Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zimno. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zimno. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 11 marca 2014

Wyziębnięty za(ro)dek


Wczoraj ujrzałam Pana w krótkim rękawku i spodenkach również niedługich. Stał sobie na przystanku taki roznegliżowany i wyglądał, jakby ciepły wiatr owiewał mu ciało, a słońce promieniami swymi ściśle go otulało.

Stałam obok niego w ciążącej mi na grzbiecie, od południa mocno przeterminowanej, kurtce zimowej.
Wyglądałam malowniczo, niczym kosmonauta szykujący się do wizyty u Pana Twardowskiego. I czułam się obco - ja w swoim skafandrze kosmicznym - w  tłumie tak beztrosko oddającym swe ciała działaniu czynników zewnętrznych .

Dlatego dziś, w celach integracyjnych, postanowiłam na własnej skórze przetestować smak tej przedwczesnej wiosny. Najpierw delikatnie ją wzięłam na czubek języka. Rano, wyszłam w lżejszej kurtce do ogrodu (napaść kury:), i było chłodno… prawdę mówiąc było mroźno, ale znacie siłę (ludzkiej głupoty;) ciekawości badacza. To jest moc, której nie można się oprzeć, to kula tocząca się ze szczytu, woda zrywająca tamy, rozpędzony samochód bez hamulców, górski potok…  
Dzięki tej potędze koniec końców oparłam się swemu rozsądkowi i wyszłam w wiosennej kurtce do pracy.

I pozwólcie, że wyniki swych badań zawrę w lakonicznym raporcie:
DO-KROĆSET-FUR-BECZEK!
 
Jest cholernie zimno.
To nie jest wiosna.
To zaledwie jej zarodek.

Ona w ogóle nie dojrzała,
by ujrzeć rąbek mego ciała!:)

w związku z powyższym
negliż odkładam do szafy i czasu,
gdy na ulicy, zamiast nagiego pana,
ujrzę kobietę w japonkach,
I TO Z RANA!

Rzekłam

czwartek, 11 kwietnia 2013

Jurassic Park


Radio to jedyny termometr jaki mam pod ręką, a ponieważ od rana deklamuje ody do pogody, opuszczam mieszkanie w radosnym przekonaniu, że oto za chwilę wpadnę w miarę ciepłe objęcia poranka.
A tu za drzwiami na dzień dobry srogi kopniak
ZIMNO. HA! Cieszysz się? to znowu ja!
Nie, NIE ZACHWYCA MNIE TA MONOGAMIA
może i rzeczywiście temperatura kolebała się w okolicach zera, ale trudno mi to było odczuć, gdyż wiatr ciskał we mnie ładunki ujemne.

A tu jeszcze głos z portierni,
- dzień dobry
- dzień dobry
- przyjemnie dziś rano, prawda?
- ?! NIEPRAWDA!

Albo ta pani dorabia sobie w radiu, albo ja faktycznie mam zbyt wysokie wymagania.

Szczęście w nieszczęściu, że garderoby zimowej tak łatwo i na pierwsze zawołanie rozentuzjazmowanego tłumu z grzbietu nie zrzucam. Choć bardzo bym chciała. Choć mi to po nocach się śni i marzę o tym nieustannie.
Wciąż nie stać mnie na striptiz wiosenny .
I teraz przez kliniczną bezsenność zdrowego rozsądku i kompletny brak zaufania do świata nie mogę już patrzeć na wierzchni mój przyodziewek. 
i co dzień z obrzydzeniem go na siebie naciągam 
i co dzień z ulgą wielką z siebie zdzieram.
I naprawdę żadnego dobrego słowa dla niego już nie mam.

A tu ostatnie wieści niosą, że w najbliższych latach będę musiała spuścić z tonu i do ciepłej odzieży nabrać więcej sympatii i szacunku. Płaszcz bowiem niedługo awansuje na odzienie całoroczne.
Tak zawrotną karierę prognozuje mu Pan dr Chabibullo Abdusamatow z Rosyjskiej Akademii Nauk – który głosi, iż nadchodzi mała epoka lodowcowa.

Ziemia przez najbliższe kilkadziesiąt lat zamierza stygnąć.
Kilkadziesiąt lat!
Filiżance kawy wystarcza kilkanaście minut.
Mi oka mgnienie.
A ta sobie daje kilkadziesiąt lat!

