piątek, 29 lipca 2011

bum bum...

notka defetystyczna
taka mała femme fatale
o niechceniu
i o bólu takim, że ałaj!

a bo się nie chce
nie chce się wstawać, nie chce się myć
nie chce się wychodzić z domu i gdzieś dalej iść
i nie chce się jeździć i z tramwajami bawić w berka
że nie wspomnę słowa: pracować (to dopiero udręka!!!)
podpisano: rosnąca we mnie w siłę
leserka

A poniżej mój ulubiony ostatnio przebój.
Słuchać go - to akurat mi się bardzo chce:)
„I really wish that you were smaller,
Not just small but really really short.
So I could put you in my pocket
And carry you around all day”

środa, 27 lipca 2011

O działaniu sił nieczystych

- Po czym poznać zbliżający się urlop?
- Po rosnącym stosie kłód w drodze do pracy.
ech diabelskie to nasienie...

Na mej drodze do pracy spoczywa sobie mały skwerek. Zdawać by się mogło niewinny teren zielony z ledwie trzema ścieżynkami i kilkoma drzewami. Zdawać by się mogło. Niepokalaność tego miejsca jest jednak tylko pozorna. Cicha woda…, Proszę Państwa, gdyż i bo czort jakiś umeblował go dwiema ławkami. Dwiema zwykłymi drewnianymi ławeczkami, które zmuszona jestem mijać rano i po południu. Niby nic, a jednak. To, co po południu jest dla mnie dziecinną igraszką, bułką z masłem, a nawet barszczem, rano staje się nie lada udręką. Te przeklęte, odrapane, powiem nawet: odstręczające ławki ośmielają się mnie uwodzić. Stają na drodze i wabią. Wierzcie mi, to straszne. Kiedy świtem staram się przemknąć obok, pomiędzy mą dolną częścią ciała a tym czarcim drewnianym siedziskiem wytwarza się silne pole. Wyraźnie wyczuwam nagłą bezwładność swych członków i jednoczesny wzrost mocy przyciągania ławki, która wydając komendę spocznij, plącze moje nogi. Wprawdzie, na razie!!!, bez wyraźnego sukcesu. Ale, dalibóg!, mam świadomość, że tylko dzięki deszczowej pogodzie udaje mi się wychodzić z tego porannego stuporu i pokonywać ten codzienny kosmaty pociąg. Gdyby nie ponura aura, moje wyjścia do pracy naprawdę kończyłyby się 500 metrów przed biurem, na tej ławce, w tym skwerku. Zaś jedyną pracą, którą bym kalała swe jeśniepańskie jasne ręce, byłoby zbijanie bąków przewracanymi stronami czytanej książki.

Jeszcze tydzień.

wtorek, 26 lipca 2011

Duma i uprzedzenie

Nie jestem typem kwiaciarki.
Nie zatrzymuję się przy stoiskach z kwiatami. Nie kupuję kwiatów. Nie interesuję się kwiatami. Nie znam się na kwiatach. Nie tracę głowy i nie szaleję na punkcie kwiatów. Zresztą swego czasu byłam znana wszem i wobec jako ich nieumyślny oprawca. Byłam mimowolnym katem, przed którym wszystko, co miało choćby jeden rozumny liść, drżało. Nasze sam na sam dla roślin było wyrokiem. Oczywiście swatanie zawsze wynikało z wyższej konieczności. Nikt przy zdrowych zmysłach nie powierzał mi ochoczo swoich zielonych pupili. Następowało to nie wcześniej, jak tylko po wyczerpaniu wszystkich innych możliwości. A nastąpiwszy, powodowało, że kwiaty więdły w oczach, by potem prosto spod mych „opiekuńczych skrzydeł” wyjść na powitanie swego właściciela korzeniami do przodu. Dzięki tej naszej szczególnej więzi zwrot „uchodzić na sucho” zyskiwał nową, jakże dosłowną, jakość.


oczywiście. Tak. Zapominałam o nich. Ale, przepraszam bardzo!, tak naprawdę zabijała je nie moja niepamięć, ale ich własna duma.
Kot zamiauczy.
Pies zaszczeka.
Świnka morska zapiszczy.
A taki kwiat prędzej uschnie niż o sobie komuś przypomni.


