Pokazywanie postów oznaczonych etykietą praca. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą praca. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 28 stycznia 2014

Mózg elektronowy, czyli nowy program komputerowy.


W tym roku zostałam uszczęśliwiona nowym programem, którego celem ma być usprawnienie mych służbowych działań. Usprawnić znaczy dla mnie to samo, co uczynić lepszym, wygodniejszym, doskonalszym, tudzież szybszym… wdrażany system ma jednak zainstalowany inny słownik synonimów.  Ja myślałam, że on zadziała już za jednym mym oka mrugnięciem, on z kolei się uaktywnia, gdy niezmiernie wiele razy pomnożę jedno kliknięcie. W skrócie: wymaga on klikania, niczym kot głaskania. Kliknięcie to dla niego łyk powietrza. Ażeby działać musi oddychać co rusz, szybko i płytko. Takie zipanie dla mnie nie jest objawem zdrowia, a raczej zbliżającego się zdechnięcia. Wiedziona tą troskliwą myślą, zapytałam jednego z rodziców tego systemu:
- czy pan naprawdę wierzy w ten moduł?
- TAK! i w najdrobniejszy jego szczegół!  

Przez chwilę ta jednoznaczna odpowiedź mnie uspakajała. Teraz jednak, kiedy próbuję samodzielnie rozgryźć ten komputerowy orzech, już wiem, że była ona podyktowana ślepą miłością ojca do dziecka. 

Bo powiedzmy, że mam życzenie wprowadzić do systemu literę „A”. Och, ta moja brawura! Aby to uczynić muszę kliknąć tryliard razy i otworzyć nieprzebrane zastępy okien. Otwarcie na przestrzał Pałacu Buckingham albo Pałacu Zimowego w Petersburgu, w porównaniu do czasu tej operacji, zajęłoby ledwie oka mgnienie.
Po przebrnięciu przez tunel wejść, docieram w końcu do podziemnej celi, w której mogę umieścić moją literę, co czynię, jednocześnie nerwowo szukając wyjścia, bo już doprawdy nie wiem, gdzie jestem, a wizja czekającego na powierzchni całego alfabetu odbiera mi siły. Zaczynam żałować, że żadne z uchylonych okien nie ma parapetu. Zaraz bym z rozpaczy zeń skoczyła w tę durną pełną przeciągów informatyczną przestrzeń.

Choć, jak znam życie, w tym świecie nie ma nawet porządnego bruku, o który można by się elegancko roztrzaskać.

A zresztą,
czy aby na pewno chcesz się roztrzaskać?
Jeśli wciśniesz TAK  - z pewnością złamiesz kark.

Mhm… naprawdę?! To może rzeczywiście tymczasem się wstrzymajmy i połammy sobie głowę nad instrukcją obsługi, w której od pierwszego zdania autor szeroko rozpisuje się na temat możliwości wyboru, jakie daje nam ten świetny program. Przez wszystkie strony zgłębia on ten temat i wymienia przeróżne opcje wejść i wyjść. Podkreśla uważnie wszelkie dane użytkownikowi ewentualności i kryjące się za nimi konsekwencje.  Nie zostawia ani krztyny miejsca na domysły i szansy do wyciągnięcia wniosków czytelnikowi nie daje. WSZYSTKO jest tam wyjaśnione. Jest tam tak bardzo jasno od wyjaśnień, że od tych jasności oślepnąć można.    

Akcja tego dramatu toczy się przez kilkadziesiąt stron dość zawile i mniej więcej w tym tonie:

Jeśli na tym etapie powiesz TAK, to znaczy, że wyrażasz zgodę, twoja odpowiedź nabiera wydźwięku aprobującego; może byłoby przesadą powiedzieć, że staje się ona pochlebna, czy pochwalna, JEDNAKOWOŻ pewnym być możesz, że jest twierdząca. Jeśli zdarzy ci się to przy kościelnym ołtarzu – być może jesteś już mężem/żoną (niewłaściwe skreślić). Dlatego sprawdź, gdzie teraz jesteś? rozejrzyj się! Nie ma ołtarza?! To dobrze!, ale czy czasem w pobliżu nie czai się urzędnik USC?!!! Nie?! NA PEWNO?! Siedzisz w pracy przy służbowym komputerze? Are you sure? ARE YOU REALLY, REALLY SURE? Jeśli w takich okolicznościach wcisnąłeś TAK, to znaczy, że potwierdziłeś ostrzeżenie o nie zaufanym certyfikacie…
Przy tym powiadomieniu możesz też EWENTUALNIE zaznaczyć opcję „nie wyświetlania tego komunikatu przy kolejnym połączeniu” i wcisnąć ponownie TAK. Jeśli zostanie zaznaczona opcja „nie wyświetlaj tego komunikatu przy kolejnym połączeniu”, WÓWCZAS
okno nie będzie wyświetlane przy kolejnym połączeniu. (ojej!)

