Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Służbowo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Służbowo. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 27 sierpnia 2015

o zmaganiach


Byłam gotowa w każdej chwili rzucić się na wroga. Przewidywałam, że z końcem urlopu, bez próby negocjacji, o świcie zaatakuje mnie budzik. Byłam czujna. Całą noc mocno i kurczowo trzymałam się tarczy poduszki. Nie zwalniałam uścisku ani na chwilę.  

Niestety wpadłam w zasadzkę.
Zegar spacyfikowałam ledwo uderzył na alarm, ledwo się na mnie wskazówką zamachnął…
lecz Rozsądku (o Brutusie!), który zaszedł mnie od tyłu, jasiek zdusić już nie zdołał.

Ale wstydu nie ma!

Zeszłam z pola walki o własnych siłach
Z dumnie podniesioną głową
Z poharatanym licem,
Z którego wyzierał wielki gniew
I wyraźny pościelowy szew.   
:)

Imponująca blizna. 
...

Urlopowe lenistwo, tak ociężałe i lepkie, miast wlec się powolutku i sennie - nim się spostrzegłam bezczelnie czmychnęło mi przed nosem.

Nogi za pas wzięła również mysz,
autor: Ladaco

która hasa teraz po kątach komnat królestwa niebieskiego.  I zapewne chwali sobie tę przeprowadzkę, bo nowi gospodarze słyną przecie ze świętej cierpliwości.
Żeby temat definitywnie zakończyć, napomknę tylko delikatnie, iż:
„Boże igrzysko” ledwie napoczęte
nie pokrzepiło naszej amazonki (sic!).
Projektanci wymyślnych a nieskutecznych pułapek i autorzy odstręczających ofiarę trutek powinni udać się na korepetycje do Pana Profesora Normana Davisa. Polecam.

No i to by było tyle na powitanie.
Dzień się skraca
Czeka praca
Ja mam kaca.

:)




piątek, 22 maja 2015

W negliżu


Wpis znów będzie zawierał intymne szczegóły mej toalety, za co z góry, co wrażliwszych czytelników, bardzo przepraszam.
  
Otóż mam dziś na sobie rybaczki (dla niezorientowanych, a w  matematyce biegłych, podpowiadam, że to spodnie ¾), do których założyłam podkolanówki gładkie beżowe. O świcie zdawały mi się one bardzo dobrze korespondować z całą resztą. Wrażeniu temu sprzyjały i moje zaspane oczy, i poranny cień w sypialni. Niestety w trakcie podróży do pracy odkryłam, że spodnie podczas ruchu, najlżejszego nawet zgięcia stawu kolanowego, wypuszczają z objęć przykrótkich nogawek całe brzegi podkolanówek, które wystawione na widok publiczny (umówmy się!) sporo tracą na atrakcyjności, a i swej właścicielce elegancji niemało odejmują. Wsi jak byk!, powiedziałabym cytując siebie małą, a wieś ta demonstracyjnie wyszła na jaw, kłując widłami me oczy, gdy zbyt energicznie usiadłam w pociągu. Co za plama na mym nieskazitelnym wizerunku! Wstyd i HAŃBA! 
Przez chwilę walczyłam, dzielnie ciągnąc połowę odzienia w dół, a drugą w górę, ale krótko to trwało, bo (spać mi się chciało:) przypomniałam sobie, że przecież jestem kobietą wszechstronną, przygotowaną na każdą okazję. NAWET TAKĄ:)  
Ułożywszy w głowie receptę na remedium, resztę podróży spędziłam spokojniej 
ACZKOLWIEK trudno było nie zauważyć prostej zależności:
im bliżej biura byłam, tym szybciej doń gnałam.

Bo tam
w szufladzie na dnie
leżało moje wyjątkowe panaceum
moje jedyne lekarstwo
na toczącą mnie garderobianą infekcję:
Zapasowe rajstopki!,
w które, już za chwilę!, ubrać będę mogła CAŁE moje dwie nogi, od stóp do pasa;
dzięki którym, za moment!, odzyskam swój niedościgły, nienaganny wygląd.
  
Zatem śmigam na górę w jakimś dzikim szale. Nikczemne podkolanówki podczas biegu opadają do połowy łydek, więc pędzę jeszcze prędzej, jakby chodziło o ratowanie nie perfekcyjnej prezencji, a mojego życia.  Dopadam drzwi, dopadam szuflady, zdzieram z siebie (dosłownie, o Moi Mili!) spodnie, zakładam rajstopy  i z westchnieniem ulgi naciągam ponownie zdradliwe rybaczki.
Skacząc na jednej nodze, z butem w ręku zbliżam się do okna, coby je uchylić. Spoglądam na dół, spodziewając się widoku pustego parkingu, a tam kolega z działu, oparty o swoje renault, sączy sobie dym z papierosa.
I wtedy, wraz z tym obrazem, DOTARŁO DO MNIE moje szaleństwo.
Oto ledwie milimetrowe zagięcie czasu i miejsca,
nieco zdrowszy styl życia kolegi, a
zastałby mnie on w negliżu 
w biurka mego pobliżu

