Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pogoda. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pogoda. Pokaż wszystkie posty

piątek, 3 lipca 2015

Przyszło lato


I (doprawdy trzeba być ślepym by nie zauważyć, że) większość z Was na to przyjście się nie przygotowała.
Ono pewnie przewidywało taką sytuację, która nie tylko co roku się powtarza, ale i co roku w coraz gorszej, mniej apetycznej formie, się przejawia.
W tym upatruję źródła spóźnienia Naszego- Miłego- W-Końcu-Przybyłego. Nie spieszno mu do nas było, bo też i kto by gnał w odwiedziny do kogoś, kto na powitanie otwiera drzwi w rozchełstanym podkoszulku i, za przeproszeniem, gaciach… albo któż nie bałby się przekroczyć progu domu pani odzianej w majtasy, z których dołem wypadają kląskające półdupki, i w przykrótki top, z którego kipią, jako i rzyć radośnie klaskając, piersi.
Czy można (mimo wyraźnie słyszalnych, wyżej opisanych, rozpustnych braw) poczuć się w takiej sytuacji komfortowo? Prędzej do głowy przyjdzie myśl, że jest się natrętem, gościem niechcianym, który swą obecnością zaskakuje gospodarzy, i to w sytuacji intymnej.  
Co ciekawe, po wnikliwej obserwacji powyższych okoliczności, stwierdzam (już nawet bez zdumienia), że skrępowana jest w nich tylko jedna ze stron – i nie są to owe golasy, które ni ubrania, ni wstydu nie mają.    
Aż dziw doprawdy, że po tych kilku dniach ciepła, Lato nie wycofało się z przykrego położenia.

Lustrując pociągi, autobusy, tramwaje, coraz poważniej myślę o tym, że jednak należałoby wprowadzić miejski dress code, bo ludzie kompletnie zatracili się w rozbieraniu, w negliżu gubiąc dobry smak i klasę.  
W tej chwili (jeśli mogę się pokusić o określenie obowiązujących granic) brzeg, do którego śmiało i chętnie dobijają panie – stanowi: skąpy top i maksymalnie wycięte, dopasowane dżinsowe spodenki. Panowie natomiast mężnie kursują w mgiełce piwnych oparów, brak materii na torsie, rekompensując dłuższymi, niż u pań, nogawkami spodenek.  

Na inaugurację przyszłych wakacji radzę Wam jednak być odzianymi bardziej stosownie. Jeszcze teraz możecie się lepiej postarać. Proszę Was. POSTARAJCIE SIĘ! Nie mówię że fraki i suknie ryglujące ciała po szyję. Ale. Bądźmy ciut, choć parę centymetrów bawełny, bardziej gościnni i grzeczni.
Intymność zostawcie w toaletach i sypialniach.
Niech się na ulicy nie zeszmaca.
I Lata Naszego nie osacza.
Przecież dobrze wiecie, jakie ono nieśmiałe. Nie zawstydzajmy go bardziej niż to koniecznie.
Tak długo się biedactwo czaiło za rogiem; wahało nieufne... a jak w końcu przyszło i chciało się rozgościć - pokazaliście mu gołą dupę.
Ładnie to tak?
Sami przyznajcie!
Hm?

wtorek, 19 maja 2015

Zaklinacz deszczu

Do  tej pory pewnikiem dla mnie było, że jak założy się ubranie na lewą stronę - będzie deszcz:). Tak się mówiło! Oczywiście taki lewy outfit winien być dziełem przypadku, a nie meteorologicznego wyrachowania. 
Rolniku!
Pola twego niebo hojnie nie podleje,
jeśli CELOWO źle z rana się odziejesz.

Reszka musi wypaść przygodnie.

Dziś w pracy dokonałam przełomowego odkrycia, będącego, w obliczu nękającej nas suszy,  jakże dobrą, klimatyczną wróżbą. W połowie dnia okazało się bowiem, że świecę zza biurka spodnią stroną bluzki. Wszystkie szwy, zakładki i wstydliwe niteczki, które zazwyczaj światło dnia widzą tyle, co podczas suszenia się po praniu, miały okazję obejrzeć sobie bez mała pół działu, które to pół zdążyło przemaszerować przez mój pokój, nim zorientowałam się w swojej garderobianej pomyłce. 

