Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sen. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sen. Pokaż wszystkie posty

piątek, 3 kwietnia 2015

Czy to jawa, czy sen?


Bardzo chce mi się spać. Choć zdaje się, że przez chwilę byłam przebudzona… To  jazda pociągiem musiała mnie z powrotem ukołysać, następnie tłum poniósł mnie na przystanek, wtłoczył w tramwaj, w którym ponownie zapadłam w głęboki letarg… a dalej… dalej dokładnie nie pamiętam, co się stało, ale jakimś cudem, które zdarzają się mającym szczęście somnambulikom, dotarłam cało do pracy. Tak to musiało się jakoś gładko i wartko potoczyć, bo właśnie ocucił mnie służbowy telefon.
Ale pewnie tylko na chwilę.
Bo leżę na biurku i nadal bardzo chce mi się spać.
A pragnienie to potęguje zbliżająca się kolejna zmiana rozkładu jazdy pociągów.  Doszły mnie słuchy o niej, choć skrada się cichuteńko, na paluszkach, ale  już ja dobrze wiem, że to nie z wrodzonej delikatności; bo, niestety (to już pewne) za pół miesiąca tupnie mi ona o brzasku tuż przy głowie i wrzaśnie, że oto nadszedł czas na pobudkę.
15 minut wcześniej.
15 minut wcześniej RANO.
Jakby to zważyć i opisać, by  tym specom od rozkładu uprzytomnić, że to niemało? że to szok, że od groma i bez liku minut nam zabierają? 15 minut! To kupa (czasu), którą mam ochotę ich obrzucić… 

Oni pchnęli pociąg kwadrans wcześniej o świcie
A mi przed oczami stanęło całe życie

Nie mogę o tym spokojnie myśleć.
Idę spać
Dobranoc

wtorek, 23 lipca 2013

Kup pan kozę!


Pragnę obwieścić Panu, Drogi Sąsiedzie, żeś Pan się wczoraj otarł o śmierć.

Bo już bielały me kłykcie na nożu
purpura falą lico zalała
Krwią napłynęły oczy łagodne
A z nozdrzy moich furia buchała

zaprawdę w prawdziwe szaleństwo ja wpadłam,
gdy mą biedną głowę,
do snu wcześniej złożoną, 
Twa wstrętna kosiarka znienacka napadła.


Przyzwyczaiłam się do tego, że pies sąsiadów w tajemniczy sposób sprzężony jest z moim oknem. I jak tylko ośmielę się je uchylić - on zaczyna ostro szczekać.
Ale kosiarce mówię VETO!
Weź to Pan pod uwagę nim następnym razem, tuż przed 22gą, zaczniesz żąć murawę.

Jak Pan długiej trawy wytrzymać nie możesz
to rżnij Pan ją wcześniej
albo kup Pan kozę.

piątek, 9 września 2011

W imieniny miesiąca jestem nieco śpiąca

Choć w nocy spałam dobrze. W każdym razie tak mi się wydawało, do czasu, kiedy po przebudzeniu spojrzałam w lustro. Od tego momentu nie jestem juz tak bardzo pewna minionego dobrego wypoczynku.

ale to i tak nie ma znaczenia, bo kto będzie zaglądał w moje zaspane małe oczy, a nawet w ogóle taksował całą mnie, jeśli obok w spektakularne zgliszcza obracać się będzie pępek wszechświata. Nowy Jork, niczym przewrażliwiona żona, nie mógł znieść myśli, że kuszące krągłości rocznicy (ślubu) 11 września przejdą bez echa, bez choćby małego fajerwerku, malutkiej iskierki na torcie, dlatego też wziął sprawy w swoje ręce i teatralnie szepnął światu, że oto już! Ekhm… Nadciąga jubileusz. I teraz kryguje się, nawołując obywateli do czujności, a zamachowców do mobilizacji. Ci drudzy otrzymują do wiadomości jedynie ogólniki. Nie ma tak lekko! Jak oznajmiono: Nowy Jork nie chce im ułatwiać zadania. No ba! Zresztą i tak poszedł im na rękę przypominając termin ataku. Jakiś margines niedopowiedzenia musi być, bo inaczej z niespodzianki nici…
chociaż takie nici…
w dobie głębokiego kryzysu, byłyby jak znalazł
do związania końców dwóch

