piątek, 6 grudnia 2013

Lodowisko - pośmiewisko


Mamy ostatnio znów mnóstwo radości
W centrum Poznania, na Placu Wolności.
Powstała tam w środę nieduża ślizgawka…
ścięte bajoro… zdjęta mrozem sadzawka. ..
Nowe lodowisko, pożal się Boże!
150 metrów liczy niebożę

- Więcej lodu mam w drinku - mówią szydercy
 (pięknych idei bezmyślni mordercy!)
A są też i tacy, co uważają,
że i kałuże znacznie większe znają.
Niejeden też dodał, że miast w takiej klatce
Woli się ślizgać po domowej posadzce. 

lecz to wszystek ludzie, których byle co zeźli;
ci co to na łyżwach nie dają rady jeździć!!!

bo i co z tego - mówi płyty adwokat -
że tafla faktycznie jest kieszonkowa,
skoro, od bandy do bandy - DARMOWA!

Się wie!
Darowanemu koniowi
NIE ZAGLĄDA SIĘ!

sobota, 16 listopada 2013

Sąsiad w futrze

Poniósłszy klęskę na poziomie parteru, myszy uniosły się (honorem) i przeniosły do apartamentu piętro wyżej. Niskie poddasze, przez nas wzgardzone, bez oporu przyjęło je w swe szerokie i ciepłe przestrzenie. 

Nowe sąsiedztwo nie robi tajemnicy z nieprawnego zajęcia lokalu. Bezczelnie kłuje nasze uszy swą obecnością i gromko się urządza. Urządza się nieustająco. I urządzić się nie może. Zdaje się, że panuje wśród nich dość głęboki rozłam i daleko im do porozumienia w sprawie wystroju zawłaszczonego wnętrza.

Szurgotaniu końca nie ma.

Meblowanie rozpoczynają zazwyczaj w godzinach wieczornych i jeszcze dobrze po północy dręczą nas swoimi energicznymi działaniami. 

Dochodzące z góry dźwięki dały mi już dość dokładnie poznać ich gusta. Otóż szemrani sąsiedzi zdają się stawiać na solidną formę. Donośne drapanie i szuranie dowodzi niezbicie, że lubują się w ciężkich kredensach, masywnych stołach i pokaźnych komodach…więc sami rozumiecie, jak bardzo moją bezsenność karmi ich nieumiejętność zainstalowania się i brak jednomyszlności:), co do aranżacji lokum.
Na domiar złego moja wyobraźnia też się rzuca na te odgłosy, jakby z dawien dawna nic w ustach nie miała.
I zdarza się, że tymi dźwiękami tak brzuch sobie wymości,
Że ma biedna głowa do rana miast snu 
tylko myszy gości! 

piątek, 15 listopada 2013

Matuzalem


- z seriali to ja oglądam tylko „Czas honoru”, ale chyba to rzucę.
- dlaczego?
- a bo się tak ciągnie… Wojna się już dawno skończyła, a Adamczyk wciąż żyje…
- a czy on nie grał tam złego Niemca?
- no grał i gra. Teraz współpracuje z Amerykanami i wciąż żyje …
- no tak, a tego życia tak szybko nie zakończy, bo przecież już wiemy, że dożyje on do roku 2012, kiedy to mocno zaangażuje się w reklamę banku… he he he
- CO?!!! To akcja tego serialu rozgrywać się będzie aż do 2012 roku?!!!!!!

:)

niedziela, 3 listopada 2013

Amory na cmentarzu


W Lizbonie władze samorządowe zorganizowały akcję oprowadzania po cmentarzu w Dzień Zakochanych. Inicjatywa otrzymała tytuł "I nie opuszczę Cię aż do śmierci" i obejmowała zwiedzanie cmentarza w towarzystwie przewodnika snującego opowieści o lizbońskich romansach przy grobach głównych bohaterów tychże… 
[źródło na Wprost]

Ale nie, nie, nie. Nie będzie o miłości w katakumbach, a o pladze, o sekretnym najeździe na ziemię poświęconą.

Na cmentarzu, który odwiedziłam w miniony piątek, rozpleniły się anioły.
Z gliny, gipsu, betonu… niektóre wielkie, jak krasnale ogrodowe, stoją przy nagrobkach, niczym straż poboczna, inne władczo zalegają na płytach.  

Anioły w pozycji śpiącej, aniołki odpoczywające, drzemiące słodko we własnych skrzydłach, aniołki zaspane, przecierające oczka, aniołki zamyślone i rozmarzone, anioły w pozycjach zalotnych, jakby prosto z reklamy bielizny, anioły z trąbkami… wszędzie, gdzie spojrzałam, wszędzie dokąd wzrokiem zawędrowałam -  krągłe, nagie cherubinki …
Oblegają groby, jakby od niechcenia. A jednak to okupacja. One tylko wyglądają, jakby przysiadły i zaraz miały odlecieć. Tak naprawdę jednak cmentarz to pole walki. Wprawdzie chryzantemy nie oddają pola, a i znicze (małe, duże, średnie; białe, żółte i czerwone) wciąż w przewadze i ogień walki w nich płonie:), ALE, nie dajcie się zwieść!, anielska ekspansja trwa. Za rok szala zwycięstwa może się przechylić. Zwłaszcza, że napotkanym przeze mnie aniołom blisko i bliżej do kupidynów. Ani jednego postawnego, surowego anioła. Żadnego rosłego stróża świadomego swych obowiązków …TYLKO tłuściutkie, figlujące dzieciątka ze skrzydełkami i wypiętymi pośladkami. Rzymskie amorki. I gdyby tylko zapalczywy organista nie wyciskał tak energicznie z organów wciąż nowych,ostatnich nut, z pewnością by było słychać ich chichot…(aniołków, nie klawiszy!)
   
Niewątpliwie urosły w siłę. Brakuje im tylko łuku. 
Łuk, załadowany kołczan i, Moi Mili, za rok wróżę im pełny tryumf.
Rzec by można:
Udany podbój
Republiki rzymskiej,
zza grobu.

poniedziałek, 28 października 2013

O komarach, zmianie czasu i świętach


Ciepło, niczym respirator, ciągle trzyma komary przy życiu,
dlatego ta, piękna skądinąd, aura nie do końca przypada mi do gustu.
Z komarami i ze mną jest tak, że nigdy nie jestem wyczerpana na tyle, by przy nich zasnąć, a one nigdy nie wymęczą się na tyle, by na ścianie choć przez chwilę spocząć. 
oto zbliża się listopad, a my nadal noce całe w łóżku się miotamy.
i taka zmasakrowana dziś jechałam świtem do pracy, a najjaśniejsze jasności przebijały me zamknięte powieki, budząc w głowie nerwowe przypuszczenie, że jestem skandalicznie spóźniona. 
Moje ostatnie spotkanie ze słońcem o brzasku … to było chyba w wakacje?
Z kolei z pracy wracałam z wrażeniem przepracowania paru solidnych nadgodzin, które wydłużyły mój pobyt w biurze do późnego wieczoru.

Obrót wskazówką zegara w kierunku zimy, jest mocno przygnębiający.
Ale już niedługo,
już w przyszłym tygodniu,
lampki bożonarodzeniowe
rozjaśnią nam wszelkie ciemności,
a last christmas w uszach zagości :))))


czwartek, 24 października 2013

ocalona z urojenia



Młoda kobieta w niewidocznej jeszcze gołym okiem ciąży miota się, czy powiedzieć swemu jednonocnemu kochankowi, że niedługo będzie ojcem. Przy okazji owa przyszła matka (ponieważ dziwnym zbiegiem okoliczności ojciec dziecka jest lekarzem, a ona sama studiuje medycynę) robi staż na ginekologii u siostry ojca swego dziecka. Co w rodzinie to nie zginie. Ciocia, mistrz w swej specjalizacji, od razu zgaduje, że jej nowa stażystka jest w ciąży. I niewykluczone, że na pierwszy rzut oka ustala też ojcostwo, gdyż i bo od razu chętnie mianuje się lekarzem prowadzącym ciążę ową. 

nie wiem, czy nadążacie?