Te wszystkie uwagi i liczne wskazówki
o następstwach rodzących kolejne skutki
spłodziły jedną myśl. Weźmy ją pod lupę:
niech mnie oni wszyscy POCAŁUJĄ W DUPĘ!

Lecz
czy na pewno chcesz, by cię pocałowali w dupę?
WARNINIG!
Czy jesteś gotowa obnażyć się publicznie?!
Po tej lekturze, coś czuję, że już chyba
z gołym tyłkiem czułabym się mniej idiotycznie!

wtorek, 27 sierpnia 2013

Dzień dobry


Dzień dobry powakacyjne
takie nieco pijane.
kawy konewką podlane,
a jednak ciągle zaspane
               
Dzień dobry, które marzy o byciu dobrym wieczorem
Dzień dobry, co przed biurkiem z mozołem się kłania,
jakby ono było
najgorszym ugorem.
:)

czas mi na siebie ukręcić bata,
by koniec urlopu
nie stał się końcem świata!


BUM
TRA
TA
TA
TA

środa, 22 maja 2013

Kwieciste rachunki


Maj to miesiąc, w którym dostaję w pracy zadanie matematyczne.
Treść jego w zaokrągleniu brzmi:

Masz 8 tulipanów i 10 solenizantów.
Rozdziel kwiaty tak, by każdy ze świętujących, otrzymał okazały bukiet imieninowy.
Zadanie uznaje się za rozwiązane celująco, jeśli po rozdaniu obfitych wiązanek i w Twoim wazonie naręcza kwiatów nie zabraknie.

Ażebym nie wpadła w rutynę, co roku z powyższej łamigłówki tajemniczo znika tulipan.

Ostatnie dwa tygodnie spędziłam zatem w fascynującym świecie rachunku nieprawdopodobieństwa, złorzecząc na ohydnego ogrodnika przecherę, który gdzieś w tej szaradzie jest ukryty, a którego  niekompetencja niedługo w pień wytnie tak potrzebne mi kwiecie.

A teraz, jak to wszystko się skończyło - dręczy mnie wstręt do liczb. Dostaję mdłości na widok kalendarza. Z odrazą spoglądam na zegar. Denerwują mnie też ponumerowane tramwaje i autobusy. Czy MPK nie mogłoby wyjść mi naprzeciw i utworzyć linie z symbolami?
- czym dojeżdżasz?
- autobusem linii serca, gruszki, misia…
Tak. To z pewnością przyniosłoby mi ogromną ulgę. Choć na chwilę. Bo na całkowite uśmierzenie tej przypadłości w dzisiejszym świecie liczyć (tfu na psa urok!) nie można.
Bo z przystanku (na którym szerokim łukiem omija czasowy rozkład jazdy(!)) człowiek udaje się na przykład do sklepu. A tam nie dość, że najpierw skazany jest błądzić w gąszczu metek z cenami, to następnie musi zwalczyć w sobie obrzydzenie i sięgnąć po portfel, a potem (zniesmaczenie sięga szczytu!) po szczelnie wypełniony plugastwem paragon...

Jakże mi niedobrze, Drogi Panie Bobrze.

A tu jeszcze radiowa prognoza pogody: „po pierwszych UPALNYCH TYGODNIACH maja….”
Upalne dokroćsetfurbeczek tygodnie?!!! 
Dalibóg! Siedziba tego radia mieści się chyba w jakiejś oranżerii. 

