środa, 9 marca 2016

Efekty dźwiękowe poranka kipiącego śniegową pluchą


Dziś rano
Na wiejskiej ścieżce
W ciemności, która mnie wytrwale na dworzec odprowadza,
Swoją stopą - dobrze uzbrojoną w ciężki but zimowy
Rozgniotłam liczebne drużyny, szwadrony, całe legiony!
Dobrze wykarmionych, spasionych ślimaków

Bez skorupek.



piątek, 4 marca 2016

„Wędrowali szewcy przez zielony las. Nie mieli pieniędzy, ale mieli czas”


Kupiliśmy je! Piękne zgrabne siedziska, montowane do ściany, składane jak w starym kinie, idealne na nasz wąski służbowy korytarz, na którym, co chwilę!, ktoś leży wycieńczony staniem. Młodzi ludzie dziś szybko się męczą. Zapytacie, albo i nie, dlaczego w takim razie nie siedzą. Oczywiście i owszem mogliby, gdyby tylko ci, którzy czekali tu przed nimi, nie wykorzystali naszej szczerej gościnności (i lekkomyślności) i nie podprowadzili nam, już to w akcie zemsty za nie załatwione sprawy, już to z powodu niepohamowanej i nie leczonej kleptomanii, stojących tu pierwotnie luzem, ku ich wygodzie!, krzeseł.
Ciągłe potykanie się i lawirowanie pośród polegujących wszędzie klientów – wykańczało nas. A ponieważ kopanie ścielących podłogę nóg nie przynosiło efektów, a drzwi do łazienki wciąż były blokowane stopami wystającymi z gir, wystającymi dalej z korpusów opartych o ścianę naprzeciwko - zdecydowaliśmy się (ratując pęcherze przed pęknięciem, a kończyny przed złamaniem)  zrealizować zamówienie wyżej wspomniane i oczyścić ścieżki prowadzące do punktów strategicznych: do toalety, do automatu z wafelkiem i kawą i do windy.
Zatem siedziska. Przytwierdzone, nie do ruszenia!, a jednocześnie oszczędzające przestrzeń i otwierające ją maksymalnie w chwilach absencji petentów.

Dostawa została zrealizowana na początku stycznia. Wtedy w całą operację wtajemniczony i zaangażowany został dział gospodarczy, który miał podjąć się mocowania. Dział gospodarczy to najsłabsze ogniwo w naszej fabryce. Niemrawe, ociężałe i bardzo zawodne. Ale zaryzykowaliśmy, z braku laku i wiertła. Panowie przybyli już w lutym i, jako wybitni fachowcy, na pierwszy rzut oka ocenili swą robotę jako trudne i ryzykowne zadanie. Musnęli pieszczotliwie korytarz stosownym narzędziem dziurawiącym i już wiedzieli, że ściany i śruby ze sobą nie współgrają.  Aby dowieść nam swych racji dwie godziny wkręcali i przeklinali jedno krzesło, które koniec końców zawisło, ale tylko dla przykładu i zilustrowania popularnych zwrotów: wisieć na ostatnim włosku i na słowo honoru.
Koniecznym okazał się zakup nowych śrub, które umożliwią solidny montaż mebli do lichych ścian. Bez tego ani rusz! Po krótkiej chwili przerzucania się zadaniem służbowego shoppingu - wygraliśmy, wrzucając to zlecenie w kozi róg boiska drużyny gości, nie dając im możliwości rewanżu. Żałować zaczęliśmy już na dzień następny. Po którym przyszły dni kolejne, które dalej złożyły się na cały tydzień.