Mam nadzieję, że czas przeszły, który sprytnie zastosowałam w niektórych zdaniach, subtelnie Was uderzył:)
Bo oto dziś spojrzałam na me służbowe okno
Pozwólcie, oto jego fragment

bezsporny dowód, że w mej poplątanej relacji z florą nastąpił przełom.
Albo to ona spuściła z tonu, albo to ja znienacka zaczęłam odbierać na jej częstotliwości. Dość, że mój służbowy parapet wygląda imponująco.
dalibóg!
Sami musicie przyznać.
Nasz związek jest w pełnym rozkwicie:)))

PS: jeśli niedługo zacznę robić na drutach i szafować haftem krzyżykowym
– świat się skończy.
słowo daję.

piątek, 22 lipca 2011

Szans nie widzę

nie mówmy o pogodzie. Pada.
nie mówmy o tym, może.
może minie.
dobra.
nie mija.
szlag.

Deszcz spłoszył słońce i rozwalił swe mokre cielsko na trawach, drzewach, kwiatkach, asfaltach, płytach chodnikowych, żwirach… Jest wszędzie, jak okiem sięgnąć. I ani drgnie! nie odbieram żadnych symptomów kapitulacji. Jak go wysiudać? Postawić na jego domyślność? Ekhm… zerkam znacząco w kalendarz, bo jego wizyta stanowczo przekroczyła rozmiar małej chwili na pogawędkę, ekhm, ziew… Nigdy nie miałam o nim dobrego zdania. Wyjątkowy kretyn! A skoro tak, to może dodać: No drogi Panie, ale chyba na Pana już czas. Odwołać się do jego poczucia obowiązku: Czyż inne ziemie nie zasługują na równie obfite nasycenie? Coś się Pan tak na nas uwziął. Zniecierpliwić się i zezłościć. Proszę z łaski swojej zejść mi z oczu!!! Można by przy tym tupnąć nogą, ale ten pomysł od razu skreślam. Wszędzie kałuże. Jemu by nawet powieka nie zadrżała, a ja bym się ochlapała. Dziękuję. Już i bez tego przelewa mi się w bucie.

Nie ma sprawiedliwości na tym świecie.

Kropla drąży skałę.
A co drąży kroplę?
Co jest w stanie skorodować ją do szlachetnego, nie wchodzącego nikomu w drogę, cichego i spokojnego O2?
Czy na sali jest jakiś alchemik?

czwartek, 21 lipca 2011

Harmonia

Jakbym nie spojrzała, to za oknem służbowym lipa.
literalnie i na skos

lato bierze mnie pod włos

Reklama

dźwignią handlu.

Dałam służbowe ogłoszenie do gazety.
I w dniu wydania tejże, miast tłumu napalonych na nasze produkty klientów, powitało mnie 36475869 telefonów i tyleż maili od rozochoconej prasy (nie-hy-drau-li-cznej:) nękanej pragnieniem umieszczenia na swoich łamach naszej oferty. Koniecznie. I oczywiście na bardzo atrakcyjnych warunkach.

Poza tym
i a propos
rzucił mi się w oko fajny pokój do wynajęcia w Poznaniu. Naprawdę super. Zdjęcia przedstawiają pięknie umeblowane cztery ściany, w kuszących pozycjach i z najlepszej strony, w genialnej lokalizacji, a poszukujący lokatora lubi osoby spokojne i niepalące.
Ogłoszenie uszyte dla mnie. Pasuje idealnie. Idealnie leży. Ino kieszenie ma zszyte. Za przyjemność sypiania w tym rewelacyjnym lokalu, każdego miesiąca musiałabym go ścielić prawie całym swoim zarobkiem.
także dziękuję.
oprócz wypoczynku lubię czasem dać ciału jakieś jedzenie, a nawet i rozrywkę,
a poza tym uwielbiam mieć „ręce w kieszeniach, a kieszenie jak ocean…”

