Pokazywanie postów oznaczonych etykietą deszcz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą deszcz. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 19 maja 2015

Zaklinacz deszczu

Do  tej pory pewnikiem dla mnie było, że jak założy się ubranie na lewą stronę - będzie deszcz:). Tak się mówiło! Oczywiście taki lewy outfit winien być dziełem przypadku, a nie meteorologicznego wyrachowania. 
Rolniku!
Pola twego niebo hojnie nie podleje,
jeśli CELOWO źle z rana się odziejesz.

Reszka musi wypaść przygodnie.

Dziś w pracy dokonałam przełomowego odkrycia, będącego, w obliczu nękającej nas suszy,  jakże dobrą, klimatyczną wróżbą. W połowie dnia okazało się bowiem, że świecę zza biurka spodnią stroną bluzki. Wszystkie szwy, zakładki i wstydliwe niteczki, które zazwyczaj światło dnia widzą tyle, co podczas suszenia się po praniu, miały okazję obejrzeć sobie bez mała pół działu, które to pół zdążyło przemaszerować przez mój pokój, nim zorientowałam się w swojej garderobianej pomyłce. 

I już miałam zamiar uroczyście ogłosić, że (detronizuję Pana Kreta! i że) spadnie dziś utęskniona wielka woda, i że to mi właśnie zawdzięczać ją można, GDY NAGLE i NIESTETY po wyjściu z toaletowej klitki, w której szybko lewo zamieniłam na prawo, oznajmiono mi, że nie na tym polega praca synoptyka (ale jak to?); i że zbyt pochopnie wywróciłam ubranie, bo przecież wiadomym jest, że „założenie go na lewą stronę wróży wielkie szczęście JEDNAKOWOŻ tylko wtedy, gdy nie zmieni się zaistniałego stanu rzeczy.”

Siedzę teraz wpatrzona w okno
I się martwię.

Potrzebuję deszczu
na dowód prawdziwości MOJEGO porzekadła.
A tu ledwie, Moi Mili, jedna kropla spadła. 

niedziela, 8 marca 2015

Kopciuszek

Czas wrzucić kamyszek w zastałe wody bloga tego:)
Coś na rozbudzenie.
A na rozbudzenie najlepsza jest woda. 



Jeszcze nikt niczego lepszego nie wymyślił. Czasem wystarczy się ledwie skropić, zrosić twarz delikatnie i już jest się orzeźwionym; bywa jednak i tak, że ktoś uzna, że kropla - to za mały kaliber; że, by osiągnąć ożywczy efekt, konieczny jest cały kubeł H2O. I oto w minionym tygodniu KTOŚ właśnie TAK UZNAŁ i pewnego dnia, ledwie otworzyłam drzwi, wychodząc do pracy, chlusnął we mnie bez mała całym jeziorem deszczu. Daleko cofnąć się nie mogłam, bo już i tak byłam spóźniona, ale całe szczęście tuż przy progu stało paru chętnych, by objąć mnie swym wodoodpornym ciałem, więc na chybił trafił wybrałam jednego, schowałam się w jego rozpostartych ramionach i ruszyliśmy do boju. I, nie powiem, jego dłoń w mojej dodawała otuchy. Wiatr wokół się wzmagał i okrutnie deszczem smagał. A my ramię w ramię na dworzec. Gdyby nie on, suchej nitki można by szukać na mnie, niczym igły w stogu siana. A tymczasem. Bardzo proszę. Miast zimnego opadu, zalewała mnie fala spokoju i wdzięczności. Jak to dobrze, że znaleźliśmy się razem w odpowiednim miejscu, o odpowiedniej porze. Podczas narodzin zapewne mą głowę czepkiem zdobioną, gwiazda szczęśliwa swym blaskiem opromieniała…tak, tak,Tak właśnie, poliestrem chroniona, dumałam o swym naznaczonym pomyślnością poczęciu, kiedy nagle RYMS. Ktoś nacisnął guzik i momentalnie padać przestało. Nawet nie zdążyłam dojść na peron, tak to w tych niebiosach się zautomatyzowali! To już nie ma korbki, którą powoli i z mozołem się kręci, zmniejszając stopniowo siłę opadu? To już teraz tylko klik, ciach i pyk? Oj, nieładnie się bawią. Mogliby chociaż dać mi wsiąść do pociągu z tym słodkim uczuciem fartu. A nie tak. W połowie drogi poddali nas niewdzięcznej metamorfozie. Rycerz, którego ręka mnie krzepiła, a wypięta dumnie pierś jego przed wodą chroniła – przeobraził się w postarzającą mnie laskę, w zawadzający drąg, w sztywny kij, 
który dzierżyć już do końca dnia musiałam, 
na który dzień cały musiałam mieć baczenie…
gdyż i bo, pod raptownie bezchmurnym niebem, 
stałam się ponurym parasola cerberem.

