejnej godziny czekania na pociąg. I to na obcej mi stacji. I może jeszcze w majowym mrozie…brrr  DLATEGO:    

- proszę się obudzić jesteśmy już w M.
- co takiego?
- proszę się obudzić.
- ale ja jadę dalej.
- to pani nie jest z M.
- nie
- głowę bym dała, że znam panią z przystanku…


Nie bądźcie tak rozrzutni
Nie szastajcie głowami, jakbyście byli, najmniej!, trójgłowymi smokami.

środa, 22 stycznia 2014

Precedens


Elżbieta Be, minister infrastruktury, własną piersią postanowiła przesłonić nieudolność PKP. Zdecydowała się ona być bardziej skandaliczna od spóźnień pociągów i bardziej niż wagony kolei oziębła.
Kiedy w listopadzie wstępowała na tron, niejeden myślał, że transport krajowy owionie rześki wiatr odnowy. Toć po nominacji pani minister mówiła, że ma tatuaże… no i że o podróżnych dbać będzie bardziej niż o swe apanaże. Tymczasem, bardzo proszę, przyszło sześć stopni z minusem (a, bądźmy rozsądni!, zbójnicy to słabi i przez niejedną prognozę gromko zapowiadani), gdy kolej znów z torów ścięło, a pasażer został zignorowany.

I co na to pani minister?,
Ta z tatuażem, co to miała na transport kręcić bat?
Zacytujmy tu może:
Sorry, ale taki klimat!

 - Ale jak to? – gorzko się ktoś żali -
 Ja za bilet płacę: majątek plus VAT!!!
 - Pasażerze – twa minister mówi -
nie kłamię! sorry, ale taki klimat.

 - Usprawiedliwiłem swe spóźnienie - opowiada Wacek K.  /podróżny/ - mówiąc do szefa: taki klimat…
 - i co? - temat drążę.
 - Zostałem zwolniony. Problemów z PKP już nie mam.

Więzień za kratą też się zadumał,
Bo, kto wie?, czy poszedłby do paki,
gdyby tak wtedy prosto z mostu rzekł: 
Wysoki sądzie! Sorry! TU KLIMAT TAKI! 

niejeden też mąż, co żonę zdradził, 
bo przyszła mu chęć na amory.
Swym dzieciom teraz gładko tłumaczy:
A bo tu taki klimat,
NO SORRY.

- a wy, o pani Modigliani!, kosztorys już dla mnie macie?
- czyś pan oszalał?! Mam zliczać koszty?! Tutaj?
W TAKIM KLIMACIE?!

niedziela, 29 września 2013

Kosmitka w pociągu


- przepraszam pana, czy to miejsce jest wolne?
- …
- to miejsce jest wolne?!
- …

Oczywiście zawracam mu głowę. Wyraźnie jest urażony, a Ona rozpostarta obok niego, niemo (zaprawdę w korcu maku dobrani!) podważa zasadność mojego pytania. Wiem, że z jego punktu widzenia tylko Ona ma święte prawo zajmować to miejsce. Ale nie ustępuję. To mnie tutaj ustąpić się winno. Umówmy się. Jestem słuszniejszej postury i, gdyby tylko chamstwo było moim drugim imieniem, mogłabym tę flądrę zwalić na podłogę jednym ruchem, ZWŁASZCZA, że to ja mam rację i palma pierwszeństwa niezawodnie mi się należy. Jestem tego pewna. Więc nie odejdę dopóki nie zdobędę Jej pozycji. SIEDZĄCEJ! Więc nalegam. Ciągle grzecznie, aczkolwiek coraz zwięźlej: 
- WOLNE?!
- …
Patrzy. Naprawdę wciąż tylko patrzy (na moje czułka, zieloną karnację i pomarańczowe włosy ….? Doprawdy trudno orzec) I gdy szykuję się do kolejnego bisu, on nagle zaczyna się krzątać. Bez słowa w końcu robi mi miejsce. Zabiera z siedzenia tę cholerną torbę i obrażony ładuje ją na półkę bagażową. 

Nareszcie!
Siadam na tym wymęczonym szczycie podium.  
No i oczywiście wiem
Tak wiem
jam też jest torba jedna:)

ale ja ciężko płacę za bilet miesięczny
A ta teczka mniemała,
że by być w podróży
Wystarczy się tylko z dyplomatą zaręczyć.