I już miałam zamiar uroczyście ogłosić, że (detronizuję Pana Kreta! i że) spadnie dziś utęskniona wielka woda, i że to mi właśnie zawdzięczać ją można, GDY NAGLE i NIESTETY po wyjściu z toaletowej klitki, w której szybko lewo zamieniłam na prawo, oznajmiono mi, że nie na tym polega praca synoptyka (ale jak to?); i że zbyt pochopnie wywróciłam ubranie, bo przecież wiadomym jest, że „założenie go na lewą stronę wróży wielkie szczęście JEDNAKOWOŻ tylko wtedy, gdy nie zmieni się zaistniałego stanu rzeczy.”

Siedzę teraz wpatrzona w okno
I się martwię.

Potrzebuję deszczu
na dowód prawdziwości MOJEGO porzekadła.
A tu ledwie, Moi Mili, jedna kropla spadła. 

niedziela, 8 marca 2015

Kopciuszek

Czas wrzucić kamyszek w zastałe wody bloga tego:)
Coś na rozbudzenie.
A na rozbudzenie najlepsza jest woda. 



Jeszcze nikt niczego lepszego nie wymyślił. Czasem wystarczy się ledwie skropić, zrosić twarz delikatnie i już jest się orzeźwionym; bywa jednak i tak, że ktoś uzna, że kropla - to za mały kaliber; że, by osiągnąć ożywczy efekt, konieczny jest cały kubeł H2O. I oto w minionym tygodniu KTOŚ właśnie TAK UZNAŁ i pewnego dnia, ledwie otworzyłam drzwi, wychodząc do pracy, chlusnął we mnie bez mała całym jeziorem deszczu. Daleko cofnąć się nie mogłam, bo już i tak byłam spóźniona, ale całe szczęście tuż przy progu stało paru chętnych, by objąć mnie swym wodoodpornym ciałem, więc na chybił trafił wybrałam jednego, schowałam się w jego rozpostartych ramionach i ruszyliśmy do boju. I, nie powiem, jego dłoń w mojej dodawała otuchy. Wiatr wokół się wzmagał i okrutnie deszczem smagał. A my ramię w ramię na dworzec. Gdyby nie on, suchej nitki można by szukać na mnie, niczym igły w stogu siana. A tymczasem. Bardzo proszę. Miast zimnego opadu, zalewała mnie fala spokoju i wdzięczności. Jak to dobrze, że znaleźliśmy się razem w odpowiednim miejscu, o odpowiedniej porze. Podczas narodzin zapewne mą głowę czepkiem zdobioną, gwiazda szczęśliwa swym blaskiem opromieniała…tak, tak,Tak właśnie, poliestrem chroniona, dumałam o swym naznaczonym pomyślnością poczęciu, kiedy nagle RYMS. Ktoś nacisnął guzik i momentalnie padać przestało. Nawet nie zdążyłam dojść na peron, tak to w tych niebiosach się zautomatyzowali! To już nie ma korbki, którą powoli i z mozołem się kręci, zmniejszając stopniowo siłę opadu? To już teraz tylko klik, ciach i pyk? Oj, nieładnie się bawią. Mogliby chociaż dać mi wsiąść do pociągu z tym słodkim uczuciem fartu. A nie tak. W połowie drogi poddali nas niewdzięcznej metamorfozie. Rycerz, którego ręka mnie krzepiła, a wypięta dumnie pierś jego przed wodą chroniła – przeobraził się w postarzającą mnie laskę, w zawadzający drąg, w sztywny kij, 
który dzierżyć już do końca dnia musiałam, 
na który dzień cały musiałam mieć baczenie…
gdyż i bo, pod raptownie bezchmurnym niebem, 
stałam się ponurym parasola cerberem.

