Pokazywanie postów oznaczonych etykietą śnieg. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą śnieg. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 19 lutego 2013

Rozbieżności


- chcę mieć wielkiego ptaka – powiedział do złotej rybki pewien pan
i dostał nielichego strusia.

I oto spadł śnieg
I dzisiejszy dzień dość ostro kontrastuje z wczoraj
JEDNAKOWOŻ
kiedy wczoraj pisałam, że zbrzydły mi szarości, nie do końca takiej zmiany krajobrazu oczekiwałam.
Zdumione też były autobusy miejskie, które postanowiły nie burzyć białego landszaftu swoimi zielonymi grzbietami i kontemplować aurę w zaciszu swych garaży.
W związku z czym moje stopy, które o świcie zaszczyciły śladami ten świat, na przystanku gorzko żałowały swej łaskawości. 

A teraz
Finalny rozdźwięk:  
Ktoś wygrał 29 milionów.
A ja nie.
:)))

wtorek, 22 stycznia 2013

Dane


827 km ulic mają do odśnieżenia poznańscy drogowcy

Gepard potrafi osiągać prędkość do100 km/h.  Choć na zasnutej śniegiem drodze, pełnej zasp, bez żadnej przynęty  i do tego z sipą w łapach nie pyszniłby się takimi wynikami.

Poznańskim drogowcom daleko do geparda.
Tak na oko dzieli ich 14 tys. km.

Byłoby genialnie, gdyby ktoś nagle odkrył (niczym astronom planetę) takiego dajmy na to: Żarłacza Zimowego - pogodne bydlątko żywiące się śniegiem. Nie dość, że niedrogim utrzymaniem przebiłoby ono kozę, to korzyści płynące z hodowli tego zwierza byłyby nie do oszacowania.

Każdej zimy poznańscy drogowcy, niczym juhasi, wypasaliby stadka żarłaczów na ulicach miasta. 

Z pozytywnych liczb, to mam dla Was
48
o 48 minut jest już dłuższy dzień.

Ponoć ten, kto jest w stanie skupić na czymś swoją uwagę przez 48 minut
- dostąpi oświecenia.
Tak rzekł Mistrz Dżainów Mahawira
Skoro był Mistrzem - WIEDZIAŁ.
Więc nie traćcie dnia!
Połączcie przyjemne z pożytecznym
I skupcie się na odśnieżaniu.

poniedziałek, 17 grudnia 2012

W poszukiwaniu nastroju


w sobotę wpadłam na Stary Rynek. 
Niestety, wbrew zachęcającym radiowym zapowiedziom, okazał się on być idealnym zaprzeczeniem tętniącego życiem jarmarku. W siąpiącym deszczu i w zewsząd sączącej się świątecznej pieśni - konały rzeźby lodowe, a garstka zmokłych straganów wydawała ostatnie tchnienie.
Niewesoły był to obrazek. Wręcz przygniatający dla kogoś, kto poleciał tam celem pobudzenia w sobie świątecznego ducha. 
Jeśli była tam wcześniej jakakolwiek bożonarodzeniowa atmosfera to, dalibóg!, roztopiła się wraz ze śniegiem na długo przed moim przyjściem.

A ja teraz przez tę przykrą, pełną trupa, historię nie tylko nadal nie czuję bluesa, ale i wytraciłam cały swój mizerny impet.
Właściwie to nawet sporo się cofnęłam
w klimaty początku listopada…

teraz wydaje mi się, że na planowanie prezentów mam jeszcze prawie dwa miesiące czasu.

poniedziałek, 2 stycznia 2012

Będzie długo. Będę truć.

Tak. Owszem. To przeciągające się zimowe ciepło jest nieco zadziwiające.
Nie tak dawno zresztą, bo DZIŚ (gdy, po tygodniu kamiennej obecności w domu, obowiązki służbowe wyciągnęły mnie na świeże powietrze) poranna temperatura zaskoczyła mnie, że ojej. Ojej! Jak ciepło!

Tak. I owszem. To ciepło może zastanawiać. Hm. JEDNAKOWOŻ wysoki, jak na te miesiące, słupek rtęci nie spędza mi snu z powiek. Zaprząta wprawdzie głowę codziennie, ale tylko chwilę niezbędną do wymyślenia kreacji adekwatnej do panującej aury.