KILKADZIESIĄT LAT.

Także ten
Wyrok zapadł.

Barchanowe ciuchy są skazane na sukces
- ja na wyginięcie.

czwartek, 4 kwietnia 2013

Na pohybel!


Masowo odwoływane są imprezy plenerowe.
Żużlowcy odwołują swoje mecze.
Koledzy ogłaszają żałobę na sali z powodu odwołania strzelanki.  
A ptaki odwołują wiosnę i odlatują do ciepłych krajów.

I tylko mały punkt na mapie świata tego broni nie składa
(i nie jest to wcale mała wioska Galów!:)
Ulica Bułgarska w Poznaniu ponoć nie da się ostudzić.
I w najbliższy piątek Pan Trener Lecha ma zgotować drużynie przeciwnej piekło.
we'll see about that

nie bardzo uśmiecha mi się ganianie po stadionach, celem ogrzania zmarzniętych stóp w grzesznym ciepełku, które notabene wcale takim pewnym nie jest. Dlatego zastanawiam się, jakby tu samej dobrać się do kuszących czeluści piekielnych.

Otóż za-sa-dni-czo jestem przeciwna karze śmierci.
Nie przekona mnie żadne nawet gdyby.
Żadne.
Ale raz mogłabym zrobić wyłom w tym prawidle.
Jeśli na krześle siedziałaby ONA - wcisnęłabym guzik bez wahania.
I wydusiła z niej ostatnie tchnienie. 
I dalibóg z radością patrzyła jak kona.

Bo taka łapczywość winna być karana.
Bo trzeba znać umiar.
I za grzechy główne płacić słono.

Dlatego pierwsza ukręciłabym ZIMIE stryczek
I nabożnie skopnęła spod niej stołeczek. 

HOWGH

piątek, 15 marca 2013

Gwiazda biznesu


Głos ma synoptyk:

- no niestety, proszę państwa, ale jeśli chcemy słońca - musi być mróz.

A więc za tych kilka bladych promieni słonecznych, ja płacę taką cenę?!!!
To ja przepraszam, ale mnie nie stać na takie wydatki pod koniec zimy.
To ja rewiduję moje burżujskie preferencje.
I ciepły półmrok – poproszę

Ponadto mam pytanie do Pana, Panie Synoptyku, czy ta sama waluta obowiązywać będzie w miesiącach letnich?
Rada bym była otrzymać rychłą odpowiedź.
Bo przez Pana nie mogłam dziś spać.
Więc niech mi Pan łaskawie powie,
Po czemu słońce będzie latem stać?

poniedziałek, 2 stycznia 2012

Będzie długo. Będę truć.

Tak. Owszem. To przeciągające się zimowe ciepło jest nieco zadziwiające.
Nie tak dawno zresztą, bo DZIŚ (gdy, po tygodniu kamiennej obecności w domu, obowiązki służbowe wyciągnęły mnie na świeże powietrze) poranna temperatura zaskoczyła mnie, że ojej. Ojej! Jak ciepło!

Tak. I owszem. To ciepło może zastanawiać. Hm. JEDNAKOWOŻ wysoki, jak na te miesiące, słupek rtęci nie spędza mi snu z powiek. Zaprząta wprawdzie głowę codziennie, ale tylko chwilę niezbędną do wymyślenia kreacji adekwatnej do panującej aury.

Tak. Jest styczeń, a mimo to wciąż jest ciepło. Rozumiem. Można sobie czasem podumać nad tą obserwacją, ale, dalibóg, irytuje mnie NIEMOŻEBNIE całodobowe roztrząsanie tego tematu w mediach, i nie tylko. Czy już naprawdę nie można podać prognozy pogody treściwie i konkretnie? Będzie tak, siak i owak. Do widzenia. Bez kwękania o aberracjach, anomaliach i wynaturzeniach, a zwłaszcza bez regularnego skomlenia o mróz i śnieg. Te ostatnie jęki uderzają w najczulszą strunę mego nerwu. A najgorsze jest to, że niełatwo przed tym umknąć. Bo jeśli nie pan synoptyk, to pan dziennikarz, jeśli nie pan dziennikarz, to sąsiadka, jeśli nie sąsiadka, to kolega z pracy, jeśli nie kolega z pracy, to siedzący obok podróżny…

Wszystkich dręczy okrutna tęsknica za prawdziwą zimą, taką z krwi (ściętej mrozem) i kości (z lodu).