Do tego towarzystwa spada, prosto z drabiny, kobieta z ciążą urojoną (w tej roli Pani Aldona Orman, której zjawiskowa twarz (jakby od środka wypchana pyszną kremówką) od pierwszej chwili pojawienia się na ekranie przykuwa wzrok widza i wzmaga apetyt (ba!) na ciąg dalszy:))))
Pacjentka jest traktowana bardzo delikatnie. Nie mówi jej się od razu, że ma urojenia, tylko toczy się z nią spokojne, przyjemne rozmowy podczas spacerów po, otaczającym szpital, parku. Lekarka, a za nią i ciężarna stażystka, chuchają i dmuchają na pacjentkę, po to by w końcu powiedzieć jej całą prawdę, czyli że
- nie jest pani w ciąży, nigdy w niej nie była; w bonusie do diagnozy proponujemy wizytę u psychiatry w gabinecie obok.

KOBIETA JEST W SZOKU… to znaczy, ku ścisłości: szoku i wewnętrznej emocjonalnej burzy się tylko domyślamy, bo jednak słodkie krągłości oblicza aktorki ani drgną nawet w owym newralgicznym kadrze. Wprawdzie oczy jej robią co mogą, jednakowoż koniec końców rozpoznanie fantazji o brzemienności twarz pacjentki znosi ze stoickim spokojem. 

I teraz jeszcze tylko przyjacielski, pełen wdzięczności uścisk obu Pań: Lekarki – Cioci i Pani Ocalonej z Urojenia i naprawdę trudno się dziwić stażystce, że nagle teraz ona doznaje szoku i na wariackiej fali postanawia jednak zdradzić swemu kochankowi kod poczto… to jest kod DNA mieszkańca swego brzucha.

Niestety
Słowa, które przygotowała sobie idąc do niego szpitalnym korytarzem, więzną jej w gardle,
gdy on - ojciec nienarodzonego dziecka, który wciąż nie wie, że jest już ojcem tegoż, 
obwieszcza, iż zamierza wyjechać do Afryki
pomagać dzieciom, z których poczęciem nic wspólnego nie miał. Oczywiście tylko przypuszczalnie!, gdyż i bo, biorąc pod uwagę to, co się ostatnio dzieje w tym serialu niewykluczone, że, jak wyjedzie, na Czarnym Lądzie znajdzie swą zagubioną, poczętą niegdyś (czyżby podczas stażu?) latorośl.

To byłaby piękna klamra.
klamra
zapięcie
koniec
a to wszystko moi drodzy w naszej rodzimej produkcji „na dobre i na złe”
FASCYNUJĄCE!
Doprawdy nie wiem, co was powstrzymuje przed włączeniem telewizora w środowy wieczór? Gapy!
:)

poniedziałek, 21 października 2013

Mus Musculus, czyli wpis z długim ogonem


Zwyrodnialca z Renault przesłonił mi ostatnio inny osobnik. Mniejszy, bez porównania!, jednakowoż fakt, że bezczelnie wkradł się on do domu, i po kryjomu w nim przez chwilę mieszkał, powoduje, że ten niepozorny opryszek prezentuje się okazalej i groźniej. Jego zwinność i wszystkożerność sprawia, że boję się już nie tylko poranka na ciemnej ulicy.   

Mury domu niby grube, a jednak dopuściły do osmozy, do wyrównania stężeń grozy :)

Osobnik rozpoczął nieśmiało. Wpierw niewinnie zasiedział się w ogrodzie. Jesień szybko obrzydziła mu piknikowanie, więc przeniósł się do skrytki przygarażowej, w której z kolei został znaleziony i z niej dalej przepędzony. I gdy już spokojnie odetchnęliśmy, pewni, że poszedł precz; kiedy już nawet byliśmy mu życzliwi, momentami aż do wyrzutów sumienia; gdy snuliśmy wizje tego biedaka, jak wiedzie w zimnie smutny los uchodźcy... NAGLE. Cios łopatą między oczy! Okazało się, że ta wstrętna leniwa małpa daleko za azylem nie wywędrowała.  

Po paru dniach od ucieczki z naszego podwórka pomyliła nieuwagę robotników (dokonujących w naszym domu pewnych renowacji przy drzwiach otwartych) z naszą gościnnością. Zatrudnieni przy remoncie panowie, niech ich kule biją!, albo brzydzili się dotykiem klamki, albo lękali zamkniętych pomieszczeń (diagnozuję zaprawdę ciężki przypadek mani i klaustrofobii), bo oścież, przy której pracowali, była tak wielka, że nie tylko mysz by się przecisnęła, ale może i nawet krowa cała. 

Bo czy ja wspomniałam, że chodzi o mysz? O mysz właśnie. Żywą mysz.

Myszy w moim życiu było sporo. Nie powiem. Myszka Miki, myszy z Brygady RR, Pixie i Dixie, Jerry od Toma i bezimienne myszy kota Filemona, a i gumka myszka i mysz komputerowa …z tymi ostatnimi utrzymuję bliski kontakt po dziś dzień i bardzo go sobie chwalę, ale. Ale żywa mysz. Taka w skali 1:1. Tego jeszcze w mym życiu nie było. I, dalibóg!, byłabym rada, gdyby ta znajomość została mi oszczędzona.

Niestety. Opatrzność mało, że mi nie poskąpiła tego spotkania, to i o wszystkie jego szczegóły zadbała. Worek, na który wpadła mysz, był nie tylko bez kota, ale i foliowy. I tak ją usłyszałam. Zaraz potem, wybiegając z szelestu z szybkością światła, przemknęła przed moimi oczami, wywołując dreszcze i obrzydzenie; coś jakby wcale nie przebiegła po podłodze, a po moich plecach; Czy wiecie co się wtedy dzieje? Człowiek wpada w konwulsje, jakby chciał z siebie gryzonia strącić, a potem… potem to się boi wejść do pokoju, otworzyć szufladę, założyć buta. Potem to mysz czai się już wszędzie, rośnie i pleni się na potęgę; i w każdym zakamarku widać gniazda pełne kwilących, dopiero co powitych, nagich młodych… a zewsząd dochodzi szemranie, drapanie, szuranie…, które ucho interpretuje jednoznacznie, raczej.  I wciąż się zdaje, że z każdej szczeliny wąsaty pysk na ciebie nastaje. A i zamknięcie oczu na nic, bo i pod powiekami legną się mysie roje całe…

No bo ty się boisz myszy, nie wie o tym nikt. Tak, nie wie nikt!

Akurat z zachowaniem tajemnicy, jest trudno. Bo widok myszy jest doprawdy poruszający… a porusza ci on zwłaszcza struny głosowe. Naprawdę trudno nad tym zapanować. Krzyk ucieka z  gardła, jakby chciał doścignąć tę mysz gnającą z jednego kąta do drugiego.

taka mysz,
taka mała,
nie ma nawet kilograma…

To, że ty się boisz myszy
Czy nie śmieszne to? Tak, śmieszne to!

Bo ponoć to ona boi się bardziej niż ja i w życiu nie zrobi mi krzywdy.
- ONA NIE ZROBI CI KRZYWDY!
- Jak to nie? Może mnie ugryźć!
To oczywiście teza-kamień. Zwala na mnie lawinę śmiechu.
Jasne!  Śmiejcie się! A ta rajfurka? Ta stara mysz polna z Calineczki? Stręczycielka, która napotkawszy opór dziewczynki przed ślubem z kretem, rzekła (cytuję!): „nie upieraj się, bo cię ugryzę moimi białymi zębami”. To dowodzi mysiej łagodności i serca płochego?
A Popiel? No ja przepraszam bardzo, ale i ten miałby tu coś do powiedzenia. Czyż nie poznał na swej skórze zajadłości i siły mysiej szczęki? A jeszcze są te przysłowiowe słodkie mysie pysie, co to pożerają każdego, kto się ośmieli kaprysu ciężarnej nie spełnić.