Zza podniesionej nagle zasłony deszczu wyłoniła się
nie księżniczka w czepku na skroni,
z dzielnym parasolem przy boku –
a stróż w berecie z kosturem w dłoni,
który ciążył mu na każdym kroku.
:)

piątek, 25 lipca 2014

Deszcze niespokojne


Kiedyś może i deszcze sadem targały, tarmosiły żartobliwie jego gałęzi czuprynę, ale teraz mają ochotę na więcej. Oćwiczyć! Wysmagać! Zalać! Po pas. Po szyję. 

Zrobiły się zachłanne i brutalne.
Już nie łaszą się grzecznie, nie padają nam do nóg delikatnymi kropel pocałunkami, ale obficie opluwają, w mgnieniu oka znaczą teren kałużami i bajorami, które łapczywie połykają nasze stopy.

Parasole jeszcze nigdy nie czuły się tak niedołężne i chrome. Można spotkać tych porzuconych nieszczęśników ot na ulicy, gdzie toną w śmieciach i we wspomnieniach o pieszczących ich niegdyś regularnie spokojnym siąpieniu, subtelnym kapuśniaczku, zwiewnej mżawce… o minionym czasie ich świetności. Niestety. Nie trzeba być zoologiem, by wiedzieć, że od słonia łapką na muchy człowiek się nie opędzi.
Ale, dalibóg!, jak to się stało, że z muchy zrobił się słoń?

Mam jedno podejrzenie. Tam, hen, wysoko, Pani Chmura, niczym zazdrosna o Ziemię kochanka, trzyma Deszcz krzepko w swych objęciach, nie pozwalając mu na skok w bok, tj. w dół… - och nie kochany, nie opuszczaj (się)!!!  A przecież jemu nie po to dali na chrzcie Opad, by teraz przez kaprys kobiety imię to splamił i wbrew naturze swej nie opadł. Żołnierz na wojnę! Marynarz na morza! Deszcz na ziemię! Musi runąć. Czując w sobie ten zew, ten obowiązek wobec minionych deszczowych pokoleń,  zakładnik – ten dwóch pań kochanek -  pieni się i burzy, gromadzi moc, rośnie w siłę i nieustająco napiera. Tak że, gdy w końcu wyrywa się z pancernego uścisku, spada z taką energią i intensywnością w ramiona Ziemi, że ta biedaczka, mimo że z tęsknoty za nim na wiór wysuszona - nie wie co począć, gdy ten tak nagle oddaje się jej całkowicie, na raz.

Trójkąt miłosny, jak wiemy z geometrii życia, nie jest usłany różami a cierpieniem i ofiarami. W tym wypadku także śmiertelnymi.  

Bo gdzie dwie jednego miłują
- tam niezawodnie się mordują

Chmura ma złamane serce. Parasole zgnębioną duszę.
Ale głęboka i pełna zadumy minuta ciszy należy się tym, którzy z tego gwałtownego romansu żywymi nie wyjdą, a ciałami ich niejeden śmietnik się posili. 

Utopione, rozklejone, pozbawione formy. Podobne do niczego i niczemu służyć już nie mogące.
W mijającym miesiącu osierociły wiele stóp.

Buty. Botki. Pantofelki.

A pokrzywdzonych może być jeszcze więcej. Spójrzcie za okno.