środa, 6 marca 2013

Odpływ


Kiedyś było tak, że jak miałam wolniejszy dzień w pracy, to potrafiłam go z radością niecnie wykorzystać.
A teraz, jak tylko zrobi się wokół mnie ciszej – staję się niespokojna.
I drżą mi ręce
i trochę serce…  

Zdaje się, że wysokie fale dźwiękowe
stały się już moim służbowym środowiskiem naturalnym.
Bo dziś
Taka sam- na-sam
miotam się jak ryba wyrzucona na brzeg
ciszy:)


środa, 31 października 2012

Halloween


Bliskość pierwszego dnia listopada gwarantuje mi ekspresowy dojazd do pracy, gdyż i bo na mojej służbowej trasie, której ostatnim przystankiem jest cmentarz, pojawia się mnóstwo dodatkowych połączeń. 
Od wyboru, do koloru.  
Żyć - nie umierać! 
że tak stanę w progu świątecznego nastroju:)

ps. dla zainteresowanych
– nie, nie jestem grabarzem.

czwartek, 20 września 2012

Zabawa w chowanego


Po urlopie człowiek w pracy musi się odnaleźć.

Ja wróciłam tydzień temu
I ciągle jeszcze szukam:)))
I ciągle nie mogę się zaklepać.

Co ciekawe - inni nie mają najmniejszych problemów, by mnie namierzyć.
Niestety. 

piątek, 14 września 2012

Alien


jeśli nagle Twoi służbowi koledzy zaczynają mówić nieznanym narzeczem i nie jesteś w stanie zrozumieć ni jednego słowa

jeśli ich zaangażowanie w pracę wydaje Ci się śmieszne, absurdalne, a momentami po prostu idiotyczne

jeśli czujesz się wyobcowany
całe kilometry oddalony od biurka, przy którym właśnie Cię usadzono
a każdy papier, który wpada w Twe ręce, zdaje się być po brzegi wypełniony chińskim pismem tradycyjnym

to niezawodny znak, żeś mój Ty Nieszczęśniku, jako i ja, dopiero co wrócił z urlopu :)

ale nie martw się

za chwilę znajdzie się ktoś, kto tak silnie pacnie w tę bańkę mydlaną, w której ciągle siedzisz, że nawet jeśli nadal żyjesz wakacjami spędzonymi na Marsie, raz dwa znajdziesz się na ziemi,
i zaprawdę powiadam Ci będziesz mógł mówić o szczęściu,
jeśli pryskające mydło, nie wpadnie Ci do oka.

:)

środa, 15 sierpnia 2012

Eureka


jutro nie będzie niedzieli
bo dziś nie ma soboty

święto w środku tygodnia jest naprawdę wspaniałym wynalazkiem,
który zgrabnie skraca tydzień pracy
JEDNAKOWOŻ
Przypomina mi coraz częściej małą przeszkodę na bieżni
Spowalnia mnie... zatrzymuje
a gdy łapię oddech, 
samo zaczyna usuwać się na pobocze
i tym manewrem tak zaprząta moją uwagę, 
że potem,
gdy trasa nagle czysta,
dalibóg! nie pamiętam już, w którym kierunku biegłam.

Za plecami wtorek
kolejny metr to czwartek
Co daje mi dzisiejszy świąteczny pępek

środę


piątek, 10 sierpnia 2012

Himalaje


W tym roku postawiłam przed sobą nie lada zadanie.
Otóż
w tym roku
AD2012
wakacje zainauguruję dopiero w bladym świetle zachodzącego sierpnia. Po raz pierwszy w mym życiu tak późno zaznam letniej beztroski.

Plan urlopowy kreślony w czerwcu zdawał mi się wielce przemyślny, wymyślny i wyrachowany. Tworząc go byłam pełna inicjatywy i przedsiębiorczości, i śmiałam się w twarz każdej owcy i każdemu innemu służbowemu zwierzęciu dającemu się bezwolnie nieść wakacyjnym prądom. Prosto w nos, wszystkim tym, którzy postawili na korzystanie z samego centrum, z żółtka lipca i serca sierpnia, słałam swe obrazoburcze buahahahahaha. A wszelkie niedowierzające spojrzenia, pytania i powątpiewania, czemuż tak późno, czy wytrzymam i czy aby na pewno jestem pewna – utwierdzały mnie tylko w słuszności sporządzanego projektu, który dziś (nie ma się co krygować) okazuje się być wyzwaniem zbyt dla mnie śmiałym i kompletnie zwariowanym. 