Jednak w pociągu (nawet jak masz przy sobie dyplomaty łapę)
bez swojego biletu - pozostajesz pasażerem na gapę.


:)


środa, 28 sierpnia 2013

bukmacherskie zakłady kolejowe


Hasło najnowszego turnieju PKP:
wlecz się noga za nogą – a ucieszysz się nagrodą.
Zakłady idą o to, która bana wolniej pokona daną trasę. 

Nie wiem jakie konkretnie zaszczyty spadną na głowę zwycięzcy, ale od dłuższego czasu obserwuję, że maszyniści, żądni medali i uznania, tracą głowę w poszukiwaniach narzędzi oporu. Budują tamy, zwiększają tarcie, takie mają na wygraną parcie:) Najlepsze wyniki, oczywiście!, osiągają pociągi na moim odcinku. Prawdziwa maestria niemrawości. Ociężałość naszych wagonów dawno już zdusiła wszelką konkurencję. Wolniej - w naszym wypadku - znaczy już tylko STAĆ. A ponieważ ambicje są wielkie, nie odżegnujemy się i od tego.   

Zenit rozślimaczenia.

Często bazujemy w polu, albo tkwimy długimi minutami na każdej napotkanej stacji. A obok pomykają te złamasy - pociągi pośpieszne, towarowe i trwoniące prędkość szynobusy…

Laury właściwie mamy już w kieszeni.


Z analizy czasu moich ostatnich dojazdów wynika, że mieszkam we Wrocławiu.
Liczę na zakończenie tej durnej walki,
nim zegar mi powie,
że osiadłam w Krakowie.

środa, 8 maja 2013

O ułamku


Bo to zaledwie kilka godzin. Nikły procent. Niewidoczny gołym okiem odprysk. Drobina czasu w morzu długiego weekendu spędzona w transporcie publicznym.

Ostatnio, na najbliższej mi trasie kolejowej, PKP podaje do toru dość zubożałą kartę dań. Obiecała wprawdzie zasilić nieliczne dawki pociągów dłuższymi składami, w myśl zasady: karmimy rzadziej, aczkolwiek serwujemy większe porcje (Na przekór dietetykom!), lecz niestety (doprawdy nikt się tego nie spodziewał) - NIE WYSZŁO.
Pasażerowie zostali na głodzie.

Oto wsiadam sobie do trzywagonowego składu. Pociąg dość szybko się zapełnia i po kwadransie jest już gorąco, już kipi. Pasażerowie z walizkami stoją niepewnie na peronie przed bulgoczącym wagonem. Na pomoc wezwany zostaje konduktor, który bez krzty zastanowienia zwiększa pod nami płomień palnika:
- PROSZĘ PRZESUNĄĆ SIĘ DO ŚRODKA WAGONU!!!
-….
- NIECH PAŃSTWO SIĘ PRZESUNĄ!!!!!
- niech pan na nas nie krzyczy!
- ja nie krzyczę. Ludzie chcą wejść!
-…
- NO NIECHŻE SIĘ PAŃSTWO PRZESUNĄ!
- TO NIECHŻE PAN DOŁĄCZY WIĘCEJ WAGONÓW!!!

I oto doszedł go swąd spalenizny i wreszcie zrozumiał, że garnek jest za mały, a składniki zwarzone i sytej strawy upichcić się nie da. Kolejny rozkaz zamarł mu na ustach i chochelka z dłoni jego drżącej wypadła. 


Ale co tam zubożałe menu PKP wobec obsługi PKS w Koszalinie. Proszę ja Was.
Stoimy w boksie i czekamy na autobus.
Autobus nie podjeżdża.
Jest to ostatni autobus, jaki udaje się w interesującym nas kierunku.
I CIĄGLE NIE PODJEŻDŻA.
Zaniepokojeni udajemy się do kasy, w której na tenże autobus kwadrans wcześniej nabyliśmy bilety.
- przepraszam, ale autobus nie podjechał.
- nie?...acha no tak, TEN autobus… ekhm…. TEN autobus akurat miał awarię. 
- a k u r a t miał awarię?
- mhm… no tak. ON JUŻ DZIŚ NIE POJEDZIE. Ja to NAWET ogłaszałam, ale niestety głośniki mamy tu zepsute.
-?!