Przeżyją tylko te,
których ja nie noszę.
Na deszcze lubieżne
- najlepsze kalosze

:)


sobota, 16 listopada 2013

Sąsiad w futrze

Poniósłszy klęskę na poziomie parteru, myszy uniosły się (honorem) i przeniosły do apartamentu piętro wyżej. Niskie poddasze, przez nas wzgardzone, bez oporu przyjęło je w swe szerokie i ciepłe przestrzenie. 

Nowe sąsiedztwo nie robi tajemnicy z nieprawnego zajęcia lokalu. Bezczelnie kłuje nasze uszy swą obecnością i gromko się urządza. Urządza się nieustająco. I urządzić się nie może. Zdaje się, że panuje wśród nich dość głęboki rozłam i daleko im do porozumienia w sprawie wystroju zawłaszczonego wnętrza.

Szurgotaniu końca nie ma.

Meblowanie rozpoczynają zazwyczaj w godzinach wieczornych i jeszcze dobrze po północy dręczą nas swoimi energicznymi działaniami. 

Dochodzące z góry dźwięki dały mi już dość dokładnie poznać ich gusta. Otóż szemrani sąsiedzi zdają się stawiać na solidną formę. Donośne drapanie i szuranie dowodzi niezbicie, że lubują się w ciężkich kredensach, masywnych stołach i pokaźnych komodach…więc sami rozumiecie, jak bardzo moją bezsenność karmi ich nieumiejętność zainstalowania się i brak jednomyszlności:), co do aranżacji lokum.
Na domiar złego moja wyobraźnia też się rzuca na te odgłosy, jakby z dawien dawna nic w ustach nie miała.
I zdarza się, że tymi dźwiękami tak brzuch sobie wymości,
Że ma biedna głowa do rana miast snu 
tylko myszy gości! 

środa, 26 czerwca 2013

Here's what happened


Jakby rzekł Pan Adrian Monk.


Wczorajsza reanimacja mych zalanych w trupa butów zakończyła się sukcesem, JEDNAKOWOŻ był to sukces palcem po, tfu-na-psa-urok!, wodzie pisany, gdyż i bo po opuszczeniu biura, dosłownie parę metrów później, wpław musiałam przebyć trasę na przystanek tramwajowy. 
Z nenufarem łączy mnie tylko biel lica, więc doszło do kolejnego podtopienia. Efekt wytężonej ośmiogodzinnej pracy farelki w jednej chwili trafił szlag i całą dalszą drogę do domu (klęłam na czym świat stoi) bardzo nad tym ubolewałam.

Nie będę długo gderać na deszcz. W końcu dopłynęłam do brzegu wczoraj, dopłynę i dziś.  
Ale pozwólcie na jedno tylko oskarżycielskie zdanie.
Najbardziej nie podoba mi się to, że ta pogoda, do-kroćset-fur-beczek!, grabi na naszych oczach jasność tych najdłuższych najlepszych dni czerwca.

Tego, dalibóg!, Wysoki Sądzie odżałować nie mogę.

wtorek, 25 czerwca 2013

The Winner


Dzisiejszy wpis zasponsoruje nam Abba

The winner takes it all
The loser standing small
Beside the victory
That's a destiny

Leżę sobie pod podium, na którym medale i kwiaty suchą nogą odbierają posiadacze ohydnych, nieforemnych, śmierdzących gumiaków. To oni dziś tryumfują. Kurka tfu, tfu, tfu wodna. Oczywiście gratulujemy im, bo przecież umiemy przegrywać. Niech to szlag!

Tymczasem wkładki do moich butów wiszą na zimnym kaloryferze skręcone jak precle, a buty spite jak bąki leżą pod nim wypchane gazetami i napisałabym Wam do czego są podobne, gdyby nie to, że są podobne zupełnie do niczego i podobnie do niczego się nie nadają. Kompletnie straciły fason. Prawdę mówiąc, jak tak na nie patrzę, lękam się, że blask, którym jaśniały jeszcze zaledwie kilka godzin temu, został ugaszony deszczem na amen.   