Moje oczy są zbyt duże ze strachu, by zamydlić się dały!
Mysz. Takie niby nic.
a jednak, nawet jak już zostanie upolowana, dom już nie jest ten sam. Kładzie się na nim długi i ziejący czernią mysi cień. Odtąd nerwowy trzepot serca każdemu uchyleniu drzwi pokoju, skrzydeł szafy, szuflady... - towarzyszyć będzie.

Wiem co mówię.
Bo w mym domu myszy już niby nie ma.
Złapała się w pułapkę z lepu na muchy (sic!)
Lecz nijak nie dodaje mi to otuchy. 

środa, 16 października 2013

zagadkowe wrota

dobra.
powiesiłam już wszystkie okoliczne psy na tym centrum handlowym tudzież dworcu,
ale
dalibóg! 


do czego służy wejście główne ozdobione takim oto pięknym transparentem?





I co, jeśli delikwent jednak
nie będzie chciał skakać z mostu?

I gdy miast w prawo, lub w lewo
da nura na wprost, tak po prostu?
:)

wtorek, 15 października 2013

Renault Megan


Na ulicy poczucie zagrożenia  rodzi się we mnie w czarny wieczór. Dlatego wtedy czułam się bezpiecznie. Było ciemno, owszem, ale i symultanicznie – rano, a świt ubrany w ciemność to dla mnie żaden upiór. W tej konfiguracji czuję się wręcz pewnie. Bo i cóż stać mi się może, o tak bardzo wczesnej porze? :) 

więc byłam spokojna, gdy mrocznym rankiem na drodze do dworca od tyłu podjechał do mnie Renault Megan. Nie drżałam ze strachu, gdy się zatrzymał i grzecznie zapytał, czy tą drogą przez X i Y dojedzie do Poznania. I nie zlękłam się, gdy po tym, jak mu przytaknęłam i ruszyłam dalej, znów do mnie podjechał, naciskając bym raz jeszcze zapewniła, że wskazana trasa dowiedzie go do celu. A i, gdy w końcu zapytał, czy jadę do Poznania i zaproponował podwiezienie -  nie zadygotało serce moje.

Nie wsiadłabym do samochodu tego, kto pyta o drogę, mając przed sobą elegancką nawigację migającą niczym pulpit ze statku kosmicznego. Nie wsiadłabym do samochodu tego, kto, nie znając (ponoć!) bocznych dróżek, odrzuca  moją racjonalną propozycję, by zawrócić parę metrów i jechać drogą główną, która jest tak prosta, że nawet ja bym się nie zgubiła. 

No i nigdy przenigdy nie zdradziłabym starej poczciwej bany z nieznanym kierowcą.

Zatem nic się nie stało. I to krótkie przydrożne zdarzenie pewnie wyszłoby po angielsku z mej głowy, gdyby nie drobny fakt, że w podobnej sytuacji znalazły się również dwie inne panie. Pech chciał (choć pech to nie do końca jeszcze usankcjonowany), że wszystkie się znamy. I nasze, podobne jak krople wody, historie przypadkiem na głos wypowiedziane - na dworcu się spotkały.

Dziś mijają dwa tygodnie od kiedy wiemy, że Pan Renault, idealnie zsynchronizowany z rozkładem jazdy pociągów do Poznania, krąży ponurym świtem po okolicy, szukając towarzyszek podróży. Dwa tygodnie - odkąd znamy rejestrację samochodu i odkąd rejestrację ową zna i policja, którą dziwi nasz niepokój; która doprawdy nie rozumie, dlaczego nie dość, że nie skorzystałyśmy z okazji wygodnego transportu, to panikę siejemy. Przecież drogie panie! i o mój Boże!, O drogę grzecznie zapytać każdy może.

Tymczasem  moje poranne poczucie bezpieczeństwa w posadach się mocno zachwiało, gdy wczoraj znów ujrzałam Pana Renault, jak dystyngowanie przemierza naszą ulicę. Tam i z powrotem. Powoli obijał się o krańce wsi. Szukając kolejnej drogi do Poznania? Ach! To te ewidentne problemy z orientacją w terenie i gigantyczne luki w pamięci! - wzięłam na uspokojenie policyjną diagnozę, bo - O drogę grzecznie zapytać każdy może.

no i, mój drogi panie doktorze, NIE PODZIAŁAŁO. 

Ile razy incydent musi być powielony, by wyjść poza policyjną definicję przypadku? Czy kropką nad „I”, puszczającą funkcjonariusza w ruch jest, zawsze i tylko, konkretniejsza wieść? Bezsprzeczny, mięsisty czyn karalny? Użycie siły i krew (ciekły, a jednak dowód twardy)?
 
Niespieszno mi osobiście dostarczać tak niezbitych materiałów na policyjne biurko.

Zatem w ciemnościach poranka me losy nadal się ważą.
Szalę na swoją korzyść desperacko przechylam, pokonując biegiem (że o mało dusza z ramienia nie spadnie!) drogę na dworzec.

choć od wczoraj nadzieję jeszcze mi daje myśl, że  

na Hannę Gronkiewicz Waltz czyhała cała Warszawa,
a ta jednak i mimo wszystko
OCALAŁA.

tak…tylko, że ...
wtedy to była słoneczna niedziela….

O CHOLERA!

środa, 2 października 2013

Wymysł*


Nim się obejrzeliśmy
lista terytoriów niesamodzielnych ONZ powiększyła się o jedną pozycję.

25 października przejścia graniczne otwiera Poznań City Center. Malutka, brytyjska (jak wnioskuję) kolonia położona na terenach dworca kolejowego w Poznaniu.

Powierzchnia całkowita handlowo – usługowa: około 60 tysięcy metrów kw.
Powierzchnia wód śródlądowych zamknięta w kilkunastu toaletach.
Klimat sztucznie regulowany, umiarkowany ciepły, bez opadów.
Religia dominująca: konsumpcjonizm

Do przekroczenia granicy wystarczy  portfel. Jego zasobność wyznaczać będzie turystom na bieżąco indywidualne trasy pomiędzy wiodącymi na pokuszenie mini -dzielnicami. 

Waluta: euro lub/i złoty.

Język urzędowy obowiązujący: angielski.

Wprawdzie plakaty nawołują do odwiedzania centrum po polsku, ale jest to ukłon wyrachowany i co do centymetra zimno wymierzony. Ewidentna przynęta na tych, co to w gębie mają tylko język ojczysty. 
A’PROPOS
Długo trwały dyskusje nad miękką spółgłoską uparcie tkwiącą w mianowniku pierwszego członu nazwy tego państwa w państwie. WTF?! – powtarzali uparcie imperialiści, żądając zniesienia nie dającego się im okiełznać dziwnego przecinka. Koniec końców, po burzliwych debatach, umieszczono nad eN ekstrawagancki myślnik. Kreskę stabilną. Poziomą i prostą. Kompromis ten to świetne zagranie marketingowe. Takiej litery nie ma w alfabecie. Wnosi więc ona do nazwy słodki element egzotyki. Bardzo kuszący. Wobec takiego detalu Polak nie pozostanie obojętnym, gdyż i bo od wieków bez umiaru chwali wszystko to - co cudze i w tym - co obce - wysoce się lubuje. 