Dziś okazuje się, że w akcie tworzenia byłam i głucha i kompletnie ślepa (bezapelacyjnej niepoczytalności nie zarzucam sobie tylko dlatego, że jednak na wspaniałomyślności wobec siebie oszczędzać nie należy).
Jak można było mi (mi krótkowzrocznej!!!) powierzyć inicjatywę w tak ważnej sprawie jak mój wypoczynek? – zapytuję się, brnąc po wytyczonym przez siebie szlaku; szlaku pełnego stromizn, wybojów i zaskakujących dołów (by nie rzec: ziejących czernią otchłani)   

Wprawdzie cel poprzez chmury już prześwituje, jednakowoż,  im doń bliżej, tym chętniej omdlałe dłonie ze skał się ześlizgują, a grunt spod stóp się osuwa. A i powietrze coraz rzadsze (w przeciwieństwie do lawiny kamieni, która, co i rusz, mnie pieści) zadania mi nie ułatwia.
Doprawdy nie wiem, czy w tych ekstremalnych warunkach zdołam pokonać wijącą się przede mną fantazyjną serpentyną odległość 2 tygodni. Zwłaszcza, że (jak już ustaliliśmy dwie notki niżej) jestem wyprana z pilności i wytrwałości, a na mym ramieniu przysiadła właśnie pokusa, by odetchnąć i w przyszłym tygodniu osłodzić sobie życie dwoma dodatkowymi dniami wolnego. Ciężar tej przynęty, USTALMY TO WYRAŹNIE i ponad wszelką wątpliwość, to nie waga motylka czy koliberka, lecz strusia. Co najmniej.

Czy ktoś kiedyś, do kroćset fur beczek!!!!, próbował zdobyć Mount Everest ze strusiem na ramieniu?

WATCH OUT!!!

poniedziałek, 26 marca 2012

Kamerdyner dla królowej

Etat w pałacu Buckingham.
15 tysięcy funtów rocznie.
I, jak donoszą media,
obowiązek
„… podawanie na tacy herbaty, ciasteczek i gazet”

Your Highness
Your Majesty
Here you are
YOUR TEA


Jestem dobrze ułożona
I zorganizowana
O nienagannych manierach
(acz nie zmanierowana!)

Aparycję mam miłą
I jestem dyskretna.
Herbatę parzę pyszną
I znam się na ciasteczkach.

Gazety serwowałabym
Z niewysłowioną gracją.
I służyłabym zawsze
Słodyczy słuszną racją.

I nasza, Wasza Wysokość,
współpraca byłaby cacy,
gdyby nie smutny fakt ten,
iż nie przystaję do tacy.

Gdy chwytam tacę w ręce,
zaczyna drżeć ziemia
I mi się ten dygot po prostu udziela.
To idzie od stóp, przez tułów do dłoni,
w mig osiąga tacę i czarkami dzwoni.

Na sygnał porcelany herbata przybiera
I do brzegów filiżanek rychło się dobiera
A dalej jak lawa, i jak potok rwący
Zalewa gazetę (to zupełnie niechcący!)
i ciastka i, o zgrozo!, garsonkę królewską…
(I’m terribly sorry… ależ jestem niezręczną!)

I tak to pod falami
Urojonej herbaty
Spoczywa w pokoju
Kariera fajtłapy :)))))

środa, 14 grudnia 2011

Kameleon ma głos

- Mównica z Tektury*, słucham.
- dzień dobry, ekhm…mhm… czy ja mogę mówić z Panią Modigliani?
- dzień dobry, tak, to ja, słucham pana.
- tak? acha… nie poznałem pani głosu.
- to dlatego, że czasem go zmieniam.
- TAK?
:)
Tak. Tak, jak ubrania.
Niektórzy rano stroją się przy lustrze, ja przy kamertonie się stroję:) Raz, dwa. Raz, dwa. Do re mi fa so la. Próba mikrofonu. W którym dźwięku mi dziś do twarzy, który lepiej w uchu leży: tubalny, delikatny, smutny, wesoły, gromki, senny…, który kolorem lepiej pasuje do ubioru, cery, atmosfery?
Szczęściem, cały asortyment tonów zawsze noszę przy sobie, więc ewentualny poranny zły wybór nie ciąży mi cały dzień. W każdej chwili struny głosowe mogę oblec w barwy nowe.
Nowy rejestr
nowa skala
i już jestem
nie ta sama.
Szczerze, gdybym za każde telefoniczne „nie poznałem pani”, albo „dziwny dziś ma pani głos” dostawała złotówkę (albo tylko grosz! nie bądźmy pazerni:), nie byłoby mnie widać spod hałdy bilonu.
Podobnie zresztą rzecz ma się z całą resztą:)
Wystarczy, że założę czapkę i już widzą we mnie kogoś innego. Czasem tylko wyjdę zza biurka i od razu jestem podobna zupełnie do nikogo i każdym być mogę. Dowód? Bardzo proszę. Kiedyś pewna pani opisywała mnie (stojącą obok!!!) mojemu koledze z pytaniem kiedy będzie można mnie zastać.
Niewidzialność mam w małym palcu (przetestowano także na kanarach. Z sukcesem (sic!))