oczywiście moje obłąkanie jest faktem,
ale z drugiej strony,
Wysoki Sądzie,
zerknijmy komisyjnie na zegar:
6:40
No ja PRZEPRASZAM BARDZO
To prawda, że poranna pora pozwoliła mi zapomnieć, że należałoby przed przystąpieniem do czynności intymnych zadbać o sprzyjającą im atmosferę, która rozkwita tylko przy drzwiach zamkniętych. Na klucz!
Ale 6:40!
O tej porze nie zagląda tu pies z kulawą nogą. I to wcale nie dlatego, że ma problemy by dokuśtykać na moje piętro.  
O tej porze to ja powinnam móc rozebrać się do rosołu, wyprać bieliznę, wysuszyć ją i ubrać się ponownie. Tyle oto czasu spokojnie zwyczajowo mija, nim ktokolwiek tu do mnie dociera.

A ten tam stoi sobie najspokojniej w świecie (zaburzając jego święte służbowe porządki!) i pali.  

Matko, gdyby nie ten papieros…
gdyby nie ten błogosławiony ćmik!  
Z wdzięczności za łut szczęścia, który głupcom czasem do kieszonki wpada, 
poczułam na języku rozkoszną słodycz tego nałogu.

czwartek, 16 kwietnia 2015

Inwentaryzacja

To skrupulatna, wyrachowana Królowa. Drżę przed nią i mam najgorsze obawy.
Tak się nieszczęśliwie składa, że właśnie wpadła z wizytą, pochyliła się uważnie nad naszym sprzętem i pochłonęło ją liczenie.
Niestety, z tego co widzę, jej umiejętności arytmetyczne nie obejmują mnożenia, czy (o daj Boże!) potęgowania. Ze wszystkich operacji opanowała dodawanie i, to najbieglej!, nieszczęsne odejmowanie.
Choć z drugiej strony, obserwując ją z boku, towarzysząc jej na każdym kroku, patrząc jej na ręce przy sporządzaniu protokołów, udało mi się zdemaskować pobieżność tej wiedzy.
Nieustępliwa dociekliwość Pani I. budzi we mnie dreszcz grozy, dlatego odkrycie luki w jej kwalifikacjach niesie przez chwilę lekką pociechę. To uchylone okno w dusznym pokoju!, więc ochoczo staję przy tym lufciku i zaciągam się z lubością płytkimi umiejętnościami zimnej Królowej.   
Bo nawet ja, nie będąc specjalistką w dziedzinie rachunków, sierota posługująca się kalkulatorem przy najprostszych działaniach matematycznych, WIEM, że wynikiem odejmowania jest różnica.
A ona co? Była zaskoczona otrzymanym rezultatem! Powiem więcej: była zszokowana!

- wyszła u Państwa różnica, JAK TO MOŻLIWE?!

no nie wiem. To trochę, jak tłumaczenie dziecku skąd się biorą dzieci.
Musi być on – odjemnik i ona - odjemna
jak połączy ich minus
rodzi się różnica.

To cudownie tak odetchnąć!

A teraz na serio. Różnice mogą być różne. Całkowite, niecałkowite, parzyste, nieparzyste, dodatnie i ujemne… JEDNAKOWOŻ jakiekolwiek by tam jeszcze one nie były, najgorszą z nich, jest RÓŻNICA INWENTARYZACYJNA.  

Nie próbujcie tego u siebie w pracy! 

Z jednej strony borykam się zatem z odkrytym niedoborem, a z drugiej dręczy mnie jakiś pan z sąsiedniego działu, który koniecznie chce byśmy przyjęli na stan jego krzesła. Nie wie jeszcze, że po odwiedzinach Inwentaryzacji nie w głowie nam branie nowych mebli na głowę. Zresztą, współpracowników wypadałoby raczej ukarać i, za zagubione wyposażenie,  kopnąć w tylną część ciała, a nie żeby pod nią jeszcze nowe krzesła usłużnie podsuwać. Gdyby, zamiast siedzisk, miał ten pan do zaofiarowania kilka sprzętów elektronicznych, których właśnie poszukujemy, byłaby inna rozmowa.

A ponieważ nieszczęścia idą parami.
W swym prywatnym życiu tez przyszło mi odnotować niedobór. Właśnie dziś.
Zgubiłam czapkę.
Chyba w pociągu.
Ciekawe dokąd i z kim pojechała. 
Pewnie nigdy już się nie dowiem.

Ronię za nią łzy.
Tym gorętsze, że
jutro ma być zimno. 