środa, 20 lipca 2011

zdrastwujtie

czyli pogadanka o festiwalu w Jarocinie:

M: no i tam grał facet z Moskwy.
ja: z Moskwy? To to nie był polski zespół?
M: polski, polski...
ja: no jak? Z solistą z Moskwy???
M: No tak.
ja: no jak?
M: Pani Modigliani, jak rany! Moskwa to taki polski zespół.
ja: AHA!

a-ha to też taki zespół.
norweski.
:)

daswidanja

wtorek, 19 lipca 2011

Ambiwalencja

A co ty taka nieśmiała?!!
Jest pani bardzo pracowita.
jak zwykle się rządzisz!
straszny z ciebie głodomór!
Podziwiam cię za odwagę!
Ty to masz dobrą pamięć.
Rany, jakaś ty roztrzepana.
bo ty za delikatna jesteś.
Przemiła z pani osoba
pani jest bezczelna!
twój optymizm mi się podoba!
ciągle o czymś zapominasz.
zawsze musisz postawić na swoim!
nie patrz tak na mnie!
Ty nic nie jesz.
Jesteś zbyt zasadnicza.
zbyt pobłażliwa!
jej, jaki z ciebie nerwus!
coś ty taka ponura?
dlaczego nic nie jesz?
jesteś taka spokojna.
nie bądź cyniczna.
Matko, jaka jesteś chuda!
A NE MI CZ NA
spójrz na mnie!
jedź do Hiszpanii!
jedź na Mazury!
to nie jedziesz w góry?
nie bądź taka pamiętliwa.
jakaś ty zjadliwa!
jesteś zbyt miła.
nie odpuszczaj tak szybko.
uśmiechnij się.
nie przejmuj.
walcz!
ależ z ciebie pesymistka.
straszny z ciebie uparciuch.
jesteś leniwa.
jakaś ty spolegliwa.

cała ty
to do ciebie niepodobne
już ja cię znam!!!


tak.
Dziekuję Wam Moje Kochane Łyse Konie

Ale, coby nie dać się zwariować
potańczmy:)

poniższy kawałek szybko się nudzi, ale przez chwilę jest naprawdę fajnie:)

sobota, 16 lipca 2011

Miłość...

...od pierwszego dźwięku.

Wciśnijcie play, zwłaszcza jeśli macie chandrę.
Pomoże.
Obiecuję.




ps. w sierpniu Kitty Daisy & Lewis dobiją transatlantykiem do Poznania:)

piątek, 15 lipca 2011

Pierwszy tegoroczny raz

z komarem za mną.
Dziękuję.
Powitajmy zatem owoce tej bezsennej inauguracji: opuchnięty zaczerwieniony policzek, ciężkie powieki i oczy z cieniami (bynajmniej nie rzucanymi przez gęste zalotne rzęsy moje).
Poza tym, nie zapominajmy o nowej fryzurze. Choć nie zawdzięczam jej Panu Moskitowi, tylko swej dorocznej (czas żniw nadszedł!) wizycie u fryzjera. Wczoraj 20 cm mych włosów zeszło z padołu głowy mojej. Godnie i bez płaczu. Kondolencje zachowajcie dla siebie.

Sentencja na dziś: do moich włosów czasem bardziej przywiązują się znajomi niż ja sama.

czwartek, 14 lipca 2011

Resublimacja, czyli od skowronka do muchy

Ostatnio powietrze zastyga. Galaretowacieje. Czy ktoś ma podobne wrażenie? Z moich obserwacji wynika, iż proces ten zachodzi rano w okolicach mego miejsca pracy.
Z domu wychodzę bez problemu. Pokuszę się nawet o ryzykowne stwierdzenie, że jestem wówczas żwawa i rześko pruję na przystanek. Niestety w tym czasie, gdy ja jestem w pociągu, w atmosferze dochodzi do serii tajemniczych reakcji, których efektem jest ścięte powietrze. I kiedy wychodzę z tramwaju, czuję wyraźnie, jak ono wokół mnie tężeje, bezczelnie wysycając ze mnie całą poranną energię i dziarskość. Wytracam impet. Im bliżej pracy, tym trudniej przeć mi do przodu. Ale nie składam broni! walczę! Proszę Państwa!!! Całym ciałem napieram na tę krzepnąca materię. Rzężąc, drążę powietrzny korytarz, by w końcu swe ledwo dyszące ciało złożyć na ołtarzu progu służbowego …