Tymczasem dla mnie to, co za oknem, jest inne, ale zdecydowanie lepsze. Każdy kolejny ciepły dzień daje mi w prezencie w-miarę-sprawną komunikację, która w tym pięknym kraju jest darem nie do przecenienia. Dlatego jestem wdzięczna tegorocznej zimie za egzotyczne oblicze i raduje mnie wielce jej ekstrawagancja. I uważam, TERAZ BĘDZIE APEL, że jeśli kogoś naprawdę uwiera i do krwi rani ta poczciwa pogoda, to niech jedzie odwiedzić śnieg w miejscu jego zamieszkania, miast wysyłać doń rozliczne błagania i zaproszenia. Bo za chwilę on rzeczywiście zdecyduje się łaskawie zstąpić do nas z wizytą. A przecież znamy go nie od dziś i wiemy, że jak już się zwali tu ze swymi tobołami, to gościć się będzie bez umiaru, jak to ma w swym niegrzecznym zwyczaju… Tak. A wtedy to ja zacznę dokuczliwie marudzić i biadolić:)))). Tak. Wiem.

Na razie jednak, zaprawdę powiadam Wam, to Wy się miarkujcie i przestańcie w końcu miauczeć o ten parszywy opad.
Nie bądźcie dziećmi:)
Teraz jest mój czas i mi go nie psujcie.
A jak w końcu spadnie Wasz ukochany,
to obiecuję:
postaram się hamować z inwektywami.

wtorek, 22 listopada 2011

W kółko Macieju

Obwarowana miękkim murem wełny, w polarowych okopach codziennie odpieram jego napaści. Schemat wciąż ten sam. Pierwsze umocnienia kruszeją po dwóch godzinach. Najpierw ustępują mu bose dłonie, uszy i nos. Potem powoli słabną i za wygraną dają stopy. Tułów najdłużej trzyma fason. Ale i on, pomimo solidnego opancerzenia, w końcu kapituluje. Po ośmiu godzinach sztywna osuwam się ze służbowego pola bitwy. Do dnia zmartwychwstania. Do dnia następnego, po którym kolejne z zimnem zmagania. I szczęk oręża w surowych ścianach.
I me oddziały
w zbrojach jak durszlaki
do szpiku przemarznięte wszystkie gnaty

środa, 16 listopada 2011

Niecka

Mam lekką depresję. W trzeźwej wycenie: dół do połowy uda i wokół głowy lekka szaruga, w której gdzieś błądzą moje cele. Taś, taś, taś… Wczoraj dotarło do mnie w końcu, niestety i nagle, że JEDNAK. Nieodwołalnie zima. Tak. Wiem. Był prawdziwy pochód zwiastunów z moim parszywym służbowym kaloryferem na czele, ale. Nim się spostrzegałam. BACH (acz nie Sebastian, lecz) egipskie ciemności i mróz.
Teraz wskazane jest, by czytelnik usłyszał głos Krystyny Czubówny: mroczne środowisko niskich temperatur hamuje prawidłowy rozwój Pani Modigliani (jeśli oczywiście optymistycznie założymy, że w rozwoju do tej pory nie ustałam).
W tak przykrych okolicznościach przyrody (tu zaleca się, by czytelnik smętnie spojrzał w okno!) nic nie jest ważne. Wykonuję niezbędne minimum. Czyli łykam powietrze i mimochodem jedzenie, wszystko inne odkładając na potem. Potem list napiszę i potem kartkę włożę dwie półki wyżej i zadzwonię na pewno, ale raczej potem i w ogóle zrobię niejedno, ale nie teraz - POTEM… a potem myślę o tym wszystkim, co odłożyłam na potem, i ponownie po kolei wszystko odkładam, i tak w kółko, tam i z powrotem.
Samą siebie też bym odstawiła na potem. W jakiejś spiżarce, w wyściełanym słoiku z naklejką: do spożycia wiosną 2012. Ale zanim. To. Poproszę z karty dań to samo, co ta sówka:)))
Jejku

wtorek, 8 listopada 2011

CO?!