Po tygodniu krzesło tkwiące samotnie w ścianie długiego korytarza zostało obśmiane już przez wszystkich, nawet tych, którzy nie mieli do nas żadnego interesu, ale specjalnie zjawiali się, by posmakować krótkiej zuchwałej nasiadówy i okrutnej, niesprawiedliwej kpiny. Codziennie teatralne szepty snuły przypuszczenia o skromnym, by nie rzec fatalnym stanie naszego portfela. Co dzień czekał na nas stek szyderstw polany sosem fałszywej troski, bo czy aby na pewno to jedno krzesło nie za bardzo nadwątliło naszych finansów i czy nie wyprowadzi nas z torbami na skraj przepaści finansowej? Po co było się tak szarpać? Czy naprawdę klient wart jest aż takich nakładów?
- bo u nas się nie czeka! my załatwiamy sprawy od ręki! - próbowało się czasem odparować draniom, ale cienka to była linia obrony. Przerywało ją już lekkie uchylenie drzwi na korytarz, na którym roiło się od kontrargumentów wciąż pracowicie szorujących tyłkami posadzkę.

A miało być tak pięknie!

Postanowiliśmy zintensyfikować poszukiwania za panami i za śrubami. Na tym pościgu minął nam kolejny - pełen słabych złośliwości  i niewczesnych  żartów - tydzień. Ale oto teraz w końcu nas odwiedzili. Wpadli ze śrubami i po dwóch dniach niewiarygodnego jazgotu, siedziska przyozdobiły ściany korytarza. I, jak się zdaje, na zaszczytnej funkcji dekoracyjnej zakończy się ich rola, gdyż i bo, jak oznajmia dział gospodarczy:
- … ja od razu pragnę oświadczyć, że jak te krzesła spadną, TO NIE BĘDZIE NASZA WINA.
- jak to spadną?
- no. Tak to. Mogą spaść. Jak jeden klient usiądzie drugiemu na kolanach. Wszystko się może zdarzyć.
- acha…
- ALE WTEDY…
-….  T a a a k?
- od razu ZERWIE SIĘ CAŁA ŚCIANA.
-....
- ale tak jak mówię,  to JUZ NIE BEDZIE NASZA WINA.

środa, 24 lutego 2016

O zmianie płci

Rzecz zaczęła się dla mnie w chwili, gdy K. wpadła znienacka, entuzjastycznie polecając mi pewien film:
- musisz go obejrzeć! FAN TA STY CZNY! Bardzo dobry.
- jaki tytuł?
- "Owce”! byłam na nim. F. mnie zaprosił. 

Wyrwała się, choć cały weekend zajęta była pogonią za pewnymi papierami - ważnymi i niezbędnymi do sfinalizowania sprzedaży samochodu. Poszukiwania były ciężkie i objęły niewąski teren salonu, sypialni, skrytek i szafek kuchennych, wnętrza najmniejszych szczelin, samochodu, piwnicy i garażu. Obszar tropienia rozszerzyłby się zapewne też o zapajęczony strych, ogród, pole i oborę, gdyby tylko K. w granicach swych włości takimi gospodarskimi obiektami dysponowała. Ale i tak obwąchanie skromnego metrażu pochłonęło w mig jej dwa wolne dni, a na domiar złego zakończyło się kompletnym fiaskiem. Dlatego też, obok czasu, K. zabrakło i sił, i ochoty na to, by zadbać o image przed wieczornym wyjściem.  A nie chcąc już męczyć wzroku, wycieńczonego wielogodzinnym intensywnym wypatrywaniem dokumentów, nie rzuciła ni jednym okiem w lustro i na spotkanie z F. poszła tak, jak stała. Ogarnięta wstrętem do złośliwych rzeczy martwych, twarz udekorowała kwaśną miną, wieńcząc ją artystycznym nieładem, nie pierwszej świeżości, włosów. Całość zaś dopełniła gustownym dresem, noszącym ślady niedawnego i nieudanego pościgu za zgubą. 

- … w ogóle nie wiedziałam, że są walentynki! zresztą, daj spokój!,  i tak nie miałam do tego głowy.