Zza podniesionej nagle zasłony deszczu wyłoniła się
nie księżniczka w czepku na skroni,
z dzielnym parasolem przy boku –
a stróż w berecie z kosturem w dłoni,
który ciążył mu na każdym kroku.
:)

piątek, 25 lipca 2014

Deszcze niespokojne


Kiedyś może i deszcze sadem targały, tarmosiły żartobliwie jego gałęzi czuprynę, ale teraz mają ochotę na więcej. Oćwiczyć! Wysmagać! Zalać! Po pas. Po szyję. 

Zrobiły się zachłanne i brutalne.
Już nie łaszą się grzecznie, nie padają nam do nóg delikatnymi kropel pocałunkami, ale obficie opluwają, w mgnieniu oka znaczą teren kałużami i bajorami, które łapczywie połykają nasze stopy.

Parasole jeszcze nigdy nie czuły się tak niedołężne i chrome. Można spotkać tych porzuconych nieszczęśników ot na ulicy, gdzie toną w śmieciach i we wspomnieniach o pieszczących ich niegdyś regularnie spokojnym siąpieniu, subtelnym kapuśniaczku, zwiewnej mżawce… o minionym czasie ich świetności. Niestety. Nie trzeba być zoologiem, by wiedzieć, że od słonia łapką na muchy człowiek się nie opędzi.
Ale, dalibóg!, jak to się stało, że z muchy zrobił się słoń?

Mam jedno podejrzenie. Tam, hen, wysoko, Pani Chmura, niczym zazdrosna o Ziemię kochanka, trzyma Deszcz krzepko w swych objęciach, nie pozwalając mu na skok w bok, tj. w dół… - och nie kochany, nie opuszczaj (się)!!!  A przecież jemu nie po to dali na chrzcie Opad, by teraz przez kaprys kobiety imię to splamił i wbrew naturze swej nie opadł. Żołnierz na wojnę! Marynarz na morza! Deszcz na ziemię! Musi runąć. Czując w sobie ten zew, ten obowiązek wobec minionych deszczowych pokoleń,  zakładnik – ten dwóch pań kochanek -  pieni się i burzy, gromadzi moc, rośnie w siłę i nieustająco napiera. Tak że, gdy w końcu wyrywa się z pancernego uścisku, spada z taką energią i intensywnością w ramiona Ziemi, że ta biedaczka, mimo że z tęsknoty za nim na wiór wysuszona - nie wie co począć, gdy ten tak nagle oddaje się jej całkowicie, na raz.

Trójkąt miłosny, jak wiemy z geometrii życia, nie jest usłany różami a cierpieniem i ofiarami. W tym wypadku także śmiertelnymi.  

Bo gdzie dwie jednego miłują
- tam niezawodnie się mordują

Chmura ma złamane serce. Parasole zgnębioną duszę.
Ale głęboka i pełna zadumy minuta ciszy należy się tym, którzy z tego gwałtownego romansu żywymi nie wyjdą, a ciałami ich niejeden śmietnik się posili. 

Utopione, rozklejone, pozbawione formy. Podobne do niczego i niczemu służyć już nie mogące.
W mijającym miesiącu osierociły wiele stóp.

Buty. Botki. Pantofelki.

A pokrzywdzonych może być jeszcze więcej. Spójrzcie za okno.

Przeżyją tylko te,
których ja nie noszę.
Na deszcze lubieżne
- najlepsze kalosze

:)


poniedziałek, 7 lipca 2014

Żaru czar


 Buch - jak gorąco!
Uch - jak gorąco!
Puff - jak gorąco!
Uff - jak gorąco!

Loko loko lokomotywa
ze wszystkich ciał obficie spływa 
pot

i tylko jedno stworzenie boże
nie jęczy słabo, że już nie może
kot

a tam – gdzieś w kącie - ktoś wielce  zazdrosny,
co, mimo upału, nie płonie - oschły
knot

rymowanka ta łebską być miała, no!...
lecz w tym skwarze do cna wyparował po -
lot

Dzień dobry
Trochę mnie nie było,
Bo byłam w pracy.
Teraz też jestem, ale, że się tak metaforycznie wyrażę,
udało mi się w końcu rozpędzone służbowe alfa romeo zamienić na rower.