Na uroczystą galę otwarcia granic tyciego kraju o wysokim PKB szykuje się też jego najbliższy sąsiad (albo sublokator – do końca to jasne dla mnie nie jest) mianowicie: PKP, która już zapowiada na ten dzień opóźnienia wyjazdów pociągów z miasta. Zrobimy wszystko, by  umożliwić pasażerom spokojne zwiedzanie tego pięknego centrum. A ponieważ wielkość obiektu urodzie jego ogromnej nie ustępuje  - na godzinnym poślizgu w rozkładach jazdy się nie skończy. Tak mniemam.



*)Wpis zawiera dość dużo elementów z wyobraźni  autora
ACZKOLWIEK, nie wiadomo, czy fantazja ta naprawdę jest chora
:)

niedziela, 29 września 2013

Kosmitka w pociągu


- przepraszam pana, czy to miejsce jest wolne?
- …
- to miejsce jest wolne?!
- …

Oczywiście zawracam mu głowę. Wyraźnie jest urażony, a Ona rozpostarta obok niego, niemo (zaprawdę w korcu maku dobrani!) podważa zasadność mojego pytania. Wiem, że z jego punktu widzenia tylko Ona ma święte prawo zajmować to miejsce. Ale nie ustępuję. To mnie tutaj ustąpić się winno. Umówmy się. Jestem słuszniejszej postury i, gdyby tylko chamstwo było moim drugim imieniem, mogłabym tę flądrę zwalić na podłogę jednym ruchem, ZWŁASZCZA, że to ja mam rację i palma pierwszeństwa niezawodnie mi się należy. Jestem tego pewna. Więc nie odejdę dopóki nie zdobędę Jej pozycji. SIEDZĄCEJ! Więc nalegam. Ciągle grzecznie, aczkolwiek coraz zwięźlej: 
- WOLNE?!
- …
Patrzy. Naprawdę wciąż tylko patrzy (na moje czułka, zieloną karnację i pomarańczowe włosy ….? Doprawdy trudno orzec) I gdy szykuję się do kolejnego bisu, on nagle zaczyna się krzątać. Bez słowa w końcu robi mi miejsce. Zabiera z siedzenia tę cholerną torbę i obrażony ładuje ją na półkę bagażową. 

Nareszcie!
Siadam na tym wymęczonym szczycie podium.  
No i oczywiście wiem
Tak wiem
jam też jest torba jedna:)

ale ja ciężko płacę za bilet miesięczny
A ta teczka mniemała,
że by być w podróży
Wystarczy się tylko z dyplomatą zaręczyć.

Jednak w pociągu (nawet jak masz przy sobie dyplomaty łapę)
bez swojego biletu - pozostajesz pasażerem na gapę.


:)


poniedziałek, 23 września 2013

miasto doznań


W centrum Poznania same wykopy.
WCIĄŻ LEŻYMY!
(w sercu Europy)

Zamieszanie na poznańskich ulicach!
Tramwajowy chaos w Poznaniu!
Bałagan!
Pasażerowie mają trudności w orientacji!
- Armagedon! – mówią, co kulturalniejsi. Oczytani kinomani:) 

Rozdrażnione są również samochody osobowe.

Kierowcy, wepchnięci w wąskie ulice Jeżyc, psioczą i lękają się o karoserie.
Mieszkańcy dzielnicy drżą o elewacje kamienic.
A media grzmią!
Przystanki od świtu roją się od reporterów zbierających opinie podróżnych - pogrążonych w nieszczęściu i gromkim przekleństwie.

Niestety z tego rozległego materiału na taktowną antenę niewiele da się wykroić.

Między krótkimi urywanymi donosami z dróg w eterze płacze Sting
I’m lost, I’m lost without you 
(czyżby zawitał w Poznaniu?) 

Tymczasem, po rzewnej muzycznej przerwie, zmiana tonu w radiowych wiadomościach: 
ROZPOCZYNAJĄ SIĘ TARGI POLAGRA!
Spodziewamy się ponad 40 tysięcy zwiedzających – zapowiadają dumni organizatorzy.  


no i tak prawdę mówiąc 
tak między nami
Lepiej by oni przybyli
rowerami 

sobota, 21 września 2013

Królewska odmiana


- czytam właśnie, że HBO chce nakręcić serial o Jagiellonach…

-…

- hm… a wyszukiwarka na hasło Jagielloni, wypluwa mi 5467890 stron o Jagiellonii Białystok. Ani słowa o dynastii…

- to może wpisz Jagiellonowie.

O yeah!



czwartek, 19 września 2013

HYDRAulika


w kuchni służbowej mamy wodospad,
taki tyci, choć na kilka kaskad.
umowne terrarium to szafka pod kranem.
Tam nasza Niagara od roku jest panem

lecz niedawno woda na sile przybrała
opuściła szafkę,
podłogę oblała.

Telefon wykonany ręką mej szefowej
przywołał dwóch panów w trybie
na tych mia sto wym.

Panów, wielce ze służbową kuchnią zgranych,
i tak,  jak jej posadzka – nieco zalanych.
Jednakowoż, oddać im to muszę!,
(by od kłamstwa ratować swą duszę!:)
mimo rauszu zawory zdiagnozowali
i wymianę rurek zaordynowali:

- to tera idziemy… (Na jednego?)
dokonać zakupu koniecznego!

I jako rzekli
Tak uczynili
lecz wpierw od wody nas odłączyli

Przemili fachowcy, choć straszne opoje,
W hydraulicznej kniei toczą chyba boje,
o te części, jak się zdaje – kruki białe,
gdyż panów już nie ma dwa tygodnie całe.

- możliwe, że wciąż przy pomocy dwururki
Łowią niezbędne zawory i kurki

lecz nim oni jaki celny strzał oddadzą
na naszych grobach już kwiatki posadzą.



_______________________________________
Wszelkie podobieństwo do osób i zdarzeń
umyślne i planowe.

 ps. dla niedowiarków (cześć B.:))),
jestem gotowa sporządzić inwentaryzację fotograficzną.
:))))

sobota, 14 września 2013

Suplement


Dla tych, co nie uwierzyli
poprzedniemu wpisowi. 
Dla wszystkich sceptyków
TO zdjęcie
- plakat rzeczony



I told you so!


środa, 11 września 2013

Kupa śmiechu


Są wytworne, wykwintne, no i balowe
ślubne, poranne i wieczorowe…
są brzydkie i są śliczne,
i są, że się wyrażę,
toalety publiczne.

Na ścianach starego dworca w Poznaniu zawisły plakaty o treści:

Poznań NOWY Główny
Zaprasza do zaskakujących, pachnących,
wesołych toalet w budynku nowego dworca.

Tablice te każą mi przypuszczać, że intensywna reklama nowych kas nie podziałała.
Teraz Poznań NOWY- ziejący pustkami
Zaczyna nas kusić toaletami

WESOŁYMI

Czyli
wyposażonymi w urządzenia sanitarne służące rozrywce?

Takie Miasteczko Wesołe
T O A L E T O W E?