Ale w końcu się udało.
Trafiłam tam, gdzie miałam.
I już prawie poczułam się jak w siódmym niebie,
gdy zadzwonił telefon:

- cześć, właśnie dotarliśmy nad ocean. A ty jak tam?
- no…a ja właśnie dotarłam nad Bałtyk.

Także ten.

wtorek, 6 listopada 2012

z(NIC)z


W drzwiach przedziału stanął Pan Konduktor.
Na jego służbowej ścieżce, niczym liście, grubą warstwą ścieliły się bagaże, a zaraz przy nich bujnie kwitły cierniste krzewy ich właścicieli. Widząc przed sobą tę groźną dżunglę, Pan zrezygnował z kontroli i krzyknął tylko w progu, by ci, którzy się właśnie dosiedli okazali mu swe bilety. Ziółkiem, które jako jedyne z całego najeżonego tłumu odpowiedziało na ten tchórzliwy apel, byłam ja. Już nie pierwszy raz okazałam się najsłabszym ogniwem w ziejącym agresją wagonie. Ale tym razem wszystko to BO: wyrosłam na samym brzegu gęstego buszu, a jako, że właśnie dopiero co zajęłam swe ekskluzywne miejsce stojące z kilkukilogramową torbą na stopie – nie zdążyłam nasrożyć swych kolców. Więc potulnie pokazałam bilet, chociaż do tej pory wcale nie uważam się za tę, co się dosiadła. Bo, powiedzmy sobie szczerze: nie można mówić, że się dosiadło, skoro w ogóle się nie usiadło:)))

Ale zostawmy tę, utrzymaną w jakże kwiecistym stylu, historię:)))) Chciałam tylko poinformować Was, o nieświadomi!, że podczas, gdy policja szumnie organizuje na polskich drogach  akcję ZNICZ - PKP skromnie i po cichu, aczkolwiek do rymu:), urządza na torach akcję WIELKIE NIC.
I oto w niedzielę akcja owa - kolejowa zakończyła się wielkim sukcesem. Bo oto przedwczoraj, wykorzystując minimalną przestrzeń trzech nieco zdewastowanych wagonów, PKP dostarczyła do Poznania całe hordy niegroźnie zgniecionych pasażerów i ich długoweekendowych waliz. I ośmielam się uważać ten niesamowity osiąg za wart rozgłaszania:)

Jak donoszą portale internetowe w miniony weekend drapieżny asfalt dróg polskich pochłonął życie 36 osób.

W tym samym czasie droga pokryta torami,
choć wcale nie usłana różami,
nie spłynęła krwią ni jednej ofiary.

I myślę, że to jest klucz.

Inwestowanie w obwodnice i autostrady to wyrok śmierci dla tego kraju pełnego chojraków.
Czas najwyższy wypruć z krajobrazu tej ziemi nitki udające szosy.
Łatwo pójdzie, bo to w końcu zaledwie flejtuchowata fastryga.
Zaprawdę powiadam, usuńmy ją!
I zostawmy tylko chodniki,
I trasy rowerowe
A kasą z Europejskiej Unii,
Wyładujmy polską kolej!!!

Howgh :)

piątek, 26 października 2012

Za oknem


liście butwieją, a ja piszę dzień dobry, coby nie wyglądało, że zmarło mi się na katar. Chociaż w sumie to nie zauważyłam żadnych oznak niepokoju z Waszej strony, wielkie dzięki!;)

A ja nie dość, że ozdrowiałam, to po długiej przerwie powróciłam na blokowisko. I oto znów z obcymi ludźmi dzielę drzwi, klatkę schodową, ściany i sufit.
Poza wsłuchiwaniem się w odgłosy wieżowca, który wzdycha, gra na fortepianie, gada, szczeka, szumi i trzaska drzwiami…  sprawdzam, czy można wkupić się w łaski czasu. Czy można nałapać go, napchać nim po brzegi kabzę i zyskać co nieco rezygnując z dojazdów i zamieszkując w mieście, w którym się pracuje.
Wg wstępnych obliczeń zysk winien być spory i nie do przecenienia. Choć na razie, po dwutygodniowej obserwacji, żyły czasu nie odkryłam, ale cierpliwości! Mój eksperyment trwać będzie całą zimę. A potem zrobi się tabele, zestawienia i wykresy, podda się całość wnikliwej analizie i wyciągnie wnioski.
Najważniejszą, i już zauważalną!, korzyścią jest przyjemność niekorzystania ze zubożałej ostatnio oferty PKP.