Obecnie osiągana prędkość ani nie urywa mi głowy, ani nie rozciera mijanego krajobrazu na miazgę,
więc postanowiłam
brawurowo!
Oderwać na sekundę dłoń od kierownicy i Wam pomachać:))))


I to wszystko
ot

środa, 21 maja 2014

inauguracyjny atak



wczoraj w dusznym tramwaju
ostra woń potu
wbiła się w mój czuły narząd powonienia

więc nos mój bogato krwawi
co znaczy,
że lato już w mieście bawi
:)

Jak zwykle przyszło ni stąd ni zowąd. Po chłodach na miarę późnego listopada BUM od razu upał.
Zatem oczywiście czas na banał:
- czy jest pani zaskoczona?
- tak. jestem zaskoczona i nie mam się w co ubrać.
Choć paradoksalnie wczoraj na otwarciu gorąca bram ubrana byłam aż za bardzo.
Dlatego też, smutki na bok!, nadszedł czas się obnażania, a nie ubierania.
Czas wielkich oszczędności.

Ha, ha! 

środa, 23 kwietnia 2014

Święta, święta, a po…


Jest i zielono, i świergocąco, i cieplutko. Kraj opanowała wiosna.  Zwrot na meteorologicznym froncie  nastąpił tak nagle i jest tak pełny, że niektórzy już nawet nie pamiętają, że jeszcze tydzień temu warunki dyktowały nam przymrozki.

Lecz zapewne niejeden upadku zimy żałuje i gorzko za nią po kątach płacze;
Niejeden patrząc na panoszącą się wokół wiosnę dostaje drgawek i mina mu kwaśnieje
i zżera go tęsknota za chłodem
i marzy, by raz jeszcze ucałować lodowatą zimy dłoń,
i wpaść w jej ramiona  białe…

dla tych wszystkich biedaków, którym wiosna serce złamała
mam dobre wieści:
Zapraszam Was do mojego biura,
w którym do woli można kosztować rozkoszy, o których (o ironio!) tak ciepło myślicie.

Bezczelnie wykorzystawszy mą świąteczną nieobecność, wyparte z dworu wszystko zimno tu właśnie się zagnieździło i teraz, jak co roku, mści się na mnie za swą przegraną.  
Ogrzewanie wyłączone,  słońce zawsze nieobecne, a mur tęgi - idealna dlań kryjówka.

Teraz wypędzić je stąd może już tylko pełnia lata.

Siedząc przy nieodżałowanej nieboszczce
instalacji grzewczej
czekam tej chwili z utęsknieniem.

wtorek, 11 marca 2014

Wyziębnięty za(ro)dek


Wczoraj ujrzałam Pana w krótkim rękawku i spodenkach również niedługich. Stał sobie na przystanku taki roznegliżowany i wyglądał, jakby ciepły wiatr owiewał mu ciało, a słońce promieniami swymi ściśle go otulało.

Stałam obok niego w ciążącej mi na grzbiecie, od południa mocno przeterminowanej, kurtce zimowej.
Wyglądałam malowniczo, niczym kosmonauta szykujący się do wizyty u Pana Twardowskiego. I czułam się obco - ja w swoim skafandrze kosmicznym - w  tłumie tak beztrosko oddającym swe ciała działaniu czynników zewnętrznych .

Dlatego dziś, w celach integracyjnych, postanowiłam na własnej skórze przetestować smak tej przedwczesnej wiosny. Najpierw delikatnie ją wzięłam na czubek języka. Rano, wyszłam w lżejszej kurtce do ogrodu (napaść kury:), i było chłodno… prawdę mówiąc było mroźno, ale znacie siłę (ludzkiej głupoty;) ciekawości badacza. To jest moc, której nie można się oprzeć, to kula tocząca się ze szczytu, woda zrywająca tamy, rozpędzony samochód bez hamulców, górski potok…  
Dzięki tej potędze koniec końców oparłam się swemu rozsądkowi i wyszłam w wiosennej kurtce do pracy.

I pozwólcie, że wyniki swych badań zawrę w lakonicznym raporcie:
DO-KROĆSET-FUR-BECZEK!
 
Jest cholernie zimno.
To nie jest wiosna.
To zaledwie jej zarodek.