W pierwszej chwili liczyłam na wesołą babcię klozetową. Drobną panią chichoczącą serdecznie i raczącą klientów anegdotami lub ze swego życia radosnymi wyjątkami.
Przypuszczenie to spaliło jednak zaraz na wejściu, gdzie nie zastałam nikogo, prócz Pani Bramki Obrotowej, którą ewentualnie, przy sporej dozie poczucia humoru, można by wziąć za karuzelę. Ale ponieważ podczas przekraczania progu wesołego przybytku, byłam wielce zaaferowana obsługą nieznanego mi mechanizmu, które opróżniało mi kiesę - nie bardzo się ubawiłam. 
Brnęłam jednak dalej.
Czystość i brak zniechęcających woni – to raczej rzecz oczywista w nowych, świeżo powstałych pomieszczeniach. Tego oczekujemy i się spodziewamy, więc nie byłam zaskoczona zastanym ładem i wszechobecnym automatyzmem. Aczkolwiek zdziwiło mnie, że w tych tak nowoczesnych przestrzeniach papier toaletowy - wciąż ten sam. W ogóle nie okazały. Zwykły i szary. I wciąż naszej ręki wymaga (łamaga!). W przeciwieństwie do nadpobudliwej spłuczki, która aktywnie odwraca uwagę od bierności papieru i ochoczo wyręcza klienta (nawet w czczych momentach!).
Zawitałam w kabinie nie tyle z potrzeby fizjologicznej, co garderobianej (powiedzmy, że musiałam zmienić imidż). Zatem choć sedesu, klnę się!, nie tknęłam, to i tak woda, jak szalona, brzeg jego rwała i regularnie (co pół minuty, panie!) silnym strumieniem obmywała.
Pobudziło mnie to do rozważań ekologicznych i ekonomicznych.
W żadnej mierze nie optymistycznych.
I choć, obok wody, w tle leciała też i muzyka, nie pamiętam ni nuty z otrzymanego w pakiecie akompaniamentu. 

Oj dana, dana.
byłam ciągle NIE-ROZ-RA-DO-WA-NA.

Nastroju nie poprawił mi też automatyczny kran i samoczynny dozownik mydła (choć zazwyczaj, zaprawdę!, boki zrywam, jak widzę tak inteligentne baterie!;)
Na tym etapie wycieczki po toaletowym lunaparku jeszcze miałam nadzieję, że  może … rollercoaster?
Wolno góra -ostro dół- i -do góry nogami,
wywiedzie mnie do wyjścia zakrętasami.

Albo dajmy na to, choć gabinet śmiechu. Tak,  na do widzenia. 

To byłoby uczciwe. Humanitarne. Zro-zu-mia-łe.
Że rozśmieszają, jak już z sanitariatu skorzystałeś! 
Ale niestety lustra wszystkie jak od linijki,
bez fałdki i zmazy,
a w nich me odbicie -
ponurość bez skazy!!!
Ale chwila…proszę Państwa!
Nim zanotuję deficyt podniety
Rzut oka jeszcze nafototapety!

…no i cóż

Wprawdzie mężczyzna z wieszakiem w sutku
Nie budzi we mnie głębokiego smutku
Ale i wcale nie śmieję się w głos
Wpatrzona w metal wbity w męski tors.

:)

Ps.: wszystkich, którzy po tytule sądzili, że będzie o meczu z San Marino
najserdeczniej przepraszam.
  

piątek, 6 września 2013

Ogłoszenie


W ręce pełne okrutnych zamiarów
Oddam chmarę dorodnych komarów!
Na dłonie od mokrej roboty nieschnące
Złożę w ofierze te roje brzęczące.

Bo na owadów tych ogrom cały
Mój domek na wsi jest ciut za mały
Ażeby starczyło tam dla mnie przestrzeni
Muszę ja mieć się z kim nimi podzielić

Jesteś myśliwym i celnie strzelasz?
To bardzo proszę! Zwierzynę już masz!
Weź ją! I usuń w moim imieniu!
Bierz! Bo mieć będziesz mnie na sumieniu!

Gdyż całe lato znosiłam ja dzielnie
Nocne naloty tej zgrai natrętnej,
lecz dalszej krwi i ciszy grabieży,
proszę ja Ciebie, mogę nie przeżyć!

środa, 4 września 2013

Nadgryzione jabłko


Nie jestem pewna, czy „Jobs” jest dla osoby, która Macintosha ledwie musnęła na szkolnej informatyce, I-phona w ręku nie miała wcale, a jej kieszeń tysiąca pieśni na raz nigdy nie gościła.

Dla ignorantki, która z gadżetów uważa tylko kolczyki, tudzież torebki, „Jobs” wygląda, jakby wyszedł spod ręki pana Adama Słodowego – cały zmontowany z wcześniej przygotowanych pod stołem wątków. Nie zawsze wiedziałam co z czego się wzięło. A do tego mój koślawy zmysł techniczny utrudniał  łączenie wykładanych na ekranie motywów.

Wszyscy mówią: Steve Jobs był wybitny.
Film o tym nieco dyskretnie wspomina,
a sam ponad przeciętną się nie wybija.

środa, 28 sierpnia 2013

bukmacherskie zakłady kolejowe


Hasło najnowszego turnieju PKP:
wlecz się noga za nogą – a ucieszysz się nagrodą.
Zakłady idą o to, która bana wolniej pokona daną trasę. 

Nie wiem jakie konkretnie zaszczyty spadną na głowę zwycięzcy, ale od dłuższego czasu obserwuję, że maszyniści, żądni medali i uznania, tracą głowę w poszukiwaniach narzędzi oporu. Budują tamy, zwiększają tarcie, takie mają na wygraną parcie:) Najlepsze wyniki, oczywiście!, osiągają pociągi na moim odcinku. Prawdziwa maestria niemrawości. Ociężałość naszych wagonów dawno już zdusiła wszelką konkurencję. Wolniej - w naszym wypadku - znaczy już tylko STAĆ. A ponieważ ambicje są wielkie, nie odżegnujemy się i od tego.   

Zenit rozślimaczenia.

Często bazujemy w polu, albo tkwimy długimi minutami na każdej napotkanej stacji. A obok pomykają te złamasy - pociągi pośpieszne, towarowe i trwoniące prędkość szynobusy…

Laury właściwie mamy już w kieszeni.


Z analizy czasu moich ostatnich dojazdów wynika, że mieszkam we Wrocławiu.
Liczę na zakończenie tej durnej walki,
nim zegar mi powie,
że osiadłam w Krakowie.

wtorek, 27 sierpnia 2013

Dzień dobry


Dzień dobry powakacyjne
takie nieco pijane.
kawy konewką podlane,
a jednak ciągle zaspane
               
Dzień dobry, które marzy o byciu dobrym wieczorem
Dzień dobry, co przed biurkiem z mozołem się kłania,
jakby ono było
najgorszym ugorem.
:)

czas mi na siebie ukręcić bata,
by koniec urlopu
nie stał się końcem świata!


BUM
TRA
TA
TA
TA

wtorek, 23 lipca 2013

Kup pan kozę!


Pragnę obwieścić Panu, Drogi Sąsiedzie, żeś Pan się wczoraj otarł o śmierć.

Bo już bielały me kłykcie na nożu
purpura falą lico zalała
Krwią napłynęły oczy łagodne
A z nozdrzy moich furia buchała

zaprawdę w prawdziwe szaleństwo ja wpadłam,
gdy mą biedną głowę,
do snu wcześniej złożoną, 
Twa wstrętna kosiarka znienacka napadła.


Przyzwyczaiłam się do tego, że pies sąsiadów w tajemniczy sposób sprzężony jest z moim oknem. I jak tylko ośmielę się je uchylić - on zaczyna ostro szczekać.
Ale kosiarce mówię VETO!
Weź to Pan pod uwagę nim następnym razem, tuż przed 22gą, zaczniesz żąć murawę.

Jak Pan długiej trawy wytrzymać nie możesz
to rżnij Pan ją wcześniej
albo kup Pan kozę.

czwartek, 18 lipca 2013

Karuzela


Hej chłopcy, dziewczęta!
Wczoraj zostałam solidnie wyzwana przez Panią z ZTM za Was wszystkich, którzyście sobie jeszcze karty PEKI nie wyrobili.

Także ten.
KARTA PEKA CZEKA.
Woła nas z daleka.

Niestety kiedy usłyszałam, że, nawet mając miesięczny bilet, będę musiała ją odbijać zawsze, i wszędzie, i o każdej porze - strasznie się zdenerwowałam, ale to naprawdę STRASZNIE. 
I do tej pory ten nerw mnie trzyma.