Jeśli ktoś coś wie o wolnym etacie dla szpiega – to bardzo proszę:)
Jestem idealnym materiałem.

--------------------------
*) taka sobie onomatopeja:)))

piątek, 21 października 2011

„Niepamięci. Niech się święci. Cud..”

Zamiast końca świata przyszedł dziś do mnie osiołek i rzecze:
- dzień dobry. Przepraszam, że ja ZNOWU panią męczę, ale czy mogłaby mi pani JESZCZE powiedzieć…

JESZCZE? robię wielkie oczy. ZNOWU? Wytężam pamięć i moje przerażenie rośnie. ZNOWU. A osiołek podobny zupełnie do nikogo. Osiołek, jak to osiołek. Uszka, kopytka i ogonek. Ot. Jeden z wielu osiołków chadzających po naszych korytarzach. Ale musicie wiedzieć, że choć nie bywają u nas osobowości na miarę Kłapouchego, czy kolegi Shreka, to jednak i pomimo to każden jeden, który do mnie wchodził, zostawiał na piasku mej pamięci mniej lub bardziej wyraźny ślad kopytka. Naprawdę! To znaczy… to było prawdą. Do dziś. Bo zdaje się, że w królującym tu ostatnio służbowym rozstroju przestałam już absorbować twarze, które mnie odwiedzają. A moja sławetna pamięć cichaczem przeszła metamorfozę. Z wilgotnej plaży - na targaną mocnymi wiatrami pustynię:) Żaden trop się nie uchowa.

Jedynym plusem służbowego zamieszania i się dziania jest tylko to, że coraz częściej zapominam też i o zimnie, które tu ciągle i nadal niepodzielnie panuje, gdyż i bo "cały pion strzelił pszę pani". Fajno. W obliczu zbliżającego się listopada, i jadącego za nim na saniach grudnia, takie słowa są plastrem miodu na sterane kołataniem serce moje.

piątek, 7 października 2011

Syfon

nie ma to, jak przyjąć na stan telefon i chwilę potem, w czasie, gdy podpisy i pieczątki na drukach inwentaryzacyjnych jeszcze stygną, patrzeć jak trafia go nagły szlag i to tak, że "z tym już się nic nie da zrobić. Wiem, bo miałem podobny przypadek w zeszłym tygodniu". Pan od naprawy nie trudzi się, by mnie pocieszyć. Od razu: tu kawa, tu ława, a tu akt zgonu proszę pani, bo tego się już nie naprawi.
Dziękuję.
Mam teraz inny telefon. No i nie powiem. Ma on ci kabelek, klawiaturę i słuchawkę. I można się do mnie dodzwonić, a i ja dzwonić śmiało mogę. I naprawdę jest pięknie, acz zupełnie inaczej, gdyż i bo zastępca (choć bardzo przystojny) jest nieco ułomny. MIANOWICIE nie ma wyświetlacza!!! O, NA-U-KA-RRRRRA-CZA!
I w tym miejscu chciałabym otwarcie przyznać, że ta absencja naprawdę bardzo mnie boli. Wprawdzie wcześniej nie zajmowała mnie wielce ostra selekcja rozmówców, ale, UMÓWMY SIĘ, są w życiu służbowym takie chwile, w których nie jesteś w stanie odbierać wszystkich telefonów. To takie krytyczne momenty, w których naprawdę musisz na bieżąco przesiewać i segregować rozmowy, tak by na sitku zostały tylko te, co na baczność stawiają lub od razu na kolana rzucają. Bo, gdy terminy zaciskają pętlę na szyi, nie ma się ochoty na monologi gaduły, który klepaniem trzy po trzy wykrada ci zawsze co najmniej pół godziny, albo na interpelacje tej nachalnej pani, która od miesiąca truje ci zgranymi pytaniami…