Pod kinem w zdumienie wprawiła ją absencja F. Konsternacja trwała krótko, gdyż K. obce są niskie uczucia urażonej dumy kobiecej, a jako, że nie była świadoma swej wątpliwej atrakcyjności, która usprawiedliwiłaby czmychnięcie na jej widok każdego, nawet najlepszego i niedowidzącego znajomego - wykonała szybki telefon. Błogosławione łącza pozwoliły bohaterom naszego walentynkowego dramatu ostatecznie rozpoznać współrzędne geograficzne aktualnie przezeń zajmowanych pozycji na mapie kulturalnego Poznania; i kategorycznie ustalić, że na miejsce spotkania wyznaczony został próg kina Apollo, a nie podwoje Rialto, którego hol uświetniała właśnie swą obecnością K., ostrym konturem odcinając się z tła eleganckich par.

Ale, jako że mowa o walentynkach, oto powoli zbliżamy się do happy endu. Koniec końców, spotkali się! K. w ostatniej chwili przed seansem trafia pod dobry adres, ukazując się F. w całej swej wymiętej okazałości, gwałtownie pozbawiając go wszelkich przyjemnych doznań estetycznych, których biedak (artysta  - dodajmy, by w pełni zilustrować ogrom jego rozczarowania) mógł się po tym wieczorze ewentualnie spodziewać. Od tamtej chwili jego głód harmonii i piękna mógł zaspokoić tylko wybrany film. Prawdę mówiąc, już zapadająca ciemność w sali kinowej w swej łaskawości przyniosła mu pierwsze uczucie ulgi, okrywając szczelnie, siedzącą obok, niedorobioną postać Dulcynei.

Oczywiście dres na walentynkowym spotkaniu, to nie koniec świata, nie bądźmy małostkowi, zwłaszcza, że:

- film był świetny! Naprawdę musisz iść! „Owce” pamiętaj!

Epilog:
Po uczcie duchowej udano się na kolację. W knajpie nasza flama, studiując czystą biel karty menu, uświadomiła sobie, że zapomniała okularów do czytania. Nie widząc ni literki, oddała się pod opiekę przygodnemu kelnerowi, w pełni zawierzając jego kulinarnym gustom i poleceniom.
Jako, że ja tyle zaufania nie mam nawet, a może i zwłaszcza!, do samej K. przed podjęciem decyzji udania się na seans zajrzałam do Internetu, gdzie po krótkiej kwerendzie: kinowe owce okazały się być baranami.

"Barany. Opowieść islandzka" - Polecamy.

czwartek, 4 lutego 2016

Czarodziejka

Polska kolej jest fantastyczna
Jest zdolna, kreatywna
i gest ma szeroki

Nie trzeba jej nic.
Salomon? Dyletant i prostak!
Ona z łatwością z próżnego leje
I to szczodrze
Trunek gratis
kielich goryczy dla każdego pasażera! Serwowany do porannej podróży.   
Polska kolej ma dość defektów, by, bez dodatkowych składników, uwarzyć wyborne wprost spóźnienie.
Inni czekają na odpowiednią sytuację, korzystne okoliczności przyrody, bez których nie podołają temu zadaniu. Muszą mieć mgłę, lód na drodze, śnieg z deszczem, gradobicie… słowem: GRYMASZĄ, tymczasem dla niej to nie są komponenty niezbędne do poślizgu. Ona spowalnia niezależnie od warunków pogodowych. I nawet przy 10 stopniach na plusie, kiedy w atmosferze NIC nie wisi, gdy powietrze przejrzyste, a podłoże suche - serwuje podróżnym wyśmienite opóźnienia.
Nie przeszkadza jej nawet wiatr w plecy dmący.
 
Od miesiąca udowadnia swe mistrzostwo, uzyskując dobre wyniki.
Codziennie wyczarowuje pasażerom dodatkowe 10 – 15 minut, które mogą spędzić w pociągu, zamiast tkwić zbyt wcześnie w pracy (dłuższy pobyt w wagonie wliczony w cenę biletu!). I każdego dnia, dzięki niej, mogą wkraczać do biura, zakładu, fabryki z pompą  (spektakularny efekt wejścia, a jakże! – w bonusie, bez dodatkowych opłat).