Ona w ogóle nie dojrzała,
by ujrzeć rąbek mego ciała!:)

w związku z powyższym
negliż odkładam do szafy i czasu,
gdy na ulicy, zamiast nagiego pana,
ujrzę kobietę w japonkach,
I TO Z RANA!

Rzekłam

środa, 26 czerwca 2013

Here's what happened


Jakby rzekł Pan Adrian Monk.


Wczorajsza reanimacja mych zalanych w trupa butów zakończyła się sukcesem, JEDNAKOWOŻ był to sukces palcem po, tfu-na-psa-urok!, wodzie pisany, gdyż i bo po opuszczeniu biura, dosłownie parę metrów później, wpław musiałam przebyć trasę na przystanek tramwajowy. 
Z nenufarem łączy mnie tylko biel lica, więc doszło do kolejnego podtopienia. Efekt wytężonej ośmiogodzinnej pracy farelki w jednej chwili trafił szlag i całą dalszą drogę do domu (klęłam na czym świat stoi) bardzo nad tym ubolewałam.

Nie będę długo gderać na deszcz. W końcu dopłynęłam do brzegu wczoraj, dopłynę i dziś.  
Ale pozwólcie na jedno tylko oskarżycielskie zdanie.
Najbardziej nie podoba mi się to, że ta pogoda, do-kroćset-fur-beczek!, grabi na naszych oczach jasność tych najdłuższych najlepszych dni czerwca.

Tego, dalibóg!, Wysoki Sądzie odżałować nie mogę.

wtorek, 25 czerwca 2013

The Winner


Dzisiejszy wpis zasponsoruje nam Abba

The winner takes it all
The loser standing small
Beside the victory
That's a destiny

Leżę sobie pod podium, na którym medale i kwiaty suchą nogą odbierają posiadacze ohydnych, nieforemnych, śmierdzących gumiaków. To oni dziś tryumfują. Kurka tfu, tfu, tfu wodna. Oczywiście gratulujemy im, bo przecież umiemy przegrywać. Niech to szlag!

Tymczasem wkładki do moich butów wiszą na zimnym kaloryferze skręcone jak precle, a buty spite jak bąki leżą pod nim wypchane gazetami i napisałabym Wam do czego są podobne, gdyby nie to, że są podobne zupełnie do niczego i podobnie do niczego się nie nadają. Kompletnie straciły fason. Prawdę mówiąc, jak tak na nie patrzę, lękam się, że blask, którym jaśniały jeszcze zaledwie kilka godzin temu, został ugaszony deszczem na amen.   

Ale tego nie dało się uniknąć, gdyż i bo ulicami płyną rzeki.
Mijanie kałuż i szukanie płytszej wody jest bezcelowe; nawet jeśli wyszło się w czółenkach woda Was dopadnie. W zimnym jej chlupocie, można odkryć, iż wspomniana wyżej nazwa pantofli funkcjonuje zupełnie na darmo, proszę ja Was, bo niby czółenka, a pociągnęły mnie na dno pierwszej lepszej głębszej kałuży.    

Na tym świecie roi się od takich półprawd i kłamstw. A najgorsze jest, że szydło z worka wychodzi dopiero w praniu.   

Chyba zaraz wyjdę na zewnątrz i utopię w kałuży swe merkantylne smutki i gorycz przegranej, coby ta brzydka pogoda się nie zmarnowała.

Pływajcie…. ekhm…hm…  Bywajcie zdrowi!   

Ps.:
Całusy przesyłam mym butom służbowym -
pod biurkiem zawsze zwartym i gotowym


piątek, 21 czerwca 2013

Przesłuchanie


Could you turn on the air conditioning, please -
rzekł pewnego upalnego razu obcokrajowiec do polskiego konduktora, nieświadomie cucąc cały wagon.