(Temat zjechany i wyślizgany,
jakim więc cudem – zapytuję -
mam go ciągle pod stopami?)

Potknąwszy się o kierownika budynku, spełniłam swą zachciankę i poruszyłam dręczącą mnie od miesiąca kwestię:

- proszę pana za chwilę połowa listopada, a my wciąż mamy zimno w pokoju. Pod 879 kaloryfery ciągle są lodowate. W tamtym roku chociaż od czasu do czasu grzały, ale teraz? Kiedy…
- z tym nic się nie da zrobić…
- jak to się nie da? A co będzie w zimie, gdy…?
- no nie wiem…. hm… No tak. No mógłbym spróbować TEGO I TAMEGO… potem koniecznie musiałbym zrobić TO, a jak TO nie zadziała, to może nawet i SIAMTO…
- to dlaczego pan nie spróbuje?
- ekhm… bo tak w ogóle, TAK MIĘDZY NAMI, to całą tę instalację trzeba wymienić… taaaak OD PODSTAW!!! To wszystko nie jest takie proste, jak sobie pani myśli…
- acha…
- e, ale niech się pani tak tym nie martwi! W końcu nie tylko wy marzniecie. Tym na dole też jest zimno, hehehheh
- ?!

super.
uwielbiam te nasze coroczne pogawędki.
Zamiast chwycić go za klapy marynarki, przygwoździć do ściany i krzykiem żądać natychmiastowej (SŁYSZYSZ PAN?!!! NA-TYCH-MIA-STO-WEJ!!! do cholery jasnej!!) poprawy sytuacji, to ja co roku skamlam o kilka stopni ciepła… matko, i z kogo tu jest straszny cieć? pfff…
ALE- to –wszystko- bo ON NIE NOSI MARYNARKI… heh Wysoki Sądzie proszę o łagodny wymiar kary i ogrzewaną celę.

piątek, 21 października 2011

„Niepamięci. Niech się święci. Cud..”

Zamiast końca świata przyszedł dziś do mnie osiołek i rzecze:
- dzień dobry. Przepraszam, że ja ZNOWU panią męczę, ale czy mogłaby mi pani JESZCZE powiedzieć…

JESZCZE? robię wielkie oczy. ZNOWU? Wytężam pamięć i moje przerażenie rośnie. ZNOWU. A osiołek podobny zupełnie do nikogo. Osiołek, jak to osiołek. Uszka, kopytka i ogonek. Ot. Jeden z wielu osiołków chadzających po naszych korytarzach. Ale musicie wiedzieć, że choć nie bywają u nas osobowości na miarę Kłapouchego, czy kolegi Shreka, to jednak i pomimo to każden jeden, który do mnie wchodził, zostawiał na piasku mej pamięci mniej lub bardziej wyraźny ślad kopytka. Naprawdę! To znaczy… to było prawdą. Do dziś. Bo zdaje się, że w królującym tu ostatnio służbowym rozstroju przestałam już absorbować twarze, które mnie odwiedzają. A moja sławetna pamięć cichaczem przeszła metamorfozę. Z wilgotnej plaży - na targaną mocnymi wiatrami pustynię:) Żaden trop się nie uchowa.

Jedynym plusem służbowego zamieszania i się dziania jest tylko to, że coraz częściej zapominam też i o zimnie, które tu ciągle i nadal niepodzielnie panuje, gdyż i bo "cały pion strzelił pszę pani". Fajno. W obliczu zbliżającego się listopada, i jadącego za nim na saniach grudnia, takie słowa są plastrem miodu na sterane kołataniem serce moje.

poniedziałek, 17 października 2011

Szanowna Zimo,

Nie myśl łajzo, że tak łatwo się poddam.
Wprawdzie, szczerze przyznaję,
dałam skuć sobie stopy ciężkimi butami,
schyliłam głowę i czapką ją przed Tobą nakryłam,
sprezentowałam Ci mą szyję z kokardką szala
i ręce do góry w wełnianych kajdanach,
ALE ZAPRAWDĘ, Wiedźmo Ty Moja,
te gesty poddania
to "fraszka, igraszka, zabawka blaszana"
niewiele znaczą
są niczym
bez ostatniego przyczółku,
bez mego grzbietu,
ostatniego punktu, którego walkowerem nie oddam.