Tak. Jest styczeń, a mimo to wciąż jest ciepło. Rozumiem. Można sobie czasem podumać nad tą obserwacją, ale, dalibóg, irytuje mnie NIEMOŻEBNIE całodobowe roztrząsanie tego tematu w mediach, i nie tylko. Czy już naprawdę nie można podać prognozy pogody treściwie i konkretnie? Będzie tak, siak i owak. Do widzenia. Bez kwękania o aberracjach, anomaliach i wynaturzeniach, a zwłaszcza bez regularnego skomlenia o mróz i śnieg. Te ostatnie jęki uderzają w najczulszą strunę mego nerwu. A najgorsze jest to, że niełatwo przed tym umknąć. Bo jeśli nie pan synoptyk, to pan dziennikarz, jeśli nie pan dziennikarz, to sąsiadka, jeśli nie sąsiadka, to kolega z pracy, jeśli nie kolega z pracy, to siedzący obok podróżny…

Wszystkich dręczy okrutna tęsknica za prawdziwą zimą, taką z krwi (ściętej mrozem) i kości (z lodu).

Tymczasem dla mnie to, co za oknem, jest inne, ale zdecydowanie lepsze. Każdy kolejny ciepły dzień daje mi w prezencie w-miarę-sprawną komunikację, która w tym pięknym kraju jest darem nie do przecenienia. Dlatego jestem wdzięczna tegorocznej zimie za egzotyczne oblicze i raduje mnie wielce jej ekstrawagancja. I uważam, TERAZ BĘDZIE APEL, że jeśli kogoś naprawdę uwiera i do krwi rani ta poczciwa pogoda, to niech jedzie odwiedzić śnieg w miejscu jego zamieszkania, miast wysyłać doń rozliczne błagania i zaproszenia. Bo za chwilę on rzeczywiście zdecyduje się łaskawie zstąpić do nas z wizytą. A przecież znamy go nie od dziś i wiemy, że jak już się zwali tu ze swymi tobołami, to gościć się będzie bez umiaru, jak to ma w swym niegrzecznym zwyczaju… Tak. A wtedy to ja zacznę dokuczliwie marudzić i biadolić:)))). Tak. Wiem.

Na razie jednak, zaprawdę powiadam Wam, to Wy się miarkujcie i przestańcie w końcu miauczeć o ten parszywy opad.
Nie bądźcie dziećmi:)
Teraz jest mój czas i mi go nie psujcie.
A jak w końcu spadnie Wasz ukochany,
to obiecuję:
postaram się hamować z inwektywami.

środa, 21 grudnia 2011

Puch

Drogowcy nadal czekają na doroczną niespodziankę. Jak donosi ich rzecznik prasowy są zaistniałą sytuacją nieco zmieszani, ale jeszcze nie zawiedzeni. Wciąż wierzą. Może w tym roku zaspy i ślizgawice wyskoczą dopiero spod ubranej choinki…? – przemyśliwują. Tak czy inaczej. Są gotowi w każdej chwili okazać im godziwe zaskoczenie - zapewnia gromko ich przedstawiciel.
A i nogi są markotne. Tej zimy nie poczuły jeszcze ni grama adrenaliny. Na ulicach i chodnikach sucho, pusto, żadnych przeszkód i utrudnień. Nie licząc robót drogowych. Można się załamać, acz wciąż nie złamać – chlipią girki i z zazdrością popatrują na opłatek, który (może i trochę się zeszmacił, ale za to) jest w centrum zainteresowania i łamie się bez końca i wszędzie już od dobrego tygodnia.
Szufle w kącie cierpliwie znoszą przedłużające się bezrobocie, podczas, gdy ich właściciele chodzą od okna do okna, dręczeni pragnieniem wykonania pożytecznej pracy fizycznej na świeżym powietrzu.
A krzyk nienarodzonych bałwanów? Tak!!!, podnieśmy ten delikatny temat!, ten niemy krzyk porusza niejedno sumienie…

Nie będzie białych świąt załkał przed chwilą na antenie radia pewien synoptyk.

Naprawdę kogoś martwi bezśnieżny krajobraz?
Bo mnie na razie przygnębia fakt, że ten tak niewinnie wyglądający o poranku opad, trochę się rozbestwił.

środa, 9 lutego 2011

szus szus

Ostatnio wszyscy jeżdżą na narty. Systematycznie spotykam kogoś, kto właśnie jedzie, kto zaraz pojedzie, lub kto właśnie wrócił z.
Ale grzbiety gór nie drżą w przeczuciu tego zmasowanego ataku. One tylko nadziwić się nie mogą, że jest w ludziach aż takie zapotrzebowanie na
się staczanie.

piątek, 10 grudnia 2010

Do zakochania jeden krok

Bo to nie jest tak, że dyszę nieskazitelną nienawiścią do zimy.