środa, 30 kwietnia 2014

Glejt


 z serii przychodzi osiołek i …

- czy pani może opieczętować ten druk?
- tak, o ile ma pan wszystkie podpisy …
- proszę

I w tym momencie na moje ręce złożony zostaje papier przypominający szmatę. Znać po jego zmasakrowanym ciele, że biedak po drodze przygód miał wiele; że przeszedł nieszczęśnik w życiu niemało, że nieźle mu się od osła dostało… Jest brudny i niemiłosiernie wymięty, przez kubek herbaty wyraźnie kopnięty…

Chwytam wymownie w dwa palce ten świstek,
ten dokumentu wrak,
ten niezbity dowód,
że osłu taktu brak: 

- ten druk wygląda, jakby szedł do mnie kilka lat, wzdłuż i wszerz, przez cały świat.
- tak. Wiem, że termin minął, ale nie mogłem być wcześniej.

piątek, 21 marca 2014

Pod jabłonią


- czyli że nie dostanę jabłka?

- nie

- ALE DLACZEGO?!

- znał pan zasady

- no i naprawdę nie ma dla mnie ratunku?

- nie. Boś nie spełnił najmniejszego warunku!

- Toż ja bez błonnika zginę w agonii! Na kolana padam i o szansę błagam!

- niech pan z klęczek wstanie! Jabłka pan i tak nie dostanie. Szansę pan tu już niejedną miałeś i co do jednej nie skorzystałeś. Ja podsadzałem pana, podawałem drabinę - a pan żeś jedynie robił durną minę. Koledzy pańscy na drzewo się wdrapali, po jabłku sobie bez pośpiechu zerwali. Ambitniejsi nawet z samego czubka! A pan niezmiennie strugasz z siebie głupka i nie sięgasz ni najniższych gałęzi, jakby ci ktoś nogę w sidłach uwięził; ani, co gorsza!, nie schylasz się pan po spady. Co tam schylać! Pan nawet nie patrzysz pod nogi! I nie łudź się, że owoc sam spadnie ci na głowę, bo mimo, że to jabłoń -pan nie jesteś Newtonem.

- gdybyś pan tylko, tak jak nie chcesz,  chciał, to byś pan jabłko mi po prostu dał! Wąż z drzewa poznania nie robił Ewie problemów…

- …i doprowadził nieszczęsną do eksmisji z Edenu!

- bym wszedł do sadu, ojciec słono zapłacił! A teraz PRZEZ PANA całą kasę traci…

- wszakże, a nawet przecie!, my za cenę wejściówki - nie gwarantowaliśmy nikomu papierówki

- … tyle pieniędzy pójdzie prosto w błoto…

- Sam żeś je tam wrzucił, leniwa niecnoto.

No i tak dalej,
i et cetera

Takie oto właśnie ciekawe rozmowy
Toczą się w cieniu mej służbowej jabłoni


piątek, 14 marca 2014

tytuł posta - rzecz nie prosta!



………………………………………..
(tytuł posta)


Często jestem zmuszana zalewać służbowy zespół ankietami.
Ślę te pliki nieustannie z żądaniem ich wypełnienia na czas. Wszystko pod szyldem prośby;  prośby tak uprzejmej, że odpowiedzią nań zazwyczaj jest milczenie. 

Długie i sążniste milczenie.

I gdy już mi się zdaje, że utopię się w tej ciszy
nagle i naraz
dzwoni telefon
jeden, drugi, trzeci …
a każdy rozbija się wciąż o to samo
Nie chce mi się, nie umiem
Zrób to za mnie
….mamo?


- dzień dobry okrutna Modigliani, dostałem ten formularz od pani. Bardzo serdecznie dziękuję, właśnie nad nim lamentuję. A czując w głowie silną blokadę, dzwonię, by spytać o twoją radę.  Powiedz mi pani, wszak jam nie twój wróg, jak inni koledzy wypełniają ten druk?

- ?

- bo kropki zajmują tu wszystkie luki; Roją się tak, aż poczułem się głupi. Na tekst mój przez te kropki jest miejsca za mało! Już biedronki na grzbiecie więcej luzu mają! 

- jeśli pan się zmieści na skrzydłach owada, to ja bardzo proszę. Wielce będę rada.

- … pani się śmieje, a to nie do pojęcia! Jak mam tu wyliczyć swoje osiągnięcia? Czy każdy szczegół trzeba mi wprowadzić, czy może tylko ogólniki sadzić? No i czy od A do Zet być to ma? Czy też może jednak od Zet do A? Zresztą… to i tak się tutaj mi nie zmieści….zdaje się, że będę musiał całość streścić…. 
Ech, no przyznaj! To wszystko jest do bani!

- bani?! …To taka miska z mydlinami?

- z mydlinami to jest balia! (ależ trudna ta batalia!)  A tu czasu jest tak mało. Przyznasz, więcej by się zdało!

- … (gdyby nie te farmazony, druk już miałbyś wypełniony)

- moja pani, co za bieda! 