jak widać na razie stawiany mi opór pokonuję z sukcesem,
ale to dopiero początek
będzie gorzej
gdyż i bo
oczekiwanie na urlop
ciężko zawisło w powietrzu
:)

jakżeż się nie chce mi

środa, 13 lipca 2011

Azymut

Ażeby nie popaść w totalne lenistwo i nie zapaść się po szyję w jego demobilizujących poduchach zapisałam się (WATCH OUT!!!!) na wakacyjny kurs językowy. Jako właściciel lichej woli wiem, że jak tylko zaniecham (a zaniecham!, jeśli nie zmuszę się do pracy z góry opłaconym kursem) wszystko, co do tej pory z takim trudem wchłonęłam, wyparuje z mej głowy raz dwa. Wyleci uszami, nosem, ustami, każdym porem… (aż mój łeb będzie pustym worem)

Niestety przemyślnie przeze mnie zaplanowana edukacja zawisła właśnie na włosku. A jak znam swoje szczęście jest to najbardziej osłabiony, wysuszony, zniszczony i do tego pewnikiem rozdwojony włos z tlenionej głowy losu mego.
Grupy utworzyły się bez problemu na godzinę 19tą (już są po kilku zajęciach), natomiast godzina, na którą ja postawiłam - 16ta, wciąż nie ma wzięcia. Dlatego, zamiast składać frazy i uzupełniać luki w ćwiczeniach, nadal czekam, bo jeszcze prosimy o cierpliwość.

Będzie mi bardzo, bardzo szkoda i smutno, jak się nie uda.
Bo zaprawdę własnoręczne oliwienie głowy w samotności słabo mi wychodzi, by nie napisać, że zawsze kończy się totalną porażką. Dlatego, dalibóg!, przestańcie z tymi wygłupami i zapisujcie się na kursy. Będziemy razem w grupie!!! Zaprawdę już mocniejszego argumentu nie mam;))))

wtorek, 12 lipca 2011

Kto rano wstaje, tego Pan Bóg łaje.

Po czym poznać ludzi, którzy wstali rano?

Zazwyczaj i przeważnie jesteśmy (że tak od razu zaznaczę swoje miejsce w grupie:) cieplej odziani. Cieplej, nie znaczy: lepiej. To, co nas zabezpiecza przed chłodem letniego poranka, zazwyczaj staje się ciężarem po południu. Dlatego latem łatwo nas poznać, bo wracamy z pracy objuczeni dodatkową odzieżą, podczas gdy ci, którzy wychodzą z domu później, kiedy słońce dawno na niebie, chadzają ulicami z wolnymi rękoma, ubrani stosownie do pogody. Lekko i bez balastu zbędnej garderoby.

Wczoraj jednak „była zmiana
i szpak dziobał bociana”
a nawet bardziej na opak
bo w końcu dziobany był szpak:)

I oto tych, którzy później wstali, można było rozpoznać po kurtkach, ciepłych swetrach i skarpetkach. Natomiast poranne ptaki (biedne, zmokłe kury) charakteryzowała lekkomyślna golizna i gęsia skórka. Niestety znalazłam się wśród tych rozebranych i bosych nieszczęśników drżących w chłodnym deszczu, GDYŻ i BO (choć wiedziałam, że będzie padać) w głowie mi nie postało, że wczesno popołudniowa temperatura będzie niższa od tej porannej.

niedziela, 10 lipca 2011

oj dana, dana. Alabama.