Bo ja wiem, że jak tę kartę będę musiała mieć zawsze na wierzchu, zawsze w pogotowiu, to ja ją na pewno zgubię. Tak jak notorycznie gubię trzymane w ręku parasole, torby, siatki i siateczki…
Pewnego razu jesienią zrobiło się ciepło
Zdjęłam czapkę
I tak się widziałyśmy ostatni raz.
A tu, Pan Dyrektor ztm, ma jeszcze życzenie, bym nie tylko w kółko odbijała swoją kartę, ale bym w międzyczasie pilnie spoglądała, czy ręce współpasażerów czynią to samo.

 „chcemy wywołać obywatelską kontrolę naszych wspólnych publicznych pieniędzy"

Mi, jako się rzekło, Proszę Pana, ledwie starcza uwagi na dwie dłonie moje,
ale skoro taka pańska wola
To hopsasa
Ufam, iż nie będzie mi Pan skąpił kilku wskazówek organizacyjnych.  

Czy domniemanych gapowiczów trzeba od razu rzucać na podłogę i obezwładniać, czy elegancko wypraszać z pojazdu?
Mam delikwenta szturchnąć? opluć? Pokazać palcem? Wy-le-gi-ty-mo-wać?!
ORAZ
czy w pakiecie z kartą PEKA otrzymam kajdanki? (Zawsze chciałam założyć je komuś jednym niedbałym ruchem ręki z Prawami Mirandy na ustach. O! to.to.to.)
NO I czy być może
Panie Dyrektorze
są przewidywane jakieś bonusy dla właścicieli najbardziej aktywnych praworządnych serc obywatelskich?

DARMOWY PRZEJAZD ZA GAPOWICZA!
WYMIEŃ OSZUSTA NA BILET!
SYP CZĘSTO ŻER KANAROM –BĘDZIE CI SIĘ DOBRZE DZIAŁO

 (?)

proszę to rozważyć.
Z niecierpliwością czekam na odpowiedź,
Bo roboty całe mnóstwo. 
Dziś z mojego tramwaju wraz z kanarami wyfrunęło trzech gapowiczów.

To dużo, śmiem twierdzić. 
Więc dalej, dalej do zabawy śpieszmy się!!!

piątek, 5 lipca 2013

no to lu!


- Polacy nie dbają o higienę! - grzmią media, którym śmierdzi. A ponieważ, umówmy się, nie ma większego specjalisty w węszeniu, pewnie mają rację

Tak. Nosa media to może i mają, ale empatii - to już za grosz. Bo nikt nie rozważy, że może ludzie chcą, a nie mogą. Że może mają ambicję być schludnymi, ale koniec końców im się nie udaje, gdyż i bo na drodze do odświeżenia ich steranych ciał stoi mnóstwo przeszkód i zdarza się, że do celu nie docierają, zawisnąwszy bezładnie na którejś z nich.

Znam to. Sama nie raz, patrząc na czekające mnie utrudnienia, mam ochotę zrezygnować z wizyty w łazience i dołączyć do szeregu brudasów.

BO musicie wiedzieć, że przed przystąpieniem do kąpieli w moim domu należy wykonać operację na żywym organizmie; operację, której realizacja zapewnia nie tyle komfort się mycia, co w ogóle jakiekolwiek ablucje.
Ponieważ borykamy się z niskim ciśnieniem wody – prysznic u nas to poważne przedsięwzięcie. Nie jakieś hop-siup-zarzucam- ręcznik-na-ramię- i –z-gwizdem-na-ustach-idę-w-każdej-chwili- do- łazienki! OCoToToToNie.
Na prysznic trzeba zasłużyć.
Prysznic to dobro luksusowe.
Wy-zwa-nie lo-gi-sty-czne.

Lista domowych czynności wymagających obecności wody jest długa. Sporządzamy ją skrupulatnie i, nim sięgniemy po mydło, udajemy się na pielgrzymkę. Na mapie mamy wszystkich członków rodziny, u których wypraszamy wodną apatię i hydrauliczną pasywność. NAJWAŻNIEJSZE, by w czasie naszej toalety powstrzymali się od naczyń zmywania, kwiatków podlewania, rąk szorowania, wszelkiego prania, konewek napełniania, owoców opłukiwania… Ogłaszamy wszem i wobec trawiące nas pragnienie utrzymania higieny osobistej na odpowiednim poziomie, czyli jednym słowem dla pozostałych domowników: SUSZĘ.      

Dopełnienie tej procedury powinno nam zagwarantować w godzinie W odpowiednio silny strumień wody i niezawodne działanie bojlera.
POWINNO. Aczkolwiek nie będę ukrywać, iż nie zawsze podjęcie w/o środków zaradczych zabezpiecza nam tak słotny efekt.
Czasem, już u końca drogi do czystości, gdy gustownie ubrani od stóp do głów w pianę, oczekujemy uderzenia o sile wodospadu - na naszą głowę spływa zaledwie kilka kropel niezdolnych do obmycia rąbka paznokcia.
A gdzie tymczasem nasz wartki potok?
Płynie!
tyle że w klozecie obok.

BO ktoś musiał właśnie
(NIECH GO PIORUN TRZAŚNIE!)
skorzystać z toalety.

Bosko!

Liche krople wody mogą uratować człowiekowi życie JEDNAKOWOŻ jeśli miast w zeschnięte na środku pustyni usta wędrowca, spadają one na solidnie zamydloną głowę pod prysznicem - to życie owo niezawodnie zatruwają.

A człowiek czasem (choć mówią, że ta sentencja ma wydźwięk negatywny)
po prostu MUSI się spłukać.
:)

środa, 3 lipca 2013

Słodkiego miłego życia!


Lipa za oknem mnie otumania.
Ergo coraz słabiej rozumiem służbowe maile.
Najgorzej mi idzie z tymi nadętymi „Szanowną Panią”.

Przeczytam „Szanowną’ i już jestem nasycona. Równocześnie z „Szanowną” moje pojmowanie przekracza metę. Głowa się wypełnia i zmieścić się w niej może już tylko wyobrażenie tego, że jestem pszczołą. Którąś z tych na „mojej” lipie. Rzadko które pszczoły mają tak dobrze, jak one. Zwłaszcza ostatnio.
  
Być pszczołą i nie czytać tych poszanowania godnych maili.

Szanowna Pszczoło
Co tam u Pani?

Miodzio!

środa, 26 czerwca 2013

Here's what happened


Jakby rzekł Pan Adrian Monk.


Wczorajsza reanimacja mych zalanych w trupa butów zakończyła się sukcesem, JEDNAKOWOŻ był to sukces palcem po, tfu-na-psa-urok!, wodzie pisany, gdyż i bo po opuszczeniu biura, dosłownie parę metrów później, wpław musiałam przebyć trasę na przystanek tramwajowy. 
Z nenufarem łączy mnie tylko biel lica, więc doszło do kolejnego podtopienia. Efekt wytężonej ośmiogodzinnej pracy farelki w jednej chwili trafił szlag i całą dalszą drogę do domu (klęłam na czym świat stoi) bardzo nad tym ubolewałam.

Nie będę długo gderać na deszcz. W końcu dopłynęłam do brzegu wczoraj, dopłynę i dziś.  
Ale pozwólcie na jedno tylko oskarżycielskie zdanie.
Najbardziej nie podoba mi się to, że ta pogoda, do-kroćset-fur-beczek!, grabi na naszych oczach jasność tych najdłuższych najlepszych dni czerwca.

Tego, dalibóg!, Wysoki Sądzie odżałować nie mogę.

wtorek, 25 czerwca 2013

The Winner


Dzisiejszy wpis zasponsoruje nam Abba

The winner takes it all
The loser standing small
Beside the victory
That's a destiny

Leżę sobie pod podium, na którym medale i kwiaty suchą nogą odbierają posiadacze ohydnych, nieforemnych, śmierdzących gumiaków. To oni dziś tryumfują. Kurka tfu, tfu, tfu wodna. Oczywiście gratulujemy im, bo przecież umiemy przegrywać. Niech to szlag!