- … (ten telefon nic ci nie da)

- halo. Jest tam pani?

- …

- Pani Modigliani?

- tak?

- co pani radzi?

- ZJEŚĆ MIÓD ZE SPADZI!!!..................................
.................................................................................
..…..…………………………………………………………………
…………………………………………………………
…………………………………………………………
(treść notki)



Pani Modigliani
…………………………….
(autor)


czwartek, 13 marca 2014

Zawód

- mam przesyłkę dla pana.
- a fajną chociaż? na przykład z czekoladkami?
- niestety to książka.
Tylko z literkami.


piątek, 7 marca 2014

statystyka


ilu ludzi długowłosych
a ilu łysych twą firmę zaszczyca
ilu leworęcznych pracuje
u ilu zaś działa ino prawica

ilu  na stojąco haruje
a ilu zaś tylko siedzi
ilu przy taśmie w fartuchu
a ilu za biurkiem się biedzi

ilu ma pełne uzębienie
ilu sztuczne szczęki
ilu na etacie brzydkich
a ilu jak wiosna pięknych

kto, jako kto, i za ile
kto, jako kto, i co zrobił
kto wziął manele i odszedł
a kto się awansu dorobił

ilu klientów tutejszych
a ilu zza granicy
czy bardzo dobrze ci płacą
czy może bida aż kwiczy

?

A wszystkie dane ogółem
A potem z podziałem na wiek
no i też nic nie zaszkodzi
W rozdziale uwzględnić i płeć. 

I nie ma zmiłuj, mój bracie drogi,
bo w pokoju szefa, każdy tu to wie
GUS sobie siedzi, cygaro pali,
na biurku trzymając
święte  nogi swe.

:)))))

NIE RYCZ!
tylko licz, mała licz!

Bo oto nadszedł post.
Czas rachunków
Nie tylko sumienia.

wtorek, 28 stycznia 2014

Mózg elektronowy, czyli nowy program komputerowy.


W tym roku zostałam uszczęśliwiona nowym programem, którego celem ma być usprawnienie mych służbowych działań. Usprawnić znaczy dla mnie to samo, co uczynić lepszym, wygodniejszym, doskonalszym, tudzież szybszym… wdrażany system ma jednak zainstalowany inny słownik synonimów.  Ja myślałam, że on zadziała już za jednym mym oka mrugnięciem, on z kolei się uaktywnia, gdy niezmiernie wiele razy pomnożę jedno kliknięcie. W skrócie: wymaga on klikania, niczym kot głaskania. Kliknięcie to dla niego łyk powietrza. Ażeby działać musi oddychać co rusz, szybko i płytko. Takie zipanie dla mnie nie jest objawem zdrowia, a raczej zbliżającego się zdechnięcia. Wiedziona tą troskliwą myślą, zapytałam jednego z rodziców tego systemu:
- czy pan naprawdę wierzy w ten moduł?
- TAK! i w najdrobniejszy jego szczegół!  

Przez chwilę ta jednoznaczna odpowiedź mnie uspakajała. Teraz jednak, kiedy próbuję samodzielnie rozgryźć ten komputerowy orzech, już wiem, że była ona podyktowana ślepą miłością ojca do dziecka. 

Bo powiedzmy, że mam życzenie wprowadzić do systemu literę „A”. Och, ta moja brawura! Aby to uczynić muszę kliknąć tryliard razy i otworzyć nieprzebrane zastępy okien. Otwarcie na przestrzał Pałacu Buckingham albo Pałacu Zimowego w Petersburgu, w porównaniu do czasu tej operacji, zajęłoby ledwie oka mgnienie.
Po przebrnięciu przez tunel wejść, docieram w końcu do podziemnej celi, w której mogę umieścić moją literę, co czynię, jednocześnie nerwowo szukając wyjścia, bo już doprawdy nie wiem, gdzie jestem, a wizja czekającego na powierzchni całego alfabetu odbiera mi siły. Zaczynam żałować, że żadne z uchylonych okien nie ma parapetu. Zaraz bym z rozpaczy zeń skoczyła w tę durną pełną przeciągów informatyczną przestrzeń.

Choć, jak znam życie, w tym świecie nie ma nawet porządnego bruku, o który można by się elegancko roztrzaskać.

A zresztą,
czy aby na pewno chcesz się roztrzaskać?
Jeśli wciśniesz TAK  - z pewnością złamiesz kark.

Mhm… naprawdę?! To może rzeczywiście tymczasem się wstrzymajmy i połammy sobie głowę nad instrukcją obsługi, w której od pierwszego zdania autor szeroko rozpisuje się na temat możliwości wyboru, jakie daje nam ten świetny program. Przez wszystkie strony zgłębia on ten temat i wymienia przeróżne opcje wejść i wyjść. Podkreśla uważnie wszelkie dane użytkownikowi ewentualności i kryjące się za nimi konsekwencje.  Nie zostawia ani krztyny miejsca na domysły i szansy do wyciągnięcia wniosków czytelnikowi nie daje. WSZYSTKO jest tam wyjaśnione. Jest tam tak bardzo jasno od wyjaśnień, że od tych jasności oślepnąć można.    