Właśnie, w to jakże piękne lipcowe popołudnie, wylądowałam w domu, pomimo starań (naprawdę nie oszukuję!), by spędzić ten duszny, oblepiający ciało dzień na dworze/ dworzu/ polu. Pełna dobrych chęci, gotowa dać się oszołomić świeżym powietrzem, wyszłam do ogrodu i wystawiłam się na jego rozkosze. Początek nie zapowiadał niczego szczególnego. Szum liści. Spokój. Śpiew ptaków. Cudowna nieobecność nieletnich sąsiadów. Łaskoczące szyję nieme słońce. Świerszcze i ... Aż. Tu. Nagle. FESTYN. Dobiegł do mnie znienacka głos podnieconego konferansjera. A zaraz za nim płot naszego podwórka zwinnie przeskoczyła akordeonowa muzyka i uwiesiła się na mych wątłych uszach.
Jako stara ignorantka, żyjąca na skraju spraw wsi swojej, nie wiedziałam, czy to głuchy jak pień sąsiad słucha w radiu relacji z jakiegoś festynu, czy też rzeczywiście, gdzieś za miedzą, jakaś zabawa trwa? A ponieważ nie umiałam zlokalizować źródła atakujących mnie dźwięków, które swoją natarczywością doprowadziły mnie w końcu do wrażenia, jakbym siedziała w samym środku tej imprezy - uciekłam do domu.

A tymczasem tutaj, w przerabianej książce, znalazłam kolejne miejsce, w którym mogłabym wieść spokojne, szczęśliwe życie.
"Nie ma wyraźnych pór roku na południu stanu Alabama: lato prawie niedostrzegalnie zamienia się w jesień, a po jesieni wcale nie nastaje zima, tylko od razu jest wiosna, która w ciągu kilku dni przechodzi znowu w lato"
Dziękuję Pani za cynk, Pani Harper Lee:)
tylko...
mam jedno pytanie:
jak wielkie skłonności przejawia Alabama do festynów?

piątek, 8 lipca 2011

Srakostop*

Maszyny, które człowiek powołał do życia działają na guziki, przyciski, kliknięcia… Człowiek zaś, jak wynika z bloku reklamowego, który miałam wątpliwą przyjemność wczoraj obejrzeć, działa na tabletki, syropy, czopki i wszelkiej maści maście…
Dzięki pastylkom śpimy, trawimy, wydalamy, się ruszamy, odchudzamy i kochamy… Dalibóg, niewiele potrafimy sami. Niewiele, ale nie żeby tam od razu nic!!! Potrafimy być kreatywni. O, tak! Zwłaszcza jeśli chodzi o imiona dla leków. Jak to się robi? Ano bierze się …NIE, nie kalendarz…tylko chorobę lub i też skutek jaki ma odnieść zastosowanie danego medykamentu, a następnie żeni się go z jakimś przystojnym przyrostkiem, który fantazyjnie dopełni całości. Kropką nad i zazwyczaj są ixy, axy, oxy… albo: stop, pro, on lub off… w zależności od tego, czy pastylka ma powstrzymać, czy też zmobilizować do działania jakowyś ułomny organ ludzki.
Ponieważ z telewizora codziennie wylewają się wielorakie przypadłości, słabostki, bolączki, kłopoty, choroby… a za nimi maszerują kolorowe, o wymyślnych nazwach oddziały, którym żadna człowiecza niedomoga nie straszna, wyobrażam sobie, że taki kreator – ojciec chrzestny, i to dobry w swym fachu, musi być bardzo rozchwytywany. Zwłaszcza w naszym kraju, gdzie (wiem to już od wczoraj) mistrzów w tej dziedzinie nie ma. Ulgix, gardlox, regulax, parodontax, arthrostop, perspblock, prowzrok… Żadnej tajemnicy, sekretu, kulis… A ponieważ tak łatwo rozszyfrować te kalambury, za każdym razem, jak je słyszę, omdlewam i przez ręce lecę. Ostatnio osłabiła mnie czająca się w apteczce dyskryminacja. Czy wiecie o istnieniu Penigry? Penigra. no proszę ja Was: preparat o kompleksowym składzie stworzony z myślą o mężczyznach:) Ale niestety próżno na tej samej półce szukać, dajmy na to, waginfiesty, która mogłaby być odpowiednikiem stworzonym z myślą o kobietach. Waginfiesta? O nie!!! Dla pań - tylko stateczny Menostop.