Tymczasem wkładki do moich butów wiszą na zimnym kaloryferze skręcone jak precle, a buty spite jak bąki leżą pod nim wypchane gazetami i napisałabym Wam do czego są podobne, gdyby nie to, że są podobne zupełnie do niczego i podobnie do niczego się nie nadają. Kompletnie straciły fason. Prawdę mówiąc, jak tak na nie patrzę, lękam się, że blask, którym jaśniały jeszcze zaledwie kilka godzin temu, został ugaszony deszczem na amen.   

Ale tego nie dało się uniknąć, gdyż i bo ulicami płyną rzeki.
Mijanie kałuż i szukanie płytszej wody jest bezcelowe; nawet jeśli wyszło się w czółenkach woda Was dopadnie. W zimnym jej chlupocie, można odkryć, iż wspomniana wyżej nazwa pantofli funkcjonuje zupełnie na darmo, proszę ja Was, bo niby czółenka, a pociągnęły mnie na dno pierwszej lepszej głębszej kałuży.    

Na tym świecie roi się od takich półprawd i kłamstw. A najgorsze jest, że szydło z worka wychodzi dopiero w praniu.   

Chyba zaraz wyjdę na zewnątrz i utopię w kałuży swe merkantylne smutki i gorycz przegranej, coby ta brzydka pogoda się nie zmarnowała.

Pływajcie…. ekhm…hm…  Bywajcie zdrowi!   

Ps.:
Całusy przesyłam mym butom służbowym -
pod biurkiem zawsze zwartym i gotowym


piątek, 21 czerwca 2013

Przesłuchanie


Could you turn on the air conditioning, please -
rzekł pewnego upalnego razu obcokrajowiec do polskiego konduktora, nieświadomie cucąc cały wagon.

Jest lato. Jest upał. A upał, grasując po mieście, bez pardonu zdziera z ludzi szaty.
Dzień w dzień z zainteresowaniem oglądam efekty jego działalności.  Zaprawdę, dewiant ten zostawia po sobie niewiarygodne wprost kreacje. Są to toalety ubogie w materię; dające często wrażenie, że ludzie wyszli z domu odziani tylko i wyłącznie w wytwór swej wyobraźni. Król jest nagi, proszę państwa, ale wszystkim jest gorąco, więc królowi wybaczamy. To znaczy ja wybaczam, i o wzajemność proszę, bo niepostrzeżenie sama się w nagość nieprzyzwoitą stoczyłam. A więc i mnie wszetecznik dopadł! O! Uświadomiła mi to dziś koleżanka, spłoszona niestosownością mego uniformu służbowego .
I może faktycznie przesadziłam i wyglądam przy tym biurku, jak w liściu figowym, ALE TO WSZYSTKO BO, jak ja się tak napatrzę na obnażoną ulicę, to coraz mniej rzeczy zdaje mi się być nieprzyzwoitymi. 
Zresztą. Moje dzisiejsze garderobiane wyuzdanie ma krótki termin trwałości.
Po piętnastej, na szczodrze rozchełstanej drodze do domu, na powrót stanę się nudną ostoją cnotliwości.

Dlatego nie, nie, nie. Złego słowa na niego nie powiem. Nie po to co roku prowadzę bezlitosną kampanię przeciw zimie, by teraz narzekać na skwar. Jest trudno. Owszem. Lampa słońca prosto w oczy. Kropelki potu żwawo przebiegają po plecach. I czuję się, jakby torturowało mnie zagorzałe stado mrówek. Ale nic. NIC. Jak skała jestem. Nic prócz potu ze mnie nie wycisną. Ani jednego słowa skargi, czy zażalenia. Nic nie powiem. Nie będę donosić. 
Z nagą piersią na wierzchu zostanę,
a do sądu upału nie podam!!! 
RZEKŁAM. 


Bądźcie orzeźwieni!!!!:)

czwartek, 20 czerwca 2013

Ciocia Dobra Rada


a dziś, w ten upalny dzień, na który wszyscy z utęsknieniem czekaliśmy:), poczęstuję Was hojnie orzeźwiającą porcją z dnia mego służbowego. 


- dzień dobry, PROSZĘ PANIĄ, ja od tygodnia próbuję się dodzwonić do Pana X, ale tam odpowiada mi taki dziwny sygnał, coś jakby zajęte... ja nie wiem, czy mam dobry numer… nie wiem, co mam teraz zrobić?
- proszę dzwonić do skutku. Ten numer jest dobry. Innego nie mam.
- ale on nie odpowiada… co mam teraz zrobić?
- proszę odwiedzić Pana X w jego pracowni.
- ale ja jestem zagranicaąąąąąąąąąąąąą, nie mogę teraz wyjechać, CO JA MAM ZROBIĆ?!!!!
- to proszę napisać maila.
- o! właśnie! Napiszę! dziękuję.

.

- dzień dobry, otóż od miesiąca bezskutecznie próbuję znaleźć kontakt do PanaY, czy mogłaby mi pani pomóc?
- proszę wklepać w google PanY. Jako pierwsza w wyszukiwarce pojawia się strona internetowa tego Pana. Tam są wszystkie informacje. 
- O?! 
- …
- ale mam do niego napisać, czy zadzwonić? JAK PANI MYŚLI?
- niech mu pani wszystko wyrysuje.

.
- chciałbym rozmawiać z Panią S.
- Pani S w tej chwili rozmawia przez telefon. Bardzo proszę zaczekać. Jak skończy rozmowę – poprosi pana do siebie.
-…
- jeśli mogę prosić, to bardzo proszę zaczekać  na zewnątrz.
- na zewnątrz?
- tak.
- czy to znaczy, że mam wyjść na korytarz?

.

- dzień dobry, chciałbym rozmawiać z Panem Z.
- nie widzę przeszkód.
- ekhm… a gdzie on jest.
- nie wiem.
- przecież powiedziała pani, że jest.
- ja tak powiedziałam?
- przed chwilą.
- powiedziałam, że nie widzę przeszkód, i że mogą sobie panowie rozmawiać.
- ale jak? Przecież PanaZ nie ma. SAMA TO PANI POWIEDZIAŁA.

.

- ja przepraszam, bo widze, że pani jest zajęta, a ja mam takie głupie pytanie…
- śmiało! Jestem przyzwyczajona.



poniedziałek, 10 czerwca 2013

Wejście smoka


Właśnie zostałam sklęta przez słodką staruszkę, której wejścia do tramwaju nie zauważyłam i miejsca jej siedzącego nie ustąpiłam. Pani stanęła nade mną, o czym się w mig dowiedziałam, bo ostentacyjnie zdjęła czapkę niewidkę, wyzywając mnie od egoistycznej młodzieży, która myśli tylko o sobie, zamiast o tym, że kiedyś TEŻ się zestarzeje, i że taka stara TEŻ wejdzie do tramwaju, w którym jakaś inna młodzież TEŻ nie ustąpi jej miejsca.
Lżona byłam poprzez przemowę do pana, który dzielił smutny los pani i też stał. A ponieważ czynił to nieopodal, więc idealnie na słuchacza się nadał. 
Rzadko siadam. Nie żebym się tłumaczyła! Ale jednak rzadko. Tak rzadko, że to zachowanie w lesie cech mej osobowości winno być wzięte pod ścisłą ochronę. Nie żebym się tłumaczyła. Ale trzeba Wam wiedzieć, że moją decyzję o spoczynku w transporcie miejskim poprzedza ciąg obliczeń z rachunku prawdopodobieństwa, tarot i chiromancja zaawansowana. Jeśli wywróżę przestronność i luz – siadam. A jak siadam, czynię to solidnie. Angażuję się maksymalnie. Całą sobą. Bez żadnych ustępstw i zwrotów akcji. Nie żebym się tłumaczyła, ale po zapadnięciu decyzji, nie ma zmiłuj. Siadam i siedzę. I tylko kadr mojego przystanku w tramwajowym oknie jest w stanie postawić mnie na nogi. 