Akcja tego dramatu toczy się przez kilkadziesiąt stron dość zawile i mniej więcej w tym tonie:

Jeśli na tym etapie powiesz TAK, to znaczy, że wyrażasz zgodę, twoja odpowiedź nabiera wydźwięku aprobującego; może byłoby przesadą powiedzieć, że staje się ona pochlebna, czy pochwalna, JEDNAKOWOŻ pewnym być możesz, że jest twierdząca. Jeśli zdarzy ci się to przy kościelnym ołtarzu – być może jesteś już mężem/żoną (niewłaściwe skreślić). Dlatego sprawdź, gdzie teraz jesteś? rozejrzyj się! Nie ma ołtarza?! To dobrze!, ale czy czasem w pobliżu nie czai się urzędnik USC?!!! Nie?! NA PEWNO?! Siedzisz w pracy przy służbowym komputerze? Are you sure? ARE YOU REALLY, REALLY SURE? Jeśli w takich okolicznościach wcisnąłeś TAK, to znaczy, że potwierdziłeś ostrzeżenie o nie zaufanym certyfikacie…
Przy tym powiadomieniu możesz też EWENTUALNIE zaznaczyć opcję „nie wyświetlania tego komunikatu przy kolejnym połączeniu” i wcisnąć ponownie TAK. Jeśli zostanie zaznaczona opcja „nie wyświetlaj tego komunikatu przy kolejnym połączeniu”, WÓWCZAS
okno nie będzie wyświetlane przy kolejnym połączeniu. (ojej!)

Te wszystkie uwagi i liczne wskazówki
o następstwach rodzących kolejne skutki
spłodziły jedną myśl. Weźmy ją pod lupę:
niech mnie oni wszyscy POCAŁUJĄ W DUPĘ!

Lecz
czy na pewno chcesz, by cię pocałowali w dupę?
WARNINIG!
Czy jesteś gotowa obnażyć się publicznie?!
Po tej lekturze, coś czuję, że już chyba
z gołym tyłkiem czułabym się mniej idiotycznie!

czwartek, 19 września 2013

HYDRAulika


w kuchni służbowej mamy wodospad,
taki tyci, choć na kilka kaskad.
umowne terrarium to szafka pod kranem.
Tam nasza Niagara od roku jest panem

lecz niedawno woda na sile przybrała
opuściła szafkę,
podłogę oblała.

Telefon wykonany ręką mej szefowej
przywołał dwóch panów w trybie
na tych mia sto wym.

Panów, wielce ze służbową kuchnią zgranych,
i tak,  jak jej posadzka – nieco zalanych.
Jednakowoż, oddać im to muszę!,
(by od kłamstwa ratować swą duszę!:)
mimo rauszu zawory zdiagnozowali
i wymianę rurek zaordynowali:

- to tera idziemy… (Na jednego?)
dokonać zakupu koniecznego!

I jako rzekli
Tak uczynili
lecz wpierw od wody nas odłączyli

Przemili fachowcy, choć straszne opoje,
W hydraulicznej kniei toczą chyba boje,
o te części, jak się zdaje – kruki białe,
gdyż panów już nie ma dwa tygodnie całe.

- możliwe, że wciąż przy pomocy dwururki
Łowią niezbędne zawory i kurki

lecz nim oni jaki celny strzał oddadzą
na naszych grobach już kwiatki posadzą.



_______________________________________
Wszelkie podobieństwo do osób i zdarzeń
umyślne i planowe.

 ps. dla niedowiarków (cześć B.:))),
jestem gotowa sporządzić inwentaryzację fotograficzną.
:))))

czwartek, 20 czerwca 2013

Ciocia Dobra Rada


a dziś, w ten upalny dzień, na który wszyscy z utęsknieniem czekaliśmy:), poczęstuję Was hojnie orzeźwiającą porcją z dnia mego służbowego. 


- dzień dobry, PROSZĘ PANIĄ, ja od tygodnia próbuję się dodzwonić do Pana X, ale tam odpowiada mi taki dziwny sygnał, coś jakby zajęte... ja nie wiem, czy mam dobry numer… nie wiem, co mam teraz zrobić?
- proszę dzwonić do skutku. Ten numer jest dobry. Innego nie mam.
- ale on nie odpowiada… co mam teraz zrobić?
- proszę odwiedzić Pana X w jego pracowni.
- ale ja jestem zagranicaąąąąąąąąąąąąą, nie mogę teraz wyjechać, CO JA MAM ZROBIĆ?!!!!
- to proszę napisać maila.
- o! właśnie! Napiszę! dziękuję.

.