A dziś otrzymałam dowód koronny jej talentu.
zgodnie z szumną zapowiedzią konferansjera
Pociąg wjechał na scenę
z półgodzinnym opóźnieniem.   
Pół godziny! taka oto sztuczka z rana!
Prawie żem padła z wrażenia na kolana!
i już naprawdę nie mam żadnych wątpliwości.
Co do polskiej kolei (nie)sławnych zdolności .
Wychylam kielich kolejne znów rano
I miast DOŚĆ, krzyczę wciąż  MAŁO i MAŁO!!!!

Co dowodzi, żem już w trupa zalano:/

piątek, 29 stycznia 2016

njus sponsorowany


na tę informację czekałam. 
pewnym było, że ją podadzą. Za dzień, za dwa... ALE OTO JUŻ!
Właśnie puszczono w eter, że przez Polskę przetoczy się fala zachorowań na grypę. 
Fala wysoka i silna; żywioł, który zmiecie sporą garść ludności polskiej. A może i nawet jej garści dwie.
git. Jest fala, jest news i ton wygrzebany z tego samego magazynu, gdzie na użycie oczekują ponure brzmienia o śnieżycach, trzęsieniu ziemi, ataku roju pszczół, pladze motyli, epidemii płaskostopia, kwaśnych deszczach, ofensywie drapieżnych wiewiórek i szturmie dzikich krów.  
Ponieważ wszystkie te malownicze atrakcje ostatnio omijają nasz kraj, reporterzy nie mają materiału do ćwiczeń tonu ostrzegawczego; do pielęgnowania tego drżącego dźwięku pełnego troski i niepokoju, przeplatanego złowrogą barwą, stawiającą na nogi każdego słuchacza i trwożącą serce jego. Te srogie głosy na alarm bijące -  butwieją w archiwum radiowym; Ażeby nie uległy doszczętnemu zniszczeniu i marnacji, czasem trzeba ich użyć. Odświeżyć, przewietrzyć, orzeźwić. Każdy rasowy reporter winien kilka razy w roku, dla wprawy, poczuć w krtani ten apokaliptyczny ton, a choćby i nadając o grypie. Każdy kraj ma swoje klęski żywiołowe. W oczekiwaniu na spektakularną makabrę, która pozwoli się dziennikarsko wyżyć, trzeba rzeźbić w dostępnym tworzywie.
Übung macht den MeisterPowiedzmy, że to jeszcze rozumiem (uczyło się tych języków:), ale te barany w ekstazie ćwiczebnej relacji idą za daleko.
Gorąco zachęcamy do szczepień - mówi bowiem radio - ludzie, którzy się nie szczepią, stanowią zagrożenie dla tych najbardziej podatnych na chorobę

Acha, acha…
zamiast dopingować ludzi do podtrzymywania tlących się w nich jeszcze mechanizmów obronnych, zachęca się i namawia do ich gaszenia. Gdy tymczasem główne źródło grypy bije spokojnym, równym rytmem, ot!, w ludzkiej głupocie, czy ładniej: ignorancji (ale wcale nie szczepionek).

Skończył się mróz. Ludzie - osłabieni, zmęczeni zimą i życiem w ciemnościach, ze swoim brakiem wyczucia w kwestii stroju, i ze skrupulatną nieumiejętnością zadbania o swoje zdrowie, z głębokim poważaniem profilaktyki i bezgranicznym zaufaniem do antybiotyków -  łapią infekcje sprawnie, niczym zniecierpliwione panny bukiety na ślubach koleżanek. A potem, trzymając już w ręku dorodny stan zapalny, spacerują z nim dumnie w tłumie, jak dziecko z balonem na festynie, i upuszczając zeń powietrze powoli, a skutecznie, infekują innych. 
O to, to TO.