Ale tego nie dało się uniknąć, gdyż i bo ulicami płyną rzeki.
Mijanie kałuż i szukanie płytszej wody jest bezcelowe; nawet jeśli wyszło się w czółenkach woda Was dopadnie. W zimnym jej chlupocie, można odkryć, iż wspomniana wyżej nazwa pantofli funkcjonuje zupełnie na darmo, proszę ja Was, bo niby czółenka, a pociągnęły mnie na dno pierwszej lepszej głębszej kałuży.    

Na tym świecie roi się od takich półprawd i kłamstw. A najgorsze jest, że szydło z worka wychodzi dopiero w praniu.   

Chyba zaraz wyjdę na zewnątrz i utopię w kałuży swe merkantylne smutki i gorycz przegranej, coby ta brzydka pogoda się nie zmarnowała.

Pływajcie…. ekhm…hm…  Bywajcie zdrowi!   

Ps.:
Całusy przesyłam mym butom służbowym -
pod biurkiem zawsze zwartym i gotowym


czwartek, 31 stycznia 2013

Panta rhei


Dopłynąwszy do służbowej przystani, przycumowałam do biurka i dochodzę do siebie. Oddechu nabierają również wypieszczone falami kałuż buty, poszarpana wiatrem kapota i żagiel parasola.

Biorąc pod uwagę me doświadczenie w żegludze to cud, że pokonałam przestwór głębokiego niżu i dotarłam tu żywa. 
I to bez niczyjej pomocy.
Choć po prawdzie dzień w dzień dowodzę majtkami, JEDNAKOWOŻ nie dajcie się zwieść złudnej liczbie mnogiej, bezczelnie sugerującej co najmniej zdwojone siły służb na łajbie.
(Narzędnik to szachraj i ten dzień skończy szorując językiem dolne pokłady!!)
Pod moimi rozkazami są zaledwie majtki.
I do tego, umówmy się, wcale NIE KĄ PIE LO WE.

A tymczasem
„tyle słońca w całym mieście….” z radia radośnie leci
(jakby nam było mało za burtą cieczy!!!!)
„..nie widziałeś tego jeszcze. Popatrz!!! O, popatrz!”

Wdrapałam się na bocianie gniazdo i patrzę. PATRZĘ!
W którym to, do kroćset fur beczek!, mieście???!
To ja zaraz, Pani Anno,
Za momencik
biorę nogi za pas…
to jest ten…
(łyk rumu w gardło i) ŻAGLE NA MASZT! 
I płynę!!!


środa, 28 listopada 2012

Pożegnania


Do wykończenia mego swetra, który dziś na granatowo zdobi mój korpus, potrzeba było 6 guzików.
Aby doprowadzić do końca telewizję analogową wystarczył guzik jeden.

W tym miejscu pragnę ogłosić, że (przepraszam co wrażliwszych za swą gruboskórność JEDNAKOWOŻ) śmierć ta, tak głośno odtrąbiona przez media, niewiele mnie obchodzi.

Za to strasznie mi smutno z innego powodu.
Za chwil parę do historii przejdzie Listopad.
Pan Listopad, który w tym roku tak wspaniałomyślnie dwoi się i troi, by zrobić dobre wrażenie; ten który od miesiąca jest wobec mnie tak ujmujący i ciepły; ten który codziennie raczy mnie tajemniczą mgłą, którą po prostu uwielbiam (bo wobec spaceru we mgle - romantyczne kolacje przy świecach mogą się schować); i w końcu – ten, któremu uwieść się dałam i uległam. Naprawdę.
This Girl Is In Love With You
Mój Drogi Panie, jeszcze Pan nie odszedł, a ja już za Panem tęsknię. Nawet dziś, gdy Pan tak nade mną cicho łka. A co mi tam! Dziś - TYM BARDZIEJ. Proszę mi wierzyć, że wiele bym dała za całą taką listopadową zimę. Byłoby cudownie mieć Pana u boku, zamiast Grudnia i tej całej zimowej zgrai, którą za sobą bez wątpienia przyciągnie ten (ponoć wielce czarowny) gość…

Ech…
Serce Ty Moje…Listopadowe :)
:
:
:
I oto, proszę ja Was, są dramaty warte pierwszych stron gazet!
Oto historie tragiczne, które fale radiowe pieszczotliwie nieść winny!
A nie egzekucja telewizji! 
Ta idiotyczna bezkrwawa rozprawa,
LEDWO JEDNEGO GUZIKA WARTA! 