A poza tym…
idzie zima.
Idzie!
Czyli, że się jej nie spieszy
I jest nadzieja, że się spóźni.

środa, 4 lipca 2012

Przeprowadzka


Stary dworzec powoli pakuje manatki. Na razie zamknął połowę kas i całą ścianę szczelnie przesłonił czarną kurtyną. 

Oto kolejne, tym razem na piśmie, zaproszenie na NOWY DWORZEC POZNAŃ GŁÓWNY.
PKP niezmiennie od maja zachwala, nagabuje i kusi. Zapraszamy na NOWY DWORZEC POZNAŃ GŁÓWNY; bilety można również nabyć na NOWYM DWORCU POZNAŃ GŁÓWNY; NOWY DWORZEC POZNAŃ GŁÓWNY (to jest gość naprawdę równy:) ...  rozlegało się ostatnio w szarej sieni dworca starego. Rozlegało się, rozlegało i rozlegało, ale jednak kłębiących się tam tłumów nie rozrzedzało. Bo ludzie kurczowo starych murów się trzymają. A przecież nie po to stworzono ów zacny budynek NOWEGO DWORCA GŁÓWNEGO, by teraz stał pusty, bez pasażera jednego. Więc. Teraz zamknięto stare kasy. Nie chcieliście po dobroci, to was elegancko wykurzymy. Teraz się nauczycie, robaczki!

Trudna to będzie nauka.

Problem nowego dworca nie polega na tym, że tablica odjazdów jest nieco nieczytelna (kwestia przyzwyczajenia), że trudno usłyszeć panią kasjerkę (kwestia nagłośnienia), a nieruchome schody są za wąskie (kwestia gustu lub i diety). To doprawdy drobiazgi. Niedogodności, które nikną za plecami kiepskiej lokalizacji nowego dworca.Bo nowy dworzec znajduje się na dworcowym uboczu. Jest jak zbyt długi przypis ukryty na końcu książki. Można w nim utknąć i, dalibóg!,na dobre stracić wątek.

Na pierwszy rzut oka nowe mieści się blisko starego. Ot, lekki rzut beretem. Wprawdzie. Ale w praktyce niestety to dworcowe opłotki. Jest dość nieporęcznie. I absolutnie nie po drodze. Zwłaszcza jeśli przybywamy z dołu (a już zwłaszcza jeśli z zachodu). Wówczas dokonać należy szeregu operacji wymagających od nas zapasu czasu, tężyzny fizycznej i rozeznania w terenie. Trzeba co nieco nadłożyć drogi, wjechać/wejść, a po wszystkim zejść (tymi wąskimi schodami, of course). Choć można jeszcze skorzystać z windy (bo jednak pomyślano o windach! nie bądźmy tacy surowi w ocenie i przykróćmy nieco wrodzony malkontentyzm). No dobra!  
I to tyle z pogody ducha.
Zwłaszcza, że wind nie darzę wielką sympatią. 
W ogóle do wind to ja mam za mało cierpliwości. 
Do skorzystania z windy może mnie zmusić tylko odległość kilkunastu pięter lub/i gigantyczny bagaż 
a do regularnego korzystania z nowego dworca - kompletna ruina starego.
Niestety. Taka ze mnie, mój Staruszku, beznadziejnie wierna Julia. Po tylu latach tak łatwo Ci się spławić nie dam.
I tylko po trupie Twoim
Ma noga zagości na nowym

:)

poniedziałek, 2 lipca 2012

Sahara


wyjść z pracy
w połowie drogi skusić się piękną pogodą i wysiąść z tramwaju
iść pieszo w pełnym słońcu
tracić siły i hektolitry płynów (i trochę żałować pochopnej decyzji o spacerze)
dojść na stację, zakupić wodę i pognać na margines dworca PKP– het, na peron 4a
wsiąść do pociągu, sapnąć, westchnąć, otrzeć pot z czoła
odkręcić butelkę celem ugaszenia pragnienia…
odkręcić butelkę…
OdkRRRRRRRRRRęęęęęęcić buuu
ODKRĘĘĘĘĘCĘĘĘĘĘĘĘĘ
O jacie kręcę!