Szczepionka tu. Szczepionka tam. Na to i owo.
Spodziewam się, że ostatni człowiek zejdzie z tego świata z powodu zwykłego kataru. Zabije go własne kichnięcie. Nieszczęśnik wystraszy się go i padnie na zawał.
Pysznie dodałbym jeszcze: wspomnicie moje słowa, ale przecie nie będzie komu ich wspominać.
Żal i smutek.


wtorek, 26 stycznia 2016

O pomyślunku

Rzecz byłaby dla mnie zrozumiała, jasna i klarowna, gdyby ten list znaleziono w butelce na rozmiękłym brzegu Warty. Anonimowy papier z intrygującą i zapewne alarmującą treścią, wetknięty w szkło. Nie czepiałabym się też, gdyby list trafił na biurko prosto z dzioba przygodnego gołębia pocztowego, albo gdyby opadł nań przyniesiony wiatrem. Taki smutny niczyi liść. Przypadkowy, nie podpisany, a szalenie frapujący. Albo, gdyby to był gryps skreślony tajemniczą ręką, pozbawioną odcisków palców, której właściciela naprawdę trudno namierzyć...
W powyższych sytuacjach jakiś zaciekawiony mimowolny znalazca przesyłek mógłby, mógłby!, się skusić i wszcząć żmudne poszukiwania ich prawdziwego adresata poprzez alarmowanie najbliższej okolicy i stawianie na nogi okolicznych ludzi.   

Ale (po tym przydługim wstępie) rzecz będzie o mailu. Zwykłym, pospolitym mailu. I o tym, że coraz trudniej na służbowych salonach spotkać zwykły, zdrowy rozsądek; czy inaczej tzw. chłopski rozum.

Otóż pewna pani dostaje maila od innej pani, której nie zna i pojęcia nie ma o sprawie, z którą zwraca się do niej owa nieznajoma, która notabene zaznacza w mailu, że nie jest pewna, czy pod dobry adres trafiła. 

Zatem, już bez złożoności: pewna pani ma w skrzynce maila, który ewidentnie NIE JEST do niej; mało tego: po wnikliwym przestudiowaniu treści listu ona nadal nie wie, ani przypuszcza: kogo z otaczających ją ludzi ta korespondencja mogłaby dotyczyć?
Nie stać jej na zimny odruch. Na nieczułe wyrzucenie cudzej korespondencji do kosza i w niepamięć, więc w głowie kiełkuje altruistyczna myśl, że mogłaby ocalić ten list. Wyprowadzić go z bezdroży. Nakarmić, napoić i podać do właściwych rąk.

Cel ten, tak szczytny, przyświeca jej tak bardzo, że biedaczka oślepiona jego blaskiem szerokim łukiem zbacza z drogi doń prowadzącej i nie odpisuje tajemniczemu nadawcy, że się jednak pomylił, bo się nie znają, aczkolwiek zapewne poznanie się byłoby miłe, niosące zaszczyt, honor, a nawet i inne dobrodziejstwa. Jednakowoż na razie, jako przygodnie napotkana w internecie osoba, ośmiela się zasugerować, że być może faktycznie zaszła drobna pomyłka. Być może pomylono działy, być może pracowników, a może w ogóle trafiono kulą w płot, czyli nie w tę instytucję…  niestety! MIAST tego, jakże trafnego!, choć nieco przydługiego odzewu - kontynuowany jest spacer ścieżką koślawą i podejrzanie się wijącą; mianowicie nasza omyłkowa adresatka bezmyślnie rozprowadza zagadkowy list po innych komórkach firmy z gorączkowym zapytaniem:

CZY KTOŚ Z WAS COŚ NA TEN TEMAT WIE?! PROSZĘ O ODPOWIEDŹ! 

Dostaję to zapytanie z poleceniem rozesłania do dalszych jednostek i pracowników. Bo być może ktoś jednak coś wie, coś komuś o uszy się obiło, albo w którymś z kościołów mu dzwoniło.

I tak oto mail, jakiejś nieznanej pani, przetacza się wartko po wszystkich służbowych skrzynkach i okolicznych parafiach. Tak oto szasta się cudzym przekazem, zaśmieca pracowniczą pocztę i angażuje kilkadziesiąt osób w sprawę, którą rozwiązałoby jedno pytanie do jednej osoby. Do nadawcy.

Dlaczego ten uczciwy pomysł, oszczędzający i słowa i czas, tak rzadko przychodzi do głowy pierwszemu błędnemu adresatowi? Czy koncept ten jest zbyt banalny, a przez to nie godzien uwagi?