Jest lato. Jest upał. A upał, grasując po mieście, bez pardonu zdziera z ludzi szaty.
Dzień w dzień z zainteresowaniem oglądam efekty jego działalności.  Zaprawdę, dewiant ten zostawia po sobie niewiarygodne wprost kreacje. Są to toalety ubogie w materię; dające często wrażenie, że ludzie wyszli z domu odziani tylko i wyłącznie w wytwór swej wyobraźni. Król jest nagi, proszę państwa, ale wszystkim jest gorąco, więc królowi wybaczamy. To znaczy ja wybaczam, i o wzajemność proszę, bo niepostrzeżenie sama się w nagość nieprzyzwoitą stoczyłam. A więc i mnie wszetecznik dopadł! O! Uświadomiła mi to dziś koleżanka, spłoszona niestosownością mego uniformu służbowego .
I może faktycznie przesadziłam i wyglądam przy tym biurku, jak w liściu figowym, ALE TO WSZYSTKO BO, jak ja się tak napatrzę na obnażoną ulicę, to coraz mniej rzeczy zdaje mi się być nieprzyzwoitymi. 
Zresztą. Moje dzisiejsze garderobiane wyuzdanie ma krótki termin trwałości.
Po piętnastej, na szczodrze rozchełstanej drodze do domu, na powrót stanę się nudną ostoją cnotliwości.

Dlatego nie, nie, nie. Złego słowa na niego nie powiem. Nie po to co roku prowadzę bezlitosną kampanię przeciw zimie, by teraz narzekać na skwar. Jest trudno. Owszem. Lampa słońca prosto w oczy. Kropelki potu żwawo przebiegają po plecach. I czuję się, jakby torturowało mnie zagorzałe stado mrówek. Ale nic. NIC. Jak skała jestem. Nic prócz potu ze mnie nie wycisną. Ani jednego słowa skargi, czy zażalenia. Nic nie powiem. Nie będę donosić. 
Z nagą piersią na wierzchu zostanę,
a do sądu upału nie podam!!! 
RZEKŁAM. 


Bądźcie orzeźwieni!!!!:)

wtorek, 4 czerwca 2013

Zapchaj dziura


Krajobraz za oknem coraz częściej sprowadza człowieka na manowce.
Najpierw rzuca on (człowiek!) okiem na termometr, potem drugim w kalendarz…a potem. Potem to magazynek jest pusty, a niepewność, co do tego jaka pora roku króluje w tym pięknym kraju, nadal drąży serce jego.

Aby nie dać się zwieść pozorom i ograniczone zasoby zmysłu wzroku oszczędzić, proponuję od razu wycelować w telewizor. Tylko nie bierzcie na muszkę prognozy pogody, bo to z góry wiadomo, że chybiony strzał będzie.

Wymierzcie w blok reklamowy.

Tam, na dzień dzisiejszy, najlepsze preparaty przeciwgrypowe zostały zastapione już przez efektywne środki na odchudzanie, najsmaczniejsze lody i najskuteczniejsze antyperspiranty. To pozbawia wątpliwości. Wiosna trwa, a lato tuż, tuż. 

Tym, którzy po takim seansie nadal mieć będą zastrzeżenia i opory przed przyjęciem do wiadomości, że to coś za oknem to nie listopad, a czerwiec -  zalecam spacer po mieście. Tam się roi od  zwiastunów ciepła. Las bilbordów, bujnie porosłych półnagimi kobietami, niechybnie lato anonsuje.

Kostium kąpielowy na mieście rządzi.
Kto jest uważny – ten nigdy nie zbłądzi:)
Si.
No i może jeszcze jedna głęboka myśl, bo przecież pogoda wzmaga w nas refleksyjność: 

W bikini,
jak w firmie,
góra droższa od dołu.

Chyba niewiele więcej spodziewaliście się po tej notce, co?

To do miłego!
:)

środa, 22 maja 2013

Kwieciste rachunki


Maj to miesiąc, w którym dostaję w pracy zadanie matematyczne.
Treść jego w zaokrągleniu brzmi:

Masz 8 tulipanów i 10 solenizantów.
Rozdziel kwiaty tak, by każdy ze świętujących, otrzymał okazały bukiet imieninowy.
Zadanie uznaje się za rozwiązane celująco, jeśli po rozdaniu obfitych wiązanek i w Twoim wazonie naręcza kwiatów nie zabraknie.

Ażebym nie wpadła w rutynę, co roku z powyższej łamigłówki tajemniczo znika tulipan.