I co teraz?
teraz bez telefonicznego cedzaka wszystko dzielnie na ucho przyjmować muszę, bo za każdym dzwonkiem kryć się może priorytet, sztandar, piedestał lub fundament…
zaprawdę
nieutulona w żalu
pozostaję

piątek, 16 września 2011

Hrabia Fredro wiedział niejedno

Niedawno obdarowano nas służbowym sąsiadem. Pewien Dział (niech on się tak tutaj zwie) wprowadził się piętro niżej.

Niestety zamiast rzucić mu się na szyję i tradycyjnie powitać chlebem i solą, od progu zaczęłam psuć nasze sąsiedzkie stosunki. Chyba nie nadaję się na sąsiada, choć, dalibóg!!!, jestem jednostką grzeczną, miłą i kulturalną (uprasza się o nie zaprzeczanie tej oczywistej prawdzie!).

Ale naprawdę ILE MOŻNA? NAWET moja legendarna spolegliwość ma swoje granice.

Rozumiem szklanka mąki. Szklanka cukru. Raz na jakiś czas. Ale te Gawły jeszcze się na dobre nie zagnieździły, a już swawole zaczęły. Na wysokich obrotach. Co kilka minut. A to ksero potrzebujemy skopiować tylko kilka stron!!! pilnie, a to telefon to naprawdę pilne, a to płyn do zmywania oddamy wam z nawiązką, a to zszywacz, dziurkacz, gumka do mazania...

Przy 65748 razie, a konkretnie, przy prośbie o ryzę papieru, bo musimy coś wydrukować KONIECZNIE wyczerpała się miłość do bliźniego. Odmówiłam.
Od tamtej słodkiej chwili,
uwieńczonej trzaskiem drzwi,
ten dział, co ciągle coś chciał
niepokojąco milczy.

Myślę, że w tej ciszy między piętrami
rodzi się odwet, co do krwi mnie zrani
i czuję, że będę pluć w brodę sobie
bo przecie „Jak ty komu,
tak on tobie”

czwartek, 14 lipca 2011

Resublimacja, czyli od skowronka do muchy

Ostatnio powietrze zastyga. Galaretowacieje. Czy ktoś ma podobne wrażenie? Z moich obserwacji wynika, iż proces ten zachodzi rano w okolicach mego miejsca pracy.
Z domu wychodzę bez problemu. Pokuszę się nawet o ryzykowne stwierdzenie, że jestem wówczas żwawa i rześko pruję na przystanek. Niestety w tym czasie, gdy ja jestem w pociągu, w atmosferze dochodzi do serii tajemniczych reakcji, których efektem jest ścięte powietrze. I kiedy wychodzę z tramwaju, czuję wyraźnie, jak ono wokół mnie tężeje, bezczelnie wysycając ze mnie całą poranną energię i dziarskość. Wytracam impet. Im bliżej pracy, tym trudniej przeć mi do przodu. Ale nie składam broni! walczę! Proszę Państwa!!! Całym ciałem napieram na tę krzepnąca materię. Rzężąc, drążę powietrzny korytarz, by w końcu swe ledwo dyszące ciało złożyć na ołtarzu progu służbowego …

jak widać na razie stawiany mi opór pokonuję z sukcesem,
ale to dopiero początek
będzie gorzej
gdyż i bo
oczekiwanie na urlop
ciężko zawisło w powietrzu
:)

jakżeż się nie chce mi

wtorek, 26 kwietnia 2011

Kwiecień plecień

bo przeplata
trochę laby, trochę bata:)