Zawołać na ratunek współpasażera swego
Zobaczyć jego bezsilność
Stracić resztkę nadziei
Poczuć piach pod stopami, w ustach i oczach 
Zobaczyć skorpiona na horyzoncie…
...
Tak oto w upał można się przekręcić
Chcąc zwykłą butelkę wody odkręcić
:))))

piątek, 20 kwietnia 2012

po lekturze nowego regulaminu pracy


Podchodząc do zagadnienia statystycznie
Mój pracodawca ma więcej obowiązków niż pracownik, ale za to
pracownikowi więcej się zabrania (dobra nasza!:)
w szczególności
parkowania samochodów w miejscach do tego niewyznaczonych

Nagrody i wyróżnienia zasłużyły sobie ledwo na jeden paragraf
Natomiast kary osiągnęły zatrważające gabaryty paragrafów czterech.
Co ciekawe
Na wieść o rychłej karze pracownik może wnieść sprzeciw. Jeśli jednak
spadnie na niego brzemię nagrody - o proteście nie ma mowy.

Tematem przewodnim regulaminu pozostaje jednak zakaz spożywania alkoholu. To bez wątpienia motyw wiodący; trzon, który osnuto całą resztą praw i powinności. 
Niczym mantra, przewija się przez wszystkie strony, by w końcu tryumfalnie przejąć kilkanaście punktów w paragrafie przedostatnim.
Po uważnym przestudiowaniu tego wątku stwierdzam, że najważniejszą działką pracownika jest obowiązek trzeźwości

Przez chwilę nawet miałam dylemat,
czy byłaby to wielka bezczelność
żądać premię za skrupulatną trzeźwość? 

Do wczoraj.
Wczoraj maszynista Edward Pryczek dostrzegłszy zepsuty semafor, przytomnie zatrzymał pociąg.
Teraz dostanie nagrodę.
Pan Edward mówi, że to był jego obowiązek. Nie jest pewny, czy należy mu się nagroda.
Wahają się również pasażerowie zatrzymanych w polu pociągów (jedni - tak, czujemy się ocaleni, drudzy - jesteśmy skandalicznie spóźnieni!!!). Spierają się eksperci. I do oczu skaczą sobie internauci.   

Klarownymi odczuciami w powyższej sprawie dysponuje minister transportu
"Należy promować postawy zgodne z regulaminem i instrukcją."

  

sobota, 14 stycznia 2012

Poznań Główny

Długo nie działo się nic. Po czym nagle. Iskry spod kopyta i u steru stanęło ono. Wielkie. Olbrzymie. Gargantuiczne. Z łapami krwią splamionymi. Tempo budowy dworca poznańskiego.

Rozwinięta prędkość zapiera dech w piersiach. I poniższy film ogląda się. I jest się pod wrażeniem. No ale. W mojej głowie już grzechocą przeróżne śrubki, śrubeczki, nakrętki i pręty…drzemiące pod ogonem rozanielonego diabła. Taka śrubka ma wysokie poczucie własnej wartości. Jest harda i wie, że jej udział w budowie jest niebagatelny, i że, choć nie gra ona roli tytułowej, sztuka bez jej udziału okaże się szmirą, a najbardziej misternie wyglądająca konstrukcja - nic nie wartym truchłem.