Wiem, że klęska ma przesądzona,
acz opóźnić się ją postaram
(kolczugą - me podkoszulki,
a tarczą - swetrów para:)
i zrobię wszystko,
by nie przyznać Ci racji bytu,
dalibóg!, nie dziś,
nie w października połowie!
Dlatego jeszcze nie,
NIE ZAŁOŻĘ MEJ KURTKI ZIMOWEJ!
:)
HOWGH

poniedziałek, 10 października 2011

O wzajemności w miłości

Anons służbowy na dziś:

"W związku ze zbliżającym się sezonem grzewczym Dział Eksploatacji i Remontów prosi o ustawienie głowic termostatycznych grzejników w pozycji 5 (max)."

Zatem sezon grzewczy się zbliża. To miło.
Rada bym była się dowiedzieć przy okazji, gdzie on już jest? czy dopiero ruszył tyłek? czy też już dobija do celu? I z którego kierunku nadchodzi? i dlaczego tak wolno? i czy aby na pewno dojdzie do grudnia? Zresztą tak samo chciałabym się wywiedzieć, gdzie znajdują się rzeczone głowice termostatyczne? Konia z rzędem temu, kto znajdzie u mnie choćby jedną taką. To kolejna nieobecność, nad którą boleję, gdyż w przeciwieństwie do widmowych głowic, 16 stopni Celsjusza rzuca się (nie tylko w oko ale i) w ramiona każdemu, kto otworzy drzwi do naszego służbowego pokoju. Rzuca się i trzyma. WYJAŚNIJMY TO SOBIE. Nie ma tak, że chłód siedzi na barana tylko temu, kto świeżo wszedł i tylko do momentu wejścia następnego nieszczęśnika. NIE. Zimno tuli do łona wszystkich i każdego z osobna. A już najczulej pieści mnie, trzymając przez 8 godzin (słownie: osiem godzin!) w mocnym miłosnym uścisku. Casanova przy nim to doprawdy blady cień. Szkoda wielka tylko, że w czasie tego maratonu miłości nie ma mowy o przyjemności. Oczywiście z mej strony. Bo jeśli chodzi o chłód, to jego zaborczość i nieustępliwość każe mi nieskromnie przypuszczać, iż jestem dla niego nieskończonym źródłem czystej rozkoszy.

Puenta:
Jak nie będzie lepiej jutro
Przyjdzie mi zapuścić futro
:))))

czwartek, 5 maja 2011

Witaj maj, piękny maj

Dzień dobry jestem maj. Jak zwykle witam cię ozięble w progu pokoju twego służbowego. Nie miałem chleba ni soli, więc, czym chata bogata, 16 stopni celsjusza przyniosłem. Masz i nie marudź więcej.

Dzięki.
Zatem, choć przestrzeni biurowej, jako się rzekło, daleko nawet do ciepłoty wystygłej herbaty, uwijam się jak w ukropie
(i w myślach Pana Maja,
gorliwie w jaja kopię;))))

czwartek, 7 kwietnia 2011

Przezorny zawsze ubezpieczony

choć czasem w pole wyprowadzony

wczoraj prognoza pogody, którą miałam nieszczęście usłyszeć wieszczyła, że będzie
wiatr przechodzący w wichury
i deszcz
i śnieg
i znaczny spadek temperatury.
No to przystroiłam się stosownie do zaanonsowanej mi okazji, zwłaszcza że - jak wczoraj ostrzegł mnie zaprzyjaźniony portier - „Niech pani się przygotuje na kolejny (czyli 4 z rzędu) dzień zimna w biurze, bo tej rury i pompy to oni tak szybko nie naprawią
No to.
jestem
ja i moja bawełna i wełna i sztruks
i otwarte okno, za którym słońce
i otwarte okno, pod którym kaloryfer
oczywiście ciepły


ale nie narzekam
skąd
stwierdzam tylko fakty!!!!!!

piątek, 25 lutego 2011

Pociąg

dziś był krótki i zimny.
Ciekawe, że ta kombinacja do głowy mi nie przyszła.

dobrze, że jutro sobota.

