Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wiatr. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wiatr. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 14 kwietnia 2015

Na rauszu


Niesie mnie ku ulicy. Chcąc nie chcąc, dryfuję na lewy brzeg chodnika. Potem ukosem, lekkim truchtem, wracam na prawe pobocze.
Nierównym krokiem, gwałtownymi zrywami, jakbym miała problemy z wewnętrznym sprzęgłem, jakbym brnęła po torze naszpikowanym niewidzialnymi przeszkodami, bujając się między krawężnikami – wczoraj dzielnie szłam na dworzec. 
Złapawszy równowagę, przystanęłam przy Akademii Muzycznej. Zakołysałam się w rytm nieznanej mi melodii, zdaje się, że przez chwilę wyglądałam, jakbym się wahała, czy wejść w progi tego pełnego brzmień przybytku. Po czym wolno, chyba nie do końca przekonana do porzucenia (możliwej!) kariery muzyka, pełna wątpliwości, znów ruszyłam koślawo do przodu, wkładając w ten manewr wszystkie swoje siły. Nieco na ukos, zgięta w pół, z ciężką torbą na ramieniu. Możliwe, że gdyby nie ten balast, dawno bym już lewitowała. A gdybym miała w podeszwach butów farbę, która sączyłaby się z każdym stąpnięciem, mój zwichrowany chód przyozdobiłby ul. Towarową w fantazyjne wzory; w wymykające się szablonom esy floresy. 

Ale jeszcze chwila. Jeszcze tylko parę szlaczków, kroków na szagę, w tył, do przodu i w bok. 
I już.
Dworzec.
A tam
wykolejony towarzysz niedoli

Ahoj Bracie!



Tylko nie myślcie, że i ja się staczam!
Żebyśmy się zrozumieli!

Jak żyję, wcale nie piję, 
to wiatr szarga mi opinię! 


czwartek, 31 stycznia 2013

Panta rhei


Dopłynąwszy do służbowej przystani, przycumowałam do biurka i dochodzę do siebie. Oddechu nabierają również wypieszczone falami kałuż buty, poszarpana wiatrem kapota i żagiel parasola.

Biorąc pod uwagę me doświadczenie w żegludze to cud, że pokonałam przestwór głębokiego niżu i dotarłam tu żywa. 
I to bez niczyjej pomocy.
Choć po prawdzie dzień w dzień dowodzę majtkami, JEDNAKOWOŻ nie dajcie się zwieść złudnej liczbie mnogiej, bezczelnie sugerującej co najmniej zdwojone siły służb na łajbie.
(Narzędnik to szachraj i ten dzień skończy szorując językiem dolne pokłady!!)
Pod moimi rozkazami są zaledwie majtki.
I do tego, umówmy się, wcale NIE KĄ PIE LO WE.

A tymczasem
„tyle słońca w całym mieście….” z radia radośnie leci
(jakby nam było mało za burtą cieczy!!!!)
„..nie widziałeś tego jeszcze. Popatrz!!! O, popatrz!”

Wdrapałam się na bocianie gniazdo i patrzę. PATRZĘ!
W którym to, do kroćset fur beczek!, mieście???!
To ja zaraz, Pani Anno,
Za momencik
biorę nogi za pas…
to jest ten…
(łyk rumu w gardło i) ŻAGLE NA MASZT! 
I płynę!!!


piątek, 6 stycznia 2012

Na wokandzie

Wysoki sądzie, czy oskarżony jest winny? Odpowiedź na to pytanie jest tylko jedna i brzmi: TAK, jest winny zarzucanego mu czynu.
W dniu wczorajszym ów łotr napadł moją klientkę, wielce szanowną, obecną tu, panią Modigliani. Zewsząd otoczył i zaatakował pod osłoną ciemności, próbując brutalnie wyrwać jej z ręki parasol. A gdy poniósł klęskę, postanowił swą przestępczą nieudolność pomścić, łamiąc wszystkie szprychy niedoszłego łupu. Po wprowadzeniu tego bestialskiego zamysłu w życie, przekraczając wszelkie dopuszczalne prędkości, zwiał z miejsca przestępstwa, wystawiając mą, półżywą wówczas!, klientkę na pastwę niewyczerpanych strug deszczu.

Wysoki sądzie, zgładzony parasol, był nad wyraz ceniony przez mą klientkę. Piórkowa waga jego i niewielka objętość w stanie spoczynku, pozwalały mu być nieustannie obecnym w jej torbie, czyniąc go wysoce przydatnym i dyspozycyjnym. Że nie wspomnę tutaj o jego zielonym kolorze, który podczas długich słot miał niebagatelnie pozytywny wpływ na nastrój mej klientki. Strata jest tym większa, iż przestępstwa dokonano w czasie, w którym cicha obecność parasola w torbie każdego szanującego się obywatela tego kraju jest po prostu NIEODZOWNA.