- dzień dobry, otóż od miesiąca bezskutecznie próbuję znaleźć kontakt do PanaY, czy mogłaby mi pani pomóc?
- proszę wklepać w google PanY. Jako pierwsza w wyszukiwarce pojawia się strona internetowa tego Pana. Tam są wszystkie informacje. 
- O?! 
- …
- ale mam do niego napisać, czy zadzwonić? JAK PANI MYŚLI?
- niech mu pani wszystko wyrysuje.

.
- chciałbym rozmawiać z Panią S.
- Pani S w tej chwili rozmawia przez telefon. Bardzo proszę zaczekać. Jak skończy rozmowę – poprosi pana do siebie.
-…
- jeśli mogę prosić, to bardzo proszę zaczekać  na zewnątrz.
- na zewnątrz?
- tak.
- czy to znaczy, że mam wyjść na korytarz?

.

- dzień dobry, chciałbym rozmawiać z Panem Z.
- nie widzę przeszkód.
- ekhm… a gdzie on jest.
- nie wiem.
- przecież powiedziała pani, że jest.
- ja tak powiedziałam?
- przed chwilą.
- powiedziałam, że nie widzę przeszkód, i że mogą sobie panowie rozmawiać.
- ale jak? Przecież PanaZ nie ma. SAMA TO PANI POWIEDZIAŁA.

.

- ja przepraszam, bo widze, że pani jest zajęta, a ja mam takie głupie pytanie…
- śmiało! Jestem przyzwyczajona.



środa, 22 maja 2013

Kwieciste rachunki


Maj to miesiąc, w którym dostaję w pracy zadanie matematyczne.
Treść jego w zaokrągleniu brzmi:

Masz 8 tulipanów i 10 solenizantów.
Rozdziel kwiaty tak, by każdy ze świętujących, otrzymał okazały bukiet imieninowy.
Zadanie uznaje się za rozwiązane celująco, jeśli po rozdaniu obfitych wiązanek i w Twoim wazonie naręcza kwiatów nie zabraknie.

Ażebym nie wpadła w rutynę, co roku z powyższej łamigłówki tajemniczo znika tulipan.

Ostatnie dwa tygodnie spędziłam zatem w fascynującym świecie rachunku nieprawdopodobieństwa, złorzecząc na ohydnego ogrodnika przecherę, który gdzieś w tej szaradzie jest ukryty, a którego  niekompetencja niedługo w pień wytnie tak potrzebne mi kwiecie.

A teraz, jak to wszystko się skończyło - dręczy mnie wstręt do liczb. Dostaję mdłości na widok kalendarza. Z odrazą spoglądam na zegar. Denerwują mnie też ponumerowane tramwaje i autobusy. Czy MPK nie mogłoby wyjść mi naprzeciw i utworzyć linie z symbolami?
- czym dojeżdżasz?
- autobusem linii serca, gruszki, misia…
Tak. To z pewnością przyniosłoby mi ogromną ulgę. Choć na chwilę. Bo na całkowite uśmierzenie tej przypadłości w dzisiejszym świecie liczyć (tfu na psa urok!) nie można.
Bo z przystanku (na którym szerokim łukiem omija czasowy rozkład jazdy(!)) człowiek udaje się na przykład do sklepu. A tam nie dość, że najpierw skazany jest błądzić w gąszczu metek z cenami, to następnie musi zwalczyć w sobie obrzydzenie i sięgnąć po portfel, a potem (zniesmaczenie sięga szczytu!) po szczelnie wypełniony plugastwem paragon...

Jakże mi niedobrze, Drogi Panie Bobrze.

A tu jeszcze radiowa prognoza pogody: „po pierwszych UPALNYCH TYGODNIACH maja….”
Upalne dokroćsetfurbeczek tygodnie?!!! 
Dalibóg! Siedziba tego radia mieści się chyba w jakiejś oranżerii. 

środa, 24 kwietnia 2013

Klucz sukcesu


Kolega pobrał klucz
od służbowego pokoju
po czym spokojnie poszedł do domu.

Klucz ma ponoć wciąż przy sobie
Ja otworzyć drzwi nie mogę

Portier ręce załamuje
Co to będzie, co to będzie?
Jak ten klucz się nie odnejdzie?

(rany, z rana taka męka!)
Niech mi pan tu tak nie kwęka
Jakbyś wczoraj pan nie chrapał
Dziś za kluczem byś nie płakał
Szczęściem jest klucz zapasowy
Drzwi otworzyć mi gotowy

Gdy substytut ręką sięgam
Portier staje mi na drodze
(Stróż obudził się w nim nagle
Nagle nabrał wiatru w żagle!)