Jedna z moich pierwszych szefowych zawsze, gdy był problem do rozwiązania, mówiła: „Weźmy to na logikę!”
I myśmy brali.
Dlaczego teraz nie biorą?

Czy ktoś z Was coś o tym wie? PROSZĘ O ODPOWIEDŹ! :) 

niedziela, 24 stycznia 2016

o agnostyku

Polityka nigdy nie była niewinna (a ja na tyle naiwna, by tak sądzić). Ale też i nigdy tak bardzo mnie nie zajmowała i nie drażniła. Obrażeniom zapewne sprzyja zbyt wysuszona skóra (bo mróz, ogrzewanie, wiatr…) i wystarczy muśnięcie, by mnie urazić. Lecz miast się zakryć -  ciągle odsłaniam czuły punkt i nadstawiam oko na sól.
Z odrazą, a jednak, wciąż słucham, oglądam, czytam. Masochistycznie taplam się w tych kłamstwach i absurdach.  A potem chcę zakopać się na stojąco w ogrodzie i przed ostatnią garścią piachu walnąć się łopatą w łeb. Jak to zrobić? 
Dopóki ziemia nie zmięknie - niszczę punkty styczne. Dziecinada, ale broszki pogrzebałam na dnie szkatułki. Ale co dalej? Apostazja? Na tle obecnego politycznego jazgotu w wysokim świątobliwym tonie - zaczyna brzmieć kusząco.  
Pan prezydent na noworocznym spotkaniu z rządem na wstępie powiedział, że cieszy się, CIESZY się, że są tutaj razem zebrani i wszyscy wierzący.

I to mnie pociesza. Nie ma styku. 
bo ja ostatnio bez ustanku powątpiewam
i nie wierzę
nie wierzę własnym oczom i uszom.


poniedziałek, 18 stycznia 2016

Ważny komunikat

Może chciał wywietrzyć biuro przed przerwą świąteczną?
Otworzył okno, wyszedł na chwilę do pokoju obok, ale potem szybko zrobiło się późno, trzeba było wyjść, czas naglił, a tu szalik, tu czapka, teczka, telefon…  i zapomniał zamknąć. Albo może zamknął, ale w pośpiechu niedokładnie. Bo tu telefon, tu cholerna czapka, teczka i nie przytrzymał dobrze, nie docisnął i poszedł do domu.
Tak, czy siak, podczas przerwy świątecznej okno musiało być szeroko otwarte. A dzięki wnikliwej nieuwadze sprzątaczki, wyczerpującemu lenistwu portiera i gruntownej bezczynności ochroniarza sytuacja nie zmieniła się ni na jotę aż do nowego roku. 
W biurze tymczasem zagościł i wiatr i mróz i śnieg i deszcz. Kaloryfery nie zniosły bezpośredniego ataku i pękły. Sprzęty, papiery, szafy zostały zalane. A następnie wszystko ściął lód. W takim stanie w styczniu  zastało swój służbowy pokój owo nieuważne i beztroskie – nieznane mi -  indywiduum.

Tak to sobie wyobrażam, po lekturze maila, który właśnie został rozesłany wszystkim pracownikom.
"Temat: Ważny komunikat

W związku z okresem zimowym, Dział Gospodarczy przypomina o sprawdzeniu, przed wyjściem z pracy, czy wszystkie okna są szczelnie zamknięte w pomieszczeniach, w których Państwo przebywacie lub nimi zarządzacie.
W wyniku silnego mrozu i porywistego wiatru, możliwe jest otwarcie niedomkniętych okien, pęknięcie kaloryferów wskutek różnicy temperatur i zalanie pomieszczeń.