Oczywiście możemy uznać, że bez parasola da się żyć, albo że w dzisiejszych czasach można nabyć go w każdym sklepie i to nawet za niewielkie pieniądze JEDNAKOWOŻ, wysoki sądzie, nie możemy pominąć kwestii uczuć, nie możemy pominąć bezdusznym milczeniem więzi przerwanej tak brutalnie. Tu naprawdę nie chodzi tylko o straty materialne, o bezpowrotnie zniszczone mienie, ale... ach… jednym słowem, pragnę, by wysoki sąd miał też na uwadze poniesione straty moralne.

Na zakończenie mowy, niechaj mi będzie wolno wyrazić ogromną radość z faktu, iż służby porządkowe stanęły na wysokości niewykonalnego, zdawać by się mogło, zadania i odnalazły w polu obecnego tu rzezimieszka, dzięki czemu, mogę się teraz domagać, I DOMAGAM SIĘ!, najwyższego wymiaru kary dla zatrzymanego i zapytuję go, czy ma pan coś na swą obronę Panie Wietrze?!!! Ohydny morderco niewinnych parasoli.

niedziela, 10 lipca 2011

oj dana, dana. Alabama.

Właśnie, w to jakże piękne lipcowe popołudnie, wylądowałam w domu, pomimo starań (naprawdę nie oszukuję!), by spędzić ten duszny, oblepiający ciało dzień na dworze/ dworzu/ polu. Pełna dobrych chęci, gotowa dać się oszołomić świeżym powietrzem, wyszłam do ogrodu i wystawiłam się na jego rozkosze. Początek nie zapowiadał niczego szczególnego. Szum liści. Spokój. Śpiew ptaków. Cudowna nieobecność nieletnich sąsiadów. Łaskoczące szyję nieme słońce. Świerszcze i ... Aż. Tu. Nagle. FESTYN. Dobiegł do mnie znienacka głos podnieconego konferansjera. A zaraz za nim płot naszego podwórka zwinnie przeskoczyła akordeonowa muzyka i uwiesiła się na mych wątłych uszach.
Jako stara ignorantka, żyjąca na skraju spraw wsi swojej, nie wiedziałam, czy to głuchy jak pień sąsiad słucha w radiu relacji z jakiegoś festynu, czy też rzeczywiście, gdzieś za miedzą, jakaś zabawa trwa? A ponieważ nie umiałam zlokalizować źródła atakujących mnie dźwięków, które swoją natarczywością doprowadziły mnie w końcu do wrażenia, jakbym siedziała w samym środku tej imprezy - uciekłam do domu.

A tymczasem tutaj, w przerabianej książce, znalazłam kolejne miejsce, w którym mogłabym wieść spokojne, szczęśliwe życie.
"Nie ma wyraźnych pór roku na południu stanu Alabama: lato prawie niedostrzegalnie zamienia się w jesień, a po jesieni wcale nie nastaje zima, tylko od razu jest wiosna, która w ciągu kilku dni przechodzi znowu w lato"
Dziękuję Pani za cynk, Pani Harper Lee:)
tylko...
mam jedno pytanie:
jak wielkie skłonności przejawia Alabama do festynów?

czwartek, 2 września 2010

Jaskółka

Czyli rzecz o tym, skąd wiem, że nastała jesień.
A bo prąd mroźnego powietrza wartko przez moje biuro przepływa. Od poniedziałku z sukcesem forsuje wszystkie otwory wentylacyjne i po szyje topi cały mój sprzęt, ale, pal licho sprzęt!, chodzi o mnie. Pławienie się w powietrzu wycenionym na 18 stopni nie daje żadnej rozkoszy. Praca to nie eden (paniusiu), wiem, ale trudno funkcjonować, gdy człowiek już od rana staje się szczęśliwym właścicielem lodowatych stóp, zimnego nosa i romantycznego wiatru. Tak. Wiatr. Błąka się tu i targa mą (o mą dieu!) fryzurą. I choć uczciwie przyznam, że użycie słowa fryzura jest nadużyciem;), to umówmy się, że miejsce wiatru jest po drugiej stronie (lustra), a nie w moich włosach. Jak będę chciała dostać w twarz świeżą porcją powiewu, to sama się po nią zgłoszę, wystawiając łakomą głowę z nory.
Wakacje mnie rozpieściły. Naprawdę zapomniałam, jak tu potrafi być zimno.

A bo, po drugie!, w pociągach zaczęli grzać. Oj i to ostro!

Zatem wiadomo. Jesień.
I znów oczywiście
często będzie mgliście
będą spadać liście
i winogron kiście:)

PS. o zimie też zamelduję w stosownym momencie. Będę mieć informacje z pierwszej ręki, gdyż i bo, jak nastanie zima:
w biurze grzejniki będą parzyć
zaś o ogrzewaniu w pociągach
będzie można słodko marzyć:)