poniedziałek, 21 lutego 2011

Luty

czyli ostatnie zimy minuty

- Zima nie daje za wygraną – oznajmiło mi z rana radosnym głosem radio.
Owszem. Może i nie daje. To znaczy, rzeczywiście nie daje. Bo trudno zaprzeczyć temu, co widzę za oknem. Ale to jej ostanie wierzgnięcie. Ostatni zryw. Ostatni dech. I niemrawe machnięcie otępiałym mieczem. Lada chwila wyzionie ducha nielitościwie przeszyta wydłużającą się ostrą szablą dnia.
U HA HA.
A ja zatańczę na jej grobie
na jej grobie zaśpiewam
bo serca, jak wiadomo,
do zimy ja nie mam.

piątek, 11 lutego 2011

Zima

Od początku stycznia media bardzo się nią opiekują; trzymają ją pod swymi skrzydłami i odkąd biedaczka niedomaga nieustająco i niezmordowanie dodają jej otuchy, że będzie lepiej, że już wkrótce temperatura spadnie, a ona znów w pełni sił, w aureoli śniegu stanie na własnych w lodzie ciosanych nogach.
Samarytanie, psia kość. Naprawdę się starają. Od miesiąca z okładem chodzą wokół dogorywającej zimy na paluszkach i z zatroskanym czołem mydlą jej oczy. Każdego dnia dla jej dobra maskują prawdę i w eterze ich alarmujący ton głosu bezwstydnie minus jeden pakuje w minus dwadzieścia, słaby opad śniegu kamufluje w zacinającą z ukosa śnieżycę, a wiatr nadyma do wichury.

A mnie nie obchodzi stan krytyczny zimy. Najchętniej odłączyłabym kroplówkę z medialnymi zaklęciami, poduszkę do ust przyłożyła i dobiła…o tak. DOBIŁA..
Bo jest dobrze. Takie zimy lubię. Schorowane i mizerne, osłabione gorączką, bez mroźnego tchu i bez szronu na czole.

Prognoza radiowa dziś mojego przyjaciela ptaka nie zagłuszyła. Znów się rozśpiewał, na pohybel zimie!!!
:)

piątek, 10 grudnia 2010

Do zakochania jeden krok

Bo to nie jest tak, że dyszę nieskazitelną nienawiścią do zimy.

Są przecież chwile:), że idę z nią pod rękę, śnieg ślicznie się skrzy, zimne powietrze zachwyca świeżością, płatki z gracją wirują i lekko opadają, ścieląc się miękko przed nami… I wtedy naprawdę łagodnieję i chcę serdecznie uścisnąć jej oziębłą dłoń, a nawet wpaść w jej nieludzkie objęcia i westchnąć w chłodne ucho, że jest niedościgle piękna, ALE niestety do tego zbliżenia nigdy nie dochodzi, bo wtedy zawsze, ALE ZAWSZE!, wpada na nas swoim obmierzłym cielskiem zazdrosna PKP. Przyzwoitka cholerna. I oto każe mi stać godzinami w tłumie i w mrozie, by potem ugnieść mnie (i tłum) w trzech małych wagonikach, by następnie dopełnić moje (i, dalibóg, nie zapominajmy o tłumie!!!) wagony wycieczką szkolną, i na koniec całą drogę nie domykać drzwi (o oknach nie wspomnę!!).
W takich chwilach z odrazą odsuwam się od zimy, ze wstrętem zrzucam jej skrzące się tęczą ramię z ramienia mego, bez pardonu uderzam z łokcia w jej śnieżny wydęty brzuch i tupię, strasznie tupię, że nie lubię, gardzę, i się brzydzę...

Poza tym pragnę donieść, że oto chyba na dobre wróciły czasy zim moich rodziców. Zim, kiedy to ludzie kopali tunele w śniegu, herbatę gotowali ze śniegu i jedli śnieg… Rodzice zawsze opowiadali o tym z pewnym zapałem i wyższością wobec nas – tych którzy takich prawdziwie mroźnych i śnieżnych czasów nie przeżyli. Teraz jednak jakoś nie widzę w nich szalonej euforii z racji powrotu tego, co uznali za bezpowrotnie stracone…
Dziwne.
Zwłaszcza, że do kopania śniegowych wąwozów doprawdy nam już niedaleko:)))