Prosimy zachować czujność i odpowiedzialność za powierzone mienie"
……
Przejęliśmy się i, dalibóg!, staramy się, jak możemy, odpowiedzieć na to dramatyczne wezwanie solidnym, weń wskazanym, czynem. Dzielnie bronimy biura przed zimą, choć pilne czuwanie nad oknami rozprasza nas i odciąga od innych, nie mniej ważkich, zadań.
W drodze do toalety zastanawiamy się, czy aby na pewno okna są zamknięte; 
wychodzimy z pracy też tylko z tą jedną niepewną myślą, która zmusza nas do niekończących się weryfikacji -  Co, zwłaszcza dla kogoś (ekhm), kto pracuje na 6 piętrze, a z powodu lekkiej klaustrofobii nie jeździ sfatygowaną i kapryśną windą -  jest cokolwiek męczące (choć uda rzeźbiące).
Nerwica pożera nam żołądki, a bezsenność rozsądek. W nocy budzi nas dźwięk trzaskającego niedomkniętego służbowego okna; prześladuje nas stukot futryny, z którą radośnie romansuje wiatr; wzdrygamy się, słysząc chlupotanie deszczu i bledniemy, gdy prognozy mówią o silnych mrozach.
Ale  mimo to, Moi Mili, nie tracimy ducha i wciąż jesteśmy w stanie pogotowia. Mamy oczy szeroko otwarte na okna szczelnie zamknięte. Powołujemy dyżury, gdyż (jak bystro wykoncypowaliśmy) zbiorowe dmuchanie na zimne mogłoby również wytworzyć niepożądaną różnicę temperatur i doprowadzić do kolejnego nieszczęścia. 

I choć nie ustajemy w działaniach i organizujemy się wciąż lepiej i na nowo, to jednak i w gruncie rzeczy, nie same okna spędzają nam sen z powiek, ale towarzysząca im myśl, TA STRASZNA MYŚL, że za chwilę zostaniemy zobligowani kolejnym WAŻNYM KOMUNIKATEM do podjęcia dalszych skrzętnych gospodarskich kroków i przyjdzie nam pamiętać TEŻ o spłukiwaniu wody w toaletach, zamykaniu klap, zakręcaniu kranu, wyłączaniu światła w opuszczanych pomieszczeniach, …
… i o zamykaniu (szczelnym!) drzwi.
To doprawdy pozbawia nas sił.

środa, 13 stycznia 2016

Gdzie diabeł nie może …


Wysłuchałam wczoraj orędzia Pani Premier.
Była to, jak zrozumiałam, jej pierwsza niezmanipulowana wypowiedź w zdrowiejącej telewizji.
Przemowa była krótka.
I można streścić ją słowami: jest dobrze. Jest bardzo dobrze. Jest tak dobrze, jak jeszcze nigdy nie było. A będzie jeszcze lepiej.
Tylko trzeba dbać o dobre imię tego kraju.  Rząd działa sprawnie i szybko wypełnia złożone wyborcom deklaracje pod ostrzałem złych spojrzeń i krytycznych, niezasłużonych uwag.
Tymczasem pamiętajmy o dobrym imieniu. Oczywiście brudy się zdarzają. W każdym domu czasem trzeba coś wyprać. A to skarpetka, a to chusteczka… Pani Premier Dulska nie neguje tego faktu. Nie możemy zarosnąć brudem. Nieczystości należy prać. W domu!, używając do tego pralek polskich producentów. A jeśli ktoś nie jest pewien, jaki sprzęt ma na stanie. Warto wrócić do starych, dobrych, tradycyjnych zwyczajów: morda w kubeł, czyli balia i tarka (to sprawdzona marka!).
Ale nie przemęczajmy się tymi gospodarczymi działaniami, bo przecież powtórzmy to: alles in ordnung, dlatego odpoczywajmy i dajmy pracować rządowi w spokoju. Zresztą nie udawajmy od razu takich czyściochów. Czasem wystarczy nie patrzeć, a jak już przykra woń dojdzie nozdrzy - rzecz lekko przetrzepać, nieco wywietrzyć i już się nada, czyż nie?
.
A skoro jesteśmy przy garderobie. Mała dygresja: Pani Premier odziana była w  garsonkę bordo, która okrutnie nie współgrała mi z białoczerwonym tłem. Te fałsze zakłóciły odbiór. Diabeł tkwi w szczegółach. Dlatego dziś rano nadal zamiast miodu i mleka, którym ponoć obficie spływa nasz kraj, widzę tylko błoto pośniegowe.
.
Po orędziu - seans "Ojca Mateusza".
Wprawdzie w ramówce widniało coś innego, ale od piątku wszystkie plany programowe diabli wzięli.
Aktualne być może będą za tydzień.