Poprzez zawrotne tempo panujące na dworcu widzę niejedną taką zapomnianą śrubkę. Widzę ich całe kopce. Hałdy! Choć oczywiście mam nadzieję, że się mylę, że to tylko wyobraźnia, albo wzrok mnie oszukuje. To bardzo możliwe. Bardzo, ale niestety tak samo, jak i to, że w tym szalonym galopie łatwo stracić z oczu nie tylko śrubkę, ale nawet zagajnik słupów. Obrazy umykają i rozmywają się, jak te za oknem pędzącego samochodu.
No ale obym się myliła.
Oby nigdy żadna zagubiona śrubka nie musiała dowodzić swej istotności, wytaczając bezsporne argumenty wprost na głowy pasażerów.

piątek, 25 listopada 2011

Koleje

Kolej inspiruje
Kolej wyłudza
Kolej ze słodkich złudzeń wybudza

Dlaczego grudniowy rozkład jazdy jest JUŻ dostępny w sieci, a JUŻ od poniedziałku będzie osiągalny na wszystkich dworcach? Dlaczego tak wcześnie??? Otóż. By pasażer zdążył przeredagować swoje życie i wpasować je w nowe, dość śmiało wykrojone, ramy kolejowe.

Jestem świeżo po tej zajmującej lekturze.
I, dziękuję, tak już wiem: za tydzień nie będzie pociągu, którym mogłabym wrócić do domu bezpośrednio po pracy, choć, o ironio!, w moim kierunku w tym czasie w odstępie 20 minut wyjeżdżać będą z Poznania nawet dwa pociągi, ale niestety zbyt przyspieszone, by mogły zatrzymać się na mojej maleńkiej stacji.

Co zatem w zamian proponuje mi PKP, która kosztem pasażera poprawia swą statystyczną prędkość?

Otóż. Mogę śmiało wsiadać w te przyspieszone pociągi, wysiadać stację dalej i PO PROSTU na tejże stacji czekać na osobowy w kierunku Poznania, DOSŁOWNIE CHWILKĘ, bo on wg rozkładu zaraz nadjedzie, zaraz po ośmiu minutach. I teraz tylko 5 min jazdy i, voila!, jestem w domu.
seriously?!

Ktoś tu chyba zapomniał o trwających remontach, opóźnieniach i absolutnym braku kompatybilności wszelkich połączeń. Nie wspomnę już o dodatkowych kosztach jakie muszę (ja i dziesiątki innych niespokrewnionych z kolejarzami dysponującymi mega zniżkami:) zaplanować, by codziennie dokonywać takich przesiadkowych operacji.

jestem pijana ze szczęścia
kac w drodze

piątek, 4 listopada 2011

Baczność!

Dobra kolejowa passa trwa, JEDNAKOWOŻ pasażerowie wciąż są nieufni. Nadal tłumnie obsiadają pierwszy skład zamiast rozprzestrzenić i rozwłóczyć się na podarowanej dodatkowej długości. Nadliczbowe wagony traktują jak fatamorganę, oazę pełną życiodajnych siedzeń, która na pewno rozwieje się jak mgła, gdy tylko do niej dotrą … Nie chcą ryzykować.
Zostać na pustyni peronu z pręgą toru boleśnie odciśniętą na pośladkach i patrzeć jak ta prawdziwa, trzywagonowa bana uchodzi w siną dal… - któżby tak chciał…?
:)
dlatego jesteśmy głusi na komendę spocznij,
i nieufni, i podejrzliwi, i wątpiący wielce w swe szczęście
uparcie trzymamy się czoła pociągu:)

czwartek, 3 listopada 2011

Front atmosferyczny

wiem, że nie należy chwalić dnia chwilę po wschodzie słońca, ale rzecz jest naprawdę godna odnotowania.
Dziś na stację wjechał punktualnie ogrzewany pociąg na wagonów czterdzieści… a w każdym razie nam -pasażerom zgniecionym roczną jazdą w zaledwie trzech - zdawało się, że bana końca nie ma …

Zakrztusiłam się tak znienacka podanym mi łykiem przestrzeni…
mówię Wam,
jazda na siedząco
i można zwariować ze szczęścia…

...i od pogody. Trochę mi się ziemia spod nóg dziś usuwa. Wszystko wiruje i choć gwoździa w czole nie mam, to jakaś przybita jestem… a w radiu z rana głosili „warunki meteorologiczne sprzyjają dobremu samopoczuciu…”.
Jasne.
Szkoda, że nie mojemu.
bez odbioru.

piątek, 28 października 2011

Zagadki

jeśli na peron, na którym stoi, dajmy na to, setka ludzi, wtoczy się lekko zawiany i nieco przykurzony pan, TO PROSZĘ ZGADNĄĆ, w czyim kierunku zacznie się on kulać? Kogo zaczepi? W kim będzie szukał oparcia? Kogo w końcu wyłowi swym rozbieganym nieprzytomnym wzrokiem i żywcem pożre?