Jeśli wraca się do pracy zaraz bezpośrednio po świętach. Tak od razu. Hop siup. Bez przygotowania, bez postoju na żółtym świetle, bez rozgrzewki, bez żadnego rozbiegu. Od razu! Z czerwonego na zielone. Klik i już trzeba lecieć. To wtedy można śmiało zapomnieć o byciu fajnym i grzecznym i kulturalnym. Wystarczy nam, wagowo idący w tony, obowiązek pojawienia się w pracy i doprawdy nie warto w taki dzień obciążać karku zbędną układnością.
Więc nie trzeba się przejmować, że się nie powiedziało dzień dobry, się nie uśmiechnęło, a na dodatek przypadkiem ostentacyjnie się ziewnęło, a zamiast odpowiedzi wzruszyło się (nie do łez, a) ramionami, i nie ustąpiło się miejsca, bo uparcie udawało się, że się śpi…
I w taki dzień nic doprawdy nikomu nie szkodzi, że się zaczęło zdanie od więc.
tak przynajmniej się mi wydaje:)

piątek, 22 kwietnia 2011

Święta

to już chyba. Już tak. Tak prawie.
Ale ja jestem w pracy.
Siedzę sobie sama. Nie licząc ciszy szczelnie wypychającej korytarze i sale.
Za oknem ptaszek, mały czart!, nawija o pięknym świecie. Diabelska armia drzew kusząco macha do mnie zielonymi liśćmi, a promienie słońca pukają w okienko pukają, wołają, puść panienko… ale ja nie z tych, co się łatwo puszczają. O HO. Jestem twarda i nieustępliwa, niczym zimne żebra mego kumpla kaloryfera.
Siedzę.
i w ogóle mnie to nie męczy.
naprawdę jest git.
dawno nie siedziałam tu sama.
jest fajnie.
:)
jak bardzo? - poczujecie po przesłuchaniu Pani Rumer:)

wtorek, 19 kwietnia 2011

figa z makiem

poniedziałek to wyjątkowy dzień w moim służbowym tygodniu życia.
w poniedziałki w „moich” drzwiach robią się korki, a „mój” korytarzyk przypominać zaczyna schorowany układ krążenia.
JEDEN WIELKI ZATOR.
Po prostu czuję jak krążące po pokoju decybele sprzed nosa zabierają mi powietrze.

U ha ha.

Dziś powoli dochodzę do siebie.
Dalibóg,
daleka droga przede mną.

czwartek, 13 stycznia 2011

Śpiąca Królewna

W głowie Śpiącej Królewny siedzi biały pluszowy miś. Ten miś niewiele myśli. On tylko śpi. Zwinięty w kłębek. Śpi i śni.

Dziś przekroczywszy próg pracy, obojętnie minęłam portiernię, w niej klucze do mojego pokoju, apatycznie przeszłam obok szatni, wdrapałam się na swoje piętro, na którym to w końcu u podwoi pięknych służbowych obudził mnie czuły pocałunek (księcia z bajki…czyli) zimnej klamki:)


Tutaj też trochę śpię, a przecież najwyższy czas nowy rok blogowy zacząć.
No to niniejszym zaczynam:)))

środa, 8 grudnia 2010

Sam na sam z denatem

Działa w ukryciu. Rzetelna, dyskretna i subtelna. Jest zawsze obecna, choć najczęściej niewidoczna dla oka. Pracuje skrupulatnie i bez rozgłosu. Kobieta pełna ciepła i (nawet zaryzykuję i napiszę, że:) miła w dotyku. Współpracownicy rzadko zwracają na nią uwagę. Zamiast. Za to. Gruntownie zapominają o. I dzień w dzień przechodzą nad nią, pod nią, obok niej obojętnie i do porządku dziennego. Uznają, że powinna działać, że to naturalne, że przecież jest nie do zdarcia, i że zawsze. I nikt się nie pochyli, nie zapyta, czy jej może czegoś nie potrzeba. Nikt dżentelmeńsko nie poda ciepłego płaszcza (z polietylenu) lub gustownej mufki (trójnikowej bądź łączącej). Wszyscy tylko zachłannie ściągają z patery owoce jej pracy, ją samą mając po prostu w nosie…DO CZASU.

Empatycznie odnajduję się w tej historii. W Twojej historii o RURO CIEPŁOWNICZA!!!! Naprawdę Cię rozumiem. Jestem z Tobą całym sercem. Wiem. Przychodzi czas, że nie jesteś w stanie utrzymać w sobie wszystkich tych służbowych smutków i żali. A wówczas się pęka, pyk, a nawet nawala na całej linii… A wtedy. O alleluja! I o ironio!!! Twoja dotychczasowa praca zostaje zauważona i doceniona.
:)
Co jest gorsze od dojazdu nie ogrzewanym wagonem pociągowym?
Otóż wylądowanie po takiej podróży w biurze z kaloryferem nieboszczykiem.

Dziękuje za uwagę.