Piotr Kraśko powiedział na odchodnym: będzie dobrze.
Chciałabym mu wierzyć, tak jak do tej pory,

ale przecież wszyscy mówią, że on kłamie.   

poniedziałek, 4 stycznia 2016

Brzmienie novum


Nowy rok wniósł w moje spokojne i ciche życie śnieg, kilka promieni słonecznych i kilkanaście dodatkowych stopni mrozu, które, jak zrozumiałam z wczorajszego głównego newsa tvn, wykończą ludzkość, a jak nie podołają one – robotę skończy czad, gdyż i bo cytuję: „.. w tej chwili ludzie umierają z wychłodzenia, a inni z zaczadzenia” (innej opcji nie ma).
Ponadto rok rozpoczęłam z nowym, o krągłej linii srebrnego grzbietu, czajnikiem.
Imbryk AD 2016 ma wyświetlacz i kilka pięknych przycisków.
Jako nieśmiały nowicjusz z całego menu wykorzystuję tylko jeden klawisz, który zapewnia mi wodę ogrzaną do 100 stopni Celsjusza.

Niestety autor urządzenia założył, że dziś ludzie (oczekują czegoś więcej, czegoś ponad ten nędzny standard oraz, że) są przygłusi, albo po wstawieniu wody natychmiast zapominają o pragnieniu gorącego napoju, kryjąc się w najdalszych kątach niezmierzonych stepów swych mieszkań. Albo WSZYSTKO NA RAZ, czyli czajnik powstał dla zapominalskich, źle słyszących, spędzających czas w najdalej od kuchni położonych rozległych apartamentach, wyłożonych wytłoczkami do jajek.       

I dlatego (choć woda w tej futurystycznej aparaturze gotuje się tak głośno, że wystarczającym i najlepszym sygnałem informującym o tym, że już można parzyć herbatę - byłaby błogosławiona cisza)
wprowadzono dodatkowy anons o obecności wrzątku w domu:
TRZY DŁUGIE PRZEJMUJĄCE GROZĄ PISKI

Można wstawić wodę i iść odkurzać do znajomego, choć  najdalej od nas zamieszkałego, sąsiada – a i tak wieść o gotowej do użycia wodzie naszego ucha nie ominie. Nie wiem tylko dlaczego ktoś, kto chciał tylko popić herbatą śniadanie, miałby po włączeniu czajnika, gnać o świcie sprzątać z kurzu nie swoje dywany klika domów dalej… Szkoda, że przed uruchomieniem linii produkcyjnej, nikt nie zadał sobie tego kluczowego pytania.
Przez brak, zbawiennej w takich wypadkach, dociekliwości czajnik wydaje dźwięki wysokie i w swej wysokości tak przenikliwe, że zdolne, bez utraty mocy, pognać z parteru, z piwnicy, spod ziemi nawet!, poprzez wszystkie kondygnacje, by dopaść człowieka (siedzącego w nausznikach na szczycie wysokiej wieży!) i tam go ogłuszyć…
…tym samym potwierdzając swą rację bytu, przy kolejnym, ewentualnym łaknieniu gorącego napitku przez już słabo (o ile w ogóle!) słyszącego nabywcę przeklętego imbryka.

Na koniec dodam,
że żaden z dodatkowych przycisków
Nie służy
Do ściszenia pisku.

Cicho pracujący czajnik lub choć łagodniejszy dla ucha sygnał – to w roku 2016 wciąż wyzwanie dla producentów AGD, którzy (najprawdopodobniej z powodu użytkowania wytworzonych przez siebie wyrobów) pozostają głusi na realne potrzeby swych klientów.