Doprawdy.
Dziwię się, że jeszcze nikt nie wykorzystał pięknego słowa kupon. Wprawdzie nasz Kupon nie daje Ci szansy na wygraną w totka, JEDNAKOWOŻ czy eliminacja uciążliwej obstrukcji, jaką gwarantujemy po jego zażyciu, nie jest warta milionów?
Pomyśl.
Kup Kupon!!!
I wygraj zdrowie!
Kupą!
Panie i Panowie.

Ze swej strony proponuję jeszcze:
sikoff i moczop – koi (i do snu tuli) układ moczowy
pryzglox – maść dla steranych stóp
i żylan – nie musisz wypruwać żył, by przynieść ulgę łydkom


jeśli po tej lekturze rozbolał Was brzuch,
polecam lek z tytułu notki (*all rights reserved;)
ciao

środa, 6 lipca 2011

A kto z nami nie wypije…

Sączę ostatniego Akunina o smaku Fandorina. Pozostałe smaki, jak na razie, jeszcze nie przypadły do gustu memu podniebieniu. Zatem cedzę. Niespiesznie i powolutku. Widzę już dno. Za chwilę słomka wyssie ostatnie słowo, donośnie akcentując koniec degustacji. I już wiem, że po ostatniej kropli przyjdzie czas na kurację odwykową i wiernie towarzyszący jej dygot. Będzie głód i drżenie rąk przed bibliotecznym barem. I paląca wnętrzności niepewność - co wybrać? Kogo? Proszę Państwa! Kto będzie umiał w miarę godnie zastąpić Pana Erasta Pietrowicza? W miarę. Bo że nikt mu nie dorówna to chyba jasne.

poniedziałek, 4 lipca 2011

Podejrzenie. Niejasność. Szaruga.

Wygląda na to, że kolejny listopadowy dzień utracił świadomość, zgubił swój adres i zbłądził. To mnie już nie dziwi. Ciekawi mnie tylko, gdzie podziewają się lipcowe dni wypchnięte z kalendarza przez te jesienne, bo w listopadzie ich jakoś nie przyuważyłam.
Węszę w tej materii od wczoraj i uważam, że sprawa jest śmierdząca. Te dni nie tylko zostały wypchnięte ze swojego, zgodnie z najwyższym prawem natury zajmowanego, miejsca. One zostały zabite. Podejrzewam utopienie. Nie. Nie mam niezbitych dowodów. Ale podejrzewam, że zimne kałuże pełne są trupów dni lipcowych, a listopadowe dranie, bezkarnie i w najlepsze, kontynuują swój haniebny proceder.

Pomyślcie tylko. Im uchodzi to na sucho. A nam? Wilgoć. Deszcz. Chłód. Szaruga.

piątek, 1 lipca 2011

Oglajdrana

Byłabym ostatnią świnią, gdybym dziś nie oddała pokłonu panom, którym w poprzednim wpisie chamsko wyrwałam kwalifikacje zawodowe. Zatem pragnę (odszczekać swe powątpiewanie w fachowość panów i) odnotować, iż awaria została usunięta. Co bardzo ucieszyło sterane serce moje, zwłaszcza, że wczoraj, w związku z nagłym załamaniem się pogody, moje stopy miały okazję zażyć kąpieli błotnej - ...kąpiel błotna wygładza skórę oraz przeciwdziała cellulitowi…- a wszystko w cenie biletu miesięcznego PKP. Bo musicie wiedzieć, że niezależnie od tego, co spadnie z nieba - deszcz, śnieg, grad, szarańcza, manna… - na dworcu zawsze roztrzaska się na idealną glajdę, której ominąć nijak się nie da.

tak więc dzięki. Dzięki Panowie, że podołaliście. Dzięki Wam na mych wygładzonych stopach i łydkach próżno dziś szukać brudu, że o cellulicie nie wspomnę.
:)