Są przecież chwile:), że idę z nią pod rękę, śnieg ślicznie się skrzy, zimne powietrze zachwyca świeżością, płatki z gracją wirują i lekko opadają, ścieląc się miękko przed nami… I wtedy naprawdę łagodnieję i chcę serdecznie uścisnąć jej oziębłą dłoń, a nawet wpaść w jej nieludzkie objęcia i westchnąć w chłodne ucho, że jest niedościgle piękna, ALE niestety do tego zbliżenia nigdy nie dochodzi, bo wtedy zawsze, ALE ZAWSZE!, wpada na nas swoim obmierzłym cielskiem zazdrosna PKP. Przyzwoitka cholerna. I oto każe mi stać godzinami w tłumie i w mrozie, by potem ugnieść mnie (i tłum) w trzech małych wagonikach, by następnie dopełnić moje (i, dalibóg, nie zapominajmy o tłumie!!!) wagony wycieczką szkolną, i na koniec całą drogę nie domykać drzwi (o oknach nie wspomnę!!).
W takich chwilach z odrazą odsuwam się od zimy, ze wstrętem zrzucam jej skrzące się tęczą ramię z ramienia mego, bez pardonu uderzam z łokcia w jej śnieżny wydęty brzuch i tupię, strasznie tupię, że nie lubię, gardzę, i się brzydzę...

Poza tym pragnę donieść, że oto chyba na dobre wróciły czasy zim moich rodziców. Zim, kiedy to ludzie kopali tunele w śniegu, herbatę gotowali ze śniegu i jedli śnieg… Rodzice zawsze opowiadali o tym z pewnym zapałem i wyższością wobec nas – tych którzy takich prawdziwie mroźnych i śnieżnych czasów nie przeżyli. Teraz jednak jakoś nie widzę w nich szalonej euforii z racji powrotu tego, co uznali za bezpowrotnie stracone…
Dziwne.
Zwłaszcza, że do kopania śniegowych wąwozów doprawdy nam już niedaleko:)))

poniedziałek, 6 grudnia 2010

Gru, Gru, Gru

Czyli gruchanie o grudniu:)

O śniegu już wiemy. Choć cichy (temu zaprzeczyć jednak nie można!!!), to jednak narobił sporo hałasu.
A skoro już śnieg, to zaraz przyczłapią się święta. Och! W przeciwieństwie do śniegu nie mają w planach nas zaskoczyć. Możemy być spokojni. Wyczekiwanie mroźną nocą pod progiem domu, tylko po to, by rankiem wywrzeszczeć w naszą zaspaną twarz SURPRISE – to nie w ich stylu. One nadchodzą z pełną pompą. Żadnego się certolenia. Żadnych milczących paluszków. One nadchodzą w kozakach na wysokich obcasach podkutych stepowniczymi blachami. Gromki zapach piernika i pomarańczy. Donośny klakson dzwoneczków. Heroldzi drący się z całego serca głosem Sinatry i Georga Michaela. Ogłuszająco błyszczące światełka i do rozpuku pachnące świerki. To wszystko już od listopada przygotowuje nas do nieuniknionego świętowania bożonarodzeniowego. Ale czy naprawdę znowu trzeba nam przez to przejść? Wydaje mi się, że najwyższy czas choć raz się przygotować. W końcu po coś te zwiastuny są. Choć raz tego nie zmarnujmy...
...i zawczasu zagrzebmy się gdzieś na spokojnym końcu świata. Bo musi być przecież jakiś koniec, jakiś mały nieodświętny skraj, zgrzebny punkcik na mapie świata tego, gdzie Kevin do drzwi nam nie zastuka. U kaduka!
:)))

Mikołajki :)

poniedziałek, 29 listopada 2010

Pierwszy śnieg

Pada sobie. Powolutku i spokojnie. Rzec można: nieśmiało i cichaczem, w przeciwieństwie do deszczu, nie anonsując się dudnieniem w parapety. Jednakowoż, choć wstydliwy i lękliwy nieco, nie daje się nie zauważyć i bardzo wadzi drogowcom i kierowcom. Mi czasem też, choć nie należę ani do pierwszych, ani drugich.
Ale dziś się cieszę. Patrzę jak śnieży i się cieszę.
Cieszę się, że żyję, bo według weekendowych, nadgorliwie nadawanych zewsząd prognoz myślałam, że oto dziś nastąpi koniec świata, że obudzimy się w poniedziałek w jednej wspólnej trumnie, której wiekiem (i zarazem gwoździem do) będzie gruba pokrywa śnieżna; i że zginiemy, zastygając sobie w mrozie solidarnie z płucami pełnymi dwutlenku węgla i z zakrwawionym od drapania lodu palcami…


Naprawdę warto - zanim następnym razem uwierzycie w to, co Wam poda na przystawkę radio - przypomnieć sobie, co mawiał Jan Roztropek spod Gostynia, kiedy to zasiadał do postnego obiadu: „niebo sieje śnieg - media panikę – a ja najbardziej lubię z ziemniakami gzikę.” Zaprawdę powiadam: prosty to, acz mądry człek był;))))