Żadna tyrada nabuzowanej złością pani nie podoła
a i "młodzieżą" się mnie nie kupi.

no to już wiecie.
BYŁAM NIEPRZEJEDNANA
Ale nie żebym się tłumaczyła!
Ja po prostu uważam,
że jak ktoś jest krzepki w gębie
to i w nogach silnym będzie.

czwartek, 6 czerwca 2013

Zły klik

Dziś głębiej oddycham.
Na wolności powietrze ma smak akacji.
Słodycz nie-do-o-po-wie-dze-nia.

Wczoraj Pan Komputer znienacka wbił we mnie oskarżycielski palec i zakomunikował, że przestaje działać. Oto blokuje się na znak protestu, bo dobrze wie, że go niecnie wykorzystałam i bezprawnie użyłam do  rozpowszechniania treści pornograficznych i dystrybucji nielegalnego oprogramowania (m.in.!). Teraz mam dwa wyjścia: albo pójdę siedzieć albo zapłacę, w milion złotych idącą, grzywnę…

NO CHYBA, ŻE – tu z gracją uchylił furtkę, zaraz zapłacę mu 500złotych kaucji. Wówczas ten łaskawca ponownie nawiąże ze mną współpracę, a ów haniebny epizod puści mimo dysku twardego.

Akt oskarżenia surowo spoglądał na mnie z monitora.

Przełknęłam ślinę.
Po ostatnim akapicie, domagającym się pilnego przelewu, domyśliłam się, że komputer został zainfekowany.
Z pewnością doznał pomieszania dysku. TO WIRUS – powtórzyłam sobie na głos – JEDNAKOWOŻ zarchiwizowana historia mej służbowej przeglądarki stanęła mi przed oczami jak żywa.
Szłam w zaparte. WIRUS. 
Sfiksował – powtarzałam wszystkim, którzy mnie odwiedzali, i których, miast szumu komputera, zza biurka dobiegał głośny łomot serca mego.

TO WIRUS – upierałam się dzielnie
i nie zmieniałam diagnozy.

nie ugięłam się nawet pod wizją ciężkiego buta brygady antyterrorystycznej.

i słusznie.
Bo to był wirus.
zostałam uniewinniona!!!

zresztą podczas procesu, dostałam wsparcie.
Nie powiem. Adwokatów mi nie brakowało.
- tak, no pewnie – mówili służbowi druhowie
to wirus, jakich niemało.

Lecz był i głos nieufny, dający do myślenia,
bo - coś widzę, że się lękasz.
CZYŻBYŚ JEDNAK NIE MIAŁA

CZYSTEGO SUMIENIA?!


oj no!



wtorek, 4 czerwca 2013

Zapchaj dziura


Krajobraz za oknem coraz częściej sprowadza człowieka na manowce.
Najpierw rzuca on (człowiek!) okiem na termometr, potem drugim w kalendarz…a potem. Potem to magazynek jest pusty, a niepewność, co do tego jaka pora roku króluje w tym pięknym kraju, nadal drąży serce jego.

Aby nie dać się zwieść pozorom i ograniczone zasoby zmysłu wzroku oszczędzić, proponuję od razu wycelować w telewizor. Tylko nie bierzcie na muszkę prognozy pogody, bo to z góry wiadomo, że chybiony strzał będzie.

Wymierzcie w blok reklamowy.

Tam, na dzień dzisiejszy, najlepsze preparaty przeciwgrypowe zostały zastapione już przez efektywne środki na odchudzanie, najsmaczniejsze lody i najskuteczniejsze antyperspiranty. To pozbawia wątpliwości. Wiosna trwa, a lato tuż, tuż. 

Tym, którzy po takim seansie nadal mieć będą zastrzeżenia i opory przed przyjęciem do wiadomości, że to coś za oknem to nie listopad, a czerwiec -  zalecam spacer po mieście. Tam się roi od  zwiastunów ciepła. Las bilbordów, bujnie porosłych półnagimi kobietami, niechybnie lato anonsuje.

Kostium kąpielowy na mieście rządzi.
Kto jest uważny – ten nigdy nie zbłądzi:)
Si.
No i może jeszcze jedna głęboka myśl, bo przecież pogoda wzmaga w nas refleksyjność: 

W bikini,
jak w firmie,
góra droższa od dołu.

Chyba niewiele więcej spodziewaliście się po tej notce, co?

To do miłego!
:)

wtorek, 28 maja 2013

Gadka – szmatka - sklep odzieżowy


- opowiem pani historię z wczoraj! oto jestem w przebieralni i nagle słyszę pani głos! – zagajam i uśmiecham się do niej uroczo.

- taaak?

– była pani wczoraj w sklepie przy Półwiejskiej? – zapytuję życzliwie i serdecznie. SŁOWO!

- Acha… tak, no byłam. Ale wie pani, JA NIE MÓWIŁAM DO SIEBIE!

o?!

o rany!

A i ja na każdym kroku głosów nie słyszę.
ŻEBYŚMY SIĘ DOBRZE ZROZUMIELI.




środa, 22 maja 2013

Kwieciste rachunki


Maj to miesiąc, w którym dostaję w pracy zadanie matematyczne.
Treść jego w zaokrągleniu brzmi:

Masz 8 tulipanów i 10 solenizantów.
Rozdziel kwiaty tak, by każdy ze świętujących, otrzymał okazały bukiet imieninowy.
Zadanie uznaje się za rozwiązane celująco, jeśli po rozdaniu obfitych wiązanek i w Twoim wazonie naręcza kwiatów nie zabraknie.

Ażebym nie wpadła w rutynę, co roku z powyższej łamigłówki tajemniczo znika tulipan.

Ostatnie dwa tygodnie spędziłam zatem w fascynującym świecie rachunku nieprawdopodobieństwa, złorzecząc na ohydnego ogrodnika przecherę, który gdzieś w tej szaradzie jest ukryty, a którego  niekompetencja niedługo w pień wytnie tak potrzebne mi kwiecie.

A teraz, jak to wszystko się skończyło - dręczy mnie wstręt do liczb. Dostaję mdłości na widok kalendarza. Z odrazą spoglądam na zegar. Denerwują mnie też ponumerowane tramwaje i autobusy. Czy MPK nie mogłoby wyjść mi naprzeciw i utworzyć linie z symbolami?
- czym dojeżdżasz?
- autobusem linii serca, gruszki, misia…
Tak. To z pewnością przyniosłoby mi ogromną ulgę. Choć na chwilę. Bo na całkowite uśmierzenie tej przypadłości w dzisiejszym świecie liczyć (tfu na psa urok!) nie można.
Bo z przystanku (na którym szerokim łukiem omija czasowy rozkład jazdy(!)) człowiek udaje się na przykład do sklepu. A tam nie dość, że najpierw skazany jest błądzić w gąszczu metek z cenami, to następnie musi zwalczyć w sobie obrzydzenie i sięgnąć po portfel, a potem (zniesmaczenie sięga szczytu!) po szczelnie wypełniony plugastwem paragon...

Jakże mi niedobrze, Drogi Panie Bobrze.

A tu jeszcze radiowa prognoza pogody: „po pierwszych UPALNYCH TYGODNIACH maja….”
Upalne dokroćsetfurbeczek tygodnie?!!! 
Dalibóg! Siedziba tego radia mieści się chyba w jakiejś oranżerii.