A jak on się zapodzieje?
Niech się pani tak nie śmieje!
Klucz ten jest zakodowany
Nie tak łatwo dorabiany.
Dam go pani pod warunkiem
Że zadzwonisz dziś do niego -
Pana ZA PO MI NAL SKIE GO
By się stawił tu naprędce
Na kolanach
z kluczem w gębie

Trochę pan rzecz wyolbrzymia
Klucz był zwykły, bez przesady
A telefon nie pomoże
Ten pan często zapomina
nawet jak się sam nazywa
Zatem muszę pana dobić:
KLUCZA NIE DA SIĘ WYDOBYĆ
To już łatwiej w stogu siana
igłę znaleźć, proszę pana.

Igieł nie chcę!!!! tylko nie TO!
Siedzę na nich już od rana
Tyłek mam już jak rzeszoto
Więc mi pomóż, o kochana!


A co na to Mistrz Tracenia,
co się gubi w swych kieszeniach?

  
Tak, faktycznie
Nie wypieram się w ogóle

Od konsjerża klucz dostałem
Tak więc w ręku mieć go miałem
Miałem go przez chwilę krótką
I to krótką niesłychanie
Lecz co dalej?

ZAPOMNIAŁEM

::

Oto jaką mamy chryję
Portier do księżyca wyje.

środa, 13 marca 2013

Absynt. Absurd. co za różnica?!


jestem giętka i gibka 
przyjmuję kształt naczynia
poddaję się jak plastelina
rezonuję
i z innymi się zgrywam

Ale w pewnych kwestiach jestem nieugięta.
W pewnych kwestiach stal i diament.

Załóżmy, że akcja toczy się w malutkiej gorzelni, którą rozsławiła na świat cały produkowana przezeń wyjątkowa wódka; prawdziwie unikalna gorzałka, którą zdobyć można tylko tam właśnie i tylko wg określonych procedur.  Algorytm postępowania, celem uzyskania owego wytrawnego trunku, jest prosty i powszechnie znany, 
JEDNAKOWOŻ nie raz zdarza się, że… o! BARDZO PROSZĘ spójrzmy na scenę:
oto właśnie obmierzły opój wali pięścią w ladę:   

- dzień dobry, poproszę wódkę
- niestety, wydaję tylko po okazaniu talonu
- ale ja talon dostanę dopiero jutro
- to jutro upijesz się pan wódką
- naprawdę nie da pani rady?
- dobrze pan zna zasady
- ale ja upić się chcę dziś!
- tak nie załatwi pan tu nic
- ja muszę wpaść w zamroczenie!
- ja nie ulegnę! Nie-nie-nie-nie!
- błagam! jutro mi się nie opłaca.
- dlaczego…?
- bo jutro to mam w planach kaca!

Niestety, jako się rzekło, czasem asertywność to moje drugie imię, dlatego

- naprawdę niczego pan u mnie nie zdziała.
- ACHA, takaś nieprzejednana?!!!
- wyjątków w tym temacie nie robię
- To ja SAM TĘ WÓDKĘ SOBIE ZROBIĘ!
- ?!
Trzask drzwi
Odgrażanie się rozpoczęciem niecnego procederu powielania mego, powtarzam!, ABSOLUTNIE WYJĄTKOWEGO towaru to dla mnie nowość. Podobną świeżością zresztą tchnie prawdziwy finał tej scenki   
gdyż
po dwóch minutach plagiator-buc wraca

i łomem zamierza się na ust mych kłódkę
- to ja poproszę
O PRZEPIS NA TĘ WÓDKĘ!

środa, 6 marca 2013

Odpływ


Kiedyś było tak, że jak miałam wolniejszy dzień w pracy, to potrafiłam go z radością niecnie wykorzystać.
A teraz, jak tylko zrobi się wokół mnie ciszej – staję się niespokojna.
I drżą mi ręce
i trochę serce…  

Zdaje się, że wysokie fale dźwiękowe
stały się już moim służbowym środowiskiem naturalnym.
Bo dziś
Taka sam- na-sam
miotam się jak ryba wyrzucona na brzeg
ciszy:)


wtorek, 26 lutego 2013

Z kim przystajesz takim się stajesz


Podczas zimy w nasze serca wkrada się chłód.
Stajemy się oschli, nieczuli.
OZIĘBLI.

1.
W drodze do pracy zaczepia mnie przechodzień
- przepraszam bardzo, Ulica Łęczycka?
- nie, Pani Modigliani.
- a to przepraszam
- bardzo proszę
:)
chyba jednak na tej ulicy bardzo mu nie zależało.

2.
A w pracy:
Służbowym sąsiadom z dołu popsuło się ksero.
Odwiedzają więc nas co chwila i tłumacząc się zawile i gęsto, kserują na potęgę swoje materiały.

Podczas, gdy oni wpadają do nas, my wpadamy na genialny pomysł użyczenia im naszego starego, zapajęczonego (aczkolwiek całkiem jeszcze do rzeczy) sprzętu:
- Pożyczymy je wam! (bo trochę mamy już dość waszych ciągłych wizyt)
- o byłoby super!
- tylko trzeba je do was znieść.
- no tak. A ono w ogóle jest sprawne? Chodzi?
- owszem, ale pomimo to SAMO DO WAS NIE ZEJDZIE.
 :)
Chyba też im nie zależy.