poniedziałek, 23 maja 2011

uderz w stół, a ja się obudzę

Jestem dziewczyną Szyca. Tak. Borysa Szyca. Borys jest kucharzem, a czas wolny spędza jako pilot w małej awionetce. Ahoj Borysku! Właśnie przelatuje nad moim podwórkiem. A ja stoję z zadartą głową (i bólem szyi) i z zachwytem oglądam jego niebiańskie popisy. Oprócz mnie na placu widać też wielki, prze-o-gro-mny, drewniany stół. Żadnego domu, ogródka, czy choćby budy dla psa. Tylko stół. Stół gigant i ja.
W pewnym momencie awionetka zaczyna tracić siły, aż w końcu, przeszywszy niebo koślawym szlakiem, uderza nosem w ziemię, poza granicami mojego podwórka. Wpadam w szał. Chcę tam podbiec, ale nie mogę się wydostać, jestem otoczona ażurowym murem, który nie ma żadnej furtki. Nagle obok mnie materializuje się mój brat (może wyskoczył zza jednej z olbrzymich czterech drewnianych nóg???) i próbuje mnie siłą odciągnąć od widoku spalającego się samolotu. Niestety kiepsko mu to idzie. I kiedy szarpię i prawie gryzę betonowe ogrodzenie, spektakularnie wkracza palec boży, który umie dłubać, i który wie, że nic tak dobrze nie wydrąży żałoby i depresji z człowieka, jak nagłe niebezpieczeństwo, które dowiedzie mu, że pomimo strasznej tragedii, jaka mu się przydarzyła - wciąż tli się w nim chęć do życia. I OTO NAGLE, podnosimy głowę, a z nieba leci na nas, na nasze podwórko wielka cysterna. Koszmarna, złowrogo błyszcząca cysterna. Nic do siebie nie mówimy, ale wiemy. Tak. WIEMY, że to cysterna pełna paliwa (cóż bowiem innego lecieć z nieba może, skoro była szarańcza i żaby były???;)))). Zaczynamy się miotać po tej zagrodzie bez wyjścia w poszukiwaniu jakiejś skrytej drogi ucieczki. Ale niestety. Nie udaje nam się namierzyć żadnego tajnego przejścia, a cysterna, obserwując nasze poczynania, nieuchronnie się zbliża, twardo trzymając kurs. W końcu postanawiamy schronić się pod gigantycznym stołem…

…i kiedy tak leżeliśmy, czekając na ostateczne uderzenie, na ostatnie bum i ryms - mój strach przekroczył wszelkie granice i uciekłam w rzeczywistość.
dzień dobry:)

piątek, 22 października 2010

Bezsen

Z głębokiego snu, choć było jeszcze przed północą, obudził mnie podejrzany szmer. Szuranie. Koszmarne szuranie dobiegające z sufitu.
Kuna. Oczywiście od razu ją postawiłam przed sądem. Tym razem przegięła. Nie biegała i nie tupotała, jak to ma w znanym mi niestety zwyczaju, nawet pazurkiem nie drapała. Po prostu ubrana w mundur obity dżetami i innymi metalowymi guzikami (widziałam to na własne uszy!!!) czołgała się po poszewce sufitu. Mozolnie, powoli i cholernie rytmicznie. Kulała się w tę i z powrotem, po to, by po tych harcach zacząć odgarniać szuflą śnieg… nie wiem skąd śnieg, nie wiem skąd szufla. Wiem, że odgarniała. Regularnie szu i do rymu szu.
Szurgotania do rana nie zatamowała Tracy Chapman, ani zgłośnione, jak na nocną porę radio pełne (b)z(d)et, ani nawet kołdra, którą prawie w całości wepchnęłam sobie do ucha.

Ledwo żyję.