Dziennikarstwo doprawdy na psy schodzi.
:)

piątek, 6 lipca 2012

Życzenie


Nie marzy mi się bukiet róż
Tylko przepiękna noc bez burz
Nocka jasna i gwiaździsta
Bez skowytu psiego pyska
Bez opadu
Deszczu
Gradu

taka noc w głębokim zen,
co pozwoli mi na sen

bo mam dość już tej wariatki,
co złym okiem na mnie błyska,
co to szumi i się sroży,
piorunami mnie batoży

Przez furiatkę tę, do diaska!,
wciąż coś praska, wciąż coś trzaska
i by na śnie móc się skupić
trzeba oko se wyłupić,
a za okiem zaraz ucho,
żeby także było głucho

okaleczać tak się boję
to już rękę oddać wolę,
(co tam rękę!) dam dwie ręce!,
temu kto dźgnie burzę w serce,
kto mi rzuci wprost do stóp
burzy pierś
a w niej zaś nóż.

czwartek, 21 czerwca 2012

Niewygodny absztyfikant

Wydaje mi się, że czegoś bardzo chce.

do okien usilnie się dobija.
stuka, puka, kołacze,
łomota i tarabani,
gromko w szyby bębni
i w parapety wali...

- Czy to ułan jaki przybył panienko?
- Nie, to tylko deszcz
- A to zamknij szczelniej okienko.

piątek, 6 stycznia 2012

Na wokandzie

Wysoki sądzie, czy oskarżony jest winny? Odpowiedź na to pytanie jest tylko jedna i brzmi: TAK, jest winny zarzucanego mu czynu.
W dniu wczorajszym ów łotr napadł moją klientkę, wielce szanowną, obecną tu, panią Modigliani. Zewsząd otoczył i zaatakował pod osłoną ciemności, próbując brutalnie wyrwać jej z ręki parasol. A gdy poniósł klęskę, postanowił swą przestępczą nieudolność pomścić, łamiąc wszystkie szprychy niedoszłego łupu. Po wprowadzeniu tego bestialskiego zamysłu w życie, przekraczając wszelkie dopuszczalne prędkości, zwiał z miejsca przestępstwa, wystawiając mą, półżywą wówczas!, klientkę na pastwę niewyczerpanych strug deszczu.

Wysoki sądzie, zgładzony parasol, był nad wyraz ceniony przez mą klientkę. Piórkowa waga jego i niewielka objętość w stanie spoczynku, pozwalały mu być nieustannie obecnym w jej torbie, czyniąc go wysoce przydatnym i dyspozycyjnym. Że nie wspomnę tutaj o jego zielonym kolorze, który podczas długich słot miał niebagatelnie pozytywny wpływ na nastrój mej klientki. Strata jest tym większa, iż przestępstwa dokonano w czasie, w którym cicha obecność parasola w torbie każdego szanującego się obywatela tego kraju jest po prostu NIEODZOWNA.

Oczywiście możemy uznać, że bez parasola da się żyć, albo że w dzisiejszych czasach można nabyć go w każdym sklepie i to nawet za niewielkie pieniądze JEDNAKOWOŻ, wysoki sądzie, nie możemy pominąć kwestii uczuć, nie możemy pominąć bezdusznym milczeniem więzi przerwanej tak brutalnie. Tu naprawdę nie chodzi tylko o straty materialne, o bezpowrotnie zniszczone mienie, ale... ach… jednym słowem, pragnę, by wysoki sąd miał też na uwadze poniesione straty moralne.

Na zakończenie mowy, niechaj mi będzie wolno wyrazić ogromną radość z faktu, iż służby porządkowe stanęły na wysokości niewykonalnego, zdawać by się mogło, zadania i odnalazły w polu obecnego tu rzezimieszka, dzięki czemu, mogę się teraz domagać, I DOMAGAM SIĘ!, najwyższego wymiaru kary dla zatrzymanego i zapytuję go, czy ma pan coś na swą obronę Panie Wietrze?!!! Ohydny morderco niewinnych parasoli.