Albo ta starsza, sympatyczna, ale zabójczo gadulska, pani. Z kimże zapragnie nawiązać znajomość? Z kim zechce się zaprzyjaźnić? Z CAŁEJ SETKI PASAŻERÓW, powtarzam!!! Kogo sobie wybierze na powiernika i kogo w trupa zaleje potokiem słów?????

Że już nie wspomnę o zagubionym panu posługującym się jedynie językiem angielskim. Bo przecież chyba wiadomo na czyją głowę spadnie ciężar wyjaśnienia what’s going on? To już oczywiste. Kto z kłębiącego się wokół niego tłumu będzie tym szczęściarzem?

Dzień dobry. Tak to ja.
Ta sama, która ma problemy z trafieniem na dogodne miejsce w dowolnym środku transportu, gdyż i bo za każdym razem upolowana przeze mnie wygoda okazuje się być wygodą tylko pozorną. Bo zaraz, ledwo gdy zadowolona przycupnę na obranym siedzeniu, wychodzi na jaw, że pan obok wypił na śniadanie piwo i teraz usiłuje złożyć ciężką głowę na mym ramieniu; a pani naprzeciw, nie szczędząc detali, zaczyna głośno przeprowadzać telefoniczną relację z przebytego zabiegu chirurgicznego… zaś kobieta z prawej, właścicielka uporczywego kaszlu i topiącego się nosa, bez umiaru rozsiewa wokół posiadane dobra …

… a jeśli jakimś fartem trafiam w towarzystwo czyste, trzeźwe, zdrowe i nie narzucające się, TO NIC STRACONEGO. Na następnym przystanku na pewno wejdzie do tramwaju/autobusu/pociągu ktoś o śmiercionośnym oddechu, a wtedy…
no bardzo proszę…
Zgadnijmy przy kim on stanie i w czyje nozdrza bez pudła wpadnie jego zabójczy chuch .

Dziękuję bardzo.

czwartek, 20 października 2011

o tempora, o mores!

KONIEC ŚWIATA.
Dziś postąpiłam jak ostatnia świnia. Zawsze krytykowałam i obśmiewałam tych, co na zbity łeb, niczym tarany, prą do wolnego miejsca w pociągu/tramwaju/autobusie. Jacy ci ludzie niecierpliwi, a jacy niekulturalni, co za gbury nieokrzesane!... A tu proszę, chamstwo zapukało i do serca mego. Ten występek, o którym za chwilę, świadczy o tym, że długo to ja już na stojąco w pociągu (nomen omen!) nie pociągnę. Naprawdę. Bo oto dziś, dowodząc swego zmęczenia tym ciągnącym się od roku stanem rzeczy, wtarabaniłam się jakiemuś gościowi (na kolana!!! – ktoś chciałby dokończyć:), ale nie, po prostu, on wstał, jak kątem oka zauważyłam, celem nabycia biletu u konduktora, a ja niczym kot wskoczyłam na jego miejsce. Mocno zacisnęłam oczy, zatkałam uszy słuchawkami, opuściłam głowę i schowałam się za liściem dłoni. I siedziałam tak twardo do końca podróży, emanując złowrogą energię NIECH TYLKO MNIE KTOŚ RUSZY!!!

Myślę, że niedługo wyrosną mi ostre pazury i takież zębiska
i będę walczyć o miejsce siedzące siłą swego pyska,
a konduktorów w strzępach po przedziałach ciskać, bo naprawdę zachowałam się dziś nie fair, ale proszę ja Was, są gorsi troglodyci,
ci, co w tej dżungli na torach
bilety do kontroli ważą się wołać.

jutro ponoć ma być koniec świata, co świetnie się składa, bo do jutra mam bilet miesięczny i nie będę musiała dalej finansować permanentnego strajku włoskiego PKP.
Troglodytom mówimy nie, ale początkującym chamom:) wybaczamy i wnosimy o poprawę postępowania!

no to żegnajcie:)