3.
- Przepraszam, czy ja mógłbym pani skraść kilka kartek papieru A3
- złodziej zazwyczaj sam szuka łupu, więc jak pan tutaj coś znajdzie, to bardzo proszę sobie wziąć.
- acha…to w takim razie ekhm..  mógłbym tan papier dostać?

----
Marazm, bierność, beznamiętność.
Oto, Proszę Państwa, co zrobiła z nami ta przeklęta zima.

Ale jak podaje wielce omylny i niewiarygodny instytut meteo
już wkrótce przywita nas 15 stopni ciepła.

Tonący brzytwy się chwyta
Więc-że-tak-powiem
OBY!

czwartek, 20 września 2012

Zabawa w chowanego


Po urlopie człowiek w pracy musi się odnaleźć.

Ja wróciłam tydzień temu
I ciągle jeszcze szukam:)))
I ciągle nie mogę się zaklepać.

Co ciekawe - inni nie mają najmniejszych problemów, by mnie namierzyć.
Niestety. 

piątek, 14 września 2012

Alien


jeśli nagle Twoi służbowi koledzy zaczynają mówić nieznanym narzeczem i nie jesteś w stanie zrozumieć ni jednego słowa

jeśli ich zaangażowanie w pracę wydaje Ci się śmieszne, absurdalne, a momentami po prostu idiotyczne

jeśli czujesz się wyobcowany
całe kilometry oddalony od biurka, przy którym właśnie Cię usadzono
a każdy papier, który wpada w Twe ręce, zdaje się być po brzegi wypełniony chińskim pismem tradycyjnym

to niezawodny znak, żeś mój Ty Nieszczęśniku, jako i ja, dopiero co wrócił z urlopu :)

ale nie martw się

za chwilę znajdzie się ktoś, kto tak silnie pacnie w tę bańkę mydlaną, w której ciągle siedzisz, że nawet jeśli nadal żyjesz wakacjami spędzonymi na Marsie, raz dwa znajdziesz się na ziemi,
i zaprawdę powiadam Ci będziesz mógł mówić o szczęściu,
jeśli pryskające mydło, nie wpadnie Ci do oka.

:)

środa, 27 czerwca 2012

Biuro rzeczy zapomnianych


- Dzień dobry, czy ja mogę zostawić u pani liść? Listek właściwie… no może małą liści kiść?
Niechże pani będzie taka kochana i przetrzyma ją do rana. Jutro, o świcie!, ktoś się zjawi i tejże kiści pani pozbawi. Więc jakże będzie? o pani złota! – pyta osiołek z oczami kota.
I gnie się, i kręci, i miauczy straszliwie
kopytkiem skrzypiąc, wnętrzności me wije
w gniazdko tak ciasne i pełne boleści,
że to się w pale po prostu nie mieści
więc, koniec końców, ulegam - słaba
I koniec końców przyjmuję tę kiść
lecz kiść się do kiści stale dokłada
że czasem aż trudno spod kiści mi wyjść

gdzieś ktoś tam pewnie w liściach debet ma
a u mnie hossa niestety wciąż trwa:))))

grzeczność uczynność usłużność - stale powracają na listę moich służbowych grzechów głównych.


poniedziałek, 26 marca 2012

Kamerdyner dla królowej

Etat w pałacu Buckingham.
15 tysięcy funtów rocznie.
I, jak donoszą media,
obowiązek
„… podawanie na tacy herbaty, ciasteczek i gazet”

Your Highness
Your Majesty
Here you are
YOUR TEA


Jestem dobrze ułożona
I zorganizowana
O nienagannych manierach
(acz nie zmanierowana!)

Aparycję mam miłą
I jestem dyskretna.
Herbatę parzę pyszną
I znam się na ciasteczkach.

Gazety serwowałabym
Z niewysłowioną gracją.
I służyłabym zawsze
Słodyczy słuszną racją.

I nasza, Wasza Wysokość,
współpraca byłaby cacy,
gdyby nie smutny fakt ten,
iż nie przystaję do tacy.

Gdy chwytam tacę w ręce,
zaczyna drżeć ziemia
I mi się ten dygot po prostu udziela.
To idzie od stóp, przez tułów do dłoni,
w mig osiąga tacę i czarkami dzwoni.

Na sygnał porcelany herbata przybiera
I do brzegów filiżanek rychło się dobiera
A dalej jak lawa, i jak potok rwący
Zalewa gazetę (to zupełnie niechcący!)
i ciastka i, o zgrozo!, garsonkę królewską…
(I’m terribly sorry… ależ jestem niezręczną!)

I tak to pod falami
Urojonej herbaty
Spoczywa w pokoju
Kariera fajtłapy :)))))