środa, 8 grudnia 2010

Sam na sam z denatem

Działa w ukryciu. Rzetelna, dyskretna i subtelna. Jest zawsze obecna, choć najczęściej niewidoczna dla oka. Pracuje skrupulatnie i bez rozgłosu. Kobieta pełna ciepła i (nawet zaryzykuję i napiszę, że:) miła w dotyku. Współpracownicy rzadko zwracają na nią uwagę. Zamiast. Za to. Gruntownie zapominają o. I dzień w dzień przechodzą nad nią, pod nią, obok niej obojętnie i do porządku dziennego. Uznają, że powinna działać, że to naturalne, że przecież jest nie do zdarcia, i że zawsze. I nikt się nie pochyli, nie zapyta, czy jej może czegoś nie potrzeba. Nikt dżentelmeńsko nie poda ciepłego płaszcza (z polietylenu) lub gustownej mufki (trójnikowej bądź łączącej). Wszyscy tylko zachłannie ściągają z patery owoce jej pracy, ją samą mając po prostu w nosie…DO CZASU.

Empatycznie odnajduję się w tej historii. W Twojej historii o RURO CIEPŁOWNICZA!!!! Naprawdę Cię rozumiem. Jestem z Tobą całym sercem. Wiem. Przychodzi czas, że nie jesteś w stanie utrzymać w sobie wszystkich tych służbowych smutków i żali. A wówczas się pęka, pyk, a nawet nawala na całej linii… A wtedy. O alleluja! I o ironio!!! Twoja dotychczasowa praca zostaje zauważona i doceniona.
:)
Co jest gorsze od dojazdu nie ogrzewanym wagonem pociągowym?
Otóż wylądowanie po takiej podróży w biurze z kaloryferem nieboszczykiem.

Dziękuje za uwagę.

poniedziałek, 6 grudnia 2010

Gru, Gru, Gru

Czyli gruchanie o grudniu:)

O śniegu już wiemy. Choć cichy (temu zaprzeczyć jednak nie można!!!), to jednak narobił sporo hałasu.
A skoro już śnieg, to zaraz przyczłapią się święta. Och! W przeciwieństwie do śniegu nie mają w planach nas zaskoczyć. Możemy być spokojni. Wyczekiwanie mroźną nocą pod progiem domu, tylko po to, by rankiem wywrzeszczeć w naszą zaspaną twarz SURPRISE – to nie w ich stylu. One nadchodzą z pełną pompą. Żadnego się certolenia. Żadnych milczących paluszków. One nadchodzą w kozakach na wysokich obcasach podkutych stepowniczymi blachami. Gromki zapach piernika i pomarańczy. Donośny klakson dzwoneczków. Heroldzi drący się z całego serca głosem Sinatry i Georga Michaela. Ogłuszająco błyszczące światełka i do rozpuku pachnące świerki. To wszystko już od listopada przygotowuje nas do nieuniknionego świętowania bożonarodzeniowego. Ale czy naprawdę znowu trzeba nam przez to przejść? Wydaje mi się, że najwyższy czas choć raz się przygotować. W końcu po coś te zwiastuny są. Choć raz tego nie zmarnujmy...
...i zawczasu zagrzebmy się gdzieś na spokojnym końcu świata. Bo musi być przecież jakiś koniec, jakiś mały nieodświętny skraj, zgrzebny punkcik na mapie świata tego, gdzie Kevin do drzwi nam nie zastuka. U kaduka!
:)))

Mikołajki :)

sobota, 4 grudnia 2010

Drugi śnieg

Na dokładkę. Dostało mi się. I musiałam przełknąć tę gorzką repetę.

To jest tak, gdyby ktoś chciał wiedzieć, że się nic nie wie. Siedzisz i patrzysz w przesadnie polukrowany horyzont. I od samego patrzenia w lepką biel robi się mdło. I niedobrze. Bolą zęby. I wiadomo, że tego się od tak nie przegryzie, że zrobią się czarne dziury, że będzie bolało.
I bolało. Siedem godzin w pociągu. Torturą był mróz, owszem. Rwały nasze serca i nerwy wizje zbyt późno podjętych obowiązków służbowych. Męczyły możliwości wykorzystania czasu duszącego się razem z nami w wagonie. Najgłębsze jednak razy zadawała niewiedza, gdyż i bo niezawodna PKP, jak zwykle w kryzysowej sytuacji, poskąpiła pasażerom konkretnej, pożywnej i regeneracyjnej informacji...