Ostatnie dwa tygodnie spędziłam zatem w fascynującym świecie rachunku nieprawdopodobieństwa, złorzecząc na ohydnego ogrodnika przecherę, który gdzieś w tej szaradzie jest ukryty, a którego  niekompetencja niedługo w pień wytnie tak potrzebne mi kwiecie.

A teraz, jak to wszystko się skończyło - dręczy mnie wstręt do liczb. Dostaję mdłości na widok kalendarza. Z odrazą spoglądam na zegar. Denerwują mnie też ponumerowane tramwaje i autobusy. Czy MPK nie mogłoby wyjść mi naprzeciw i utworzyć linie z symbolami?
- czym dojeżdżasz?
- autobusem linii serca, gruszki, misia…
Tak. To z pewnością przyniosłoby mi ogromną ulgę. Choć na chwilę. Bo na całkowite uśmierzenie tej przypadłości w dzisiejszym świecie liczyć (tfu na psa urok!) nie można.
Bo z przystanku (na którym szerokim łukiem omija czasowy rozkład jazdy(!)) człowiek udaje się na przykład do sklepu. A tam nie dość, że najpierw skazany jest błądzić w gąszczu metek z cenami, to następnie musi zwalczyć w sobie obrzydzenie i sięgnąć po portfel, a potem (zniesmaczenie sięga szczytu!) po szczelnie wypełniony plugastwem paragon...

Jakże mi niedobrze, Drogi Panie Bobrze.

A tu jeszcze radiowa prognoza pogody: „po pierwszych UPALNYCH TYGODNIACH maja….”
Upalne dokroćsetfurbeczek tygodnie?!!! 
Dalibóg! Siedziba tego radia mieści się chyba w jakiejś oranżerii. 

czwartek, 4 kwietnia 2013

Na pohybel!


Masowo odwoływane są imprezy plenerowe.
Żużlowcy odwołują swoje mecze.
Koledzy ogłaszają żałobę na sali z powodu odwołania strzelanki.  
A ptaki odwołują wiosnę i odlatują do ciepłych krajów.

I tylko mały punkt na mapie świata tego broni nie składa
(i nie jest to wcale mała wioska Galów!:)
Ulica Bułgarska w Poznaniu ponoć nie da się ostudzić.
I w najbliższy piątek Pan Trener Lecha ma zgotować drużynie przeciwnej piekło.
we'll see about that

nie bardzo uśmiecha mi się ganianie po stadionach, celem ogrzania zmarzniętych stóp w grzesznym ciepełku, które notabene wcale takim pewnym nie jest. Dlatego zastanawiam się, jakby tu samej dobrać się do kuszących czeluści piekielnych.

Otóż za-sa-dni-czo jestem przeciwna karze śmierci.
Nie przekona mnie żadne nawet gdyby.
Żadne.
Ale raz mogłabym zrobić wyłom w tym prawidle.
Jeśli na krześle siedziałaby ONA - wcisnęłabym guzik bez wahania.
I wydusiła z niej ostatnie tchnienie. 
I dalibóg z radością patrzyła jak kona.

Bo taka łapczywość winna być karana.
Bo trzeba znać umiar.
I za grzechy główne płacić słono.

Dlatego pierwsza ukręciłabym ZIMIE stryczek
I nabożnie skopnęła spod niej stołeczek. 

HOWGH

piątek, 22 marca 2013

wio, wio, wio! wiosna!


Dziś drugi albo trzeci dzień wiosny. Wszystko zależy od tego,  kto liczy.
Choć nie wiem kto i co liczy, bo wiosna na ten świat  jeszcze nie przyszła.
I w ogóle nie wiem, czy jest na co liczyć.

Tymczasem topnieją finanse przeznaczone na odśnieżanie.
Pustka w miejskich kasach niezbicie świadczy, że nie trzeba ciepła, by odtajać.
Śnieg jednakowoż zdecydowanie odrzuca ten materiał dowodowy i, spoglądając na rzedniejące zastępy sip, ostrzy pazura.

A ludzie się gryzą.
I ludzi gryzą wątpliwości,
bo czy wielki tydzień przeznaczyć na jaj malowanie,
czy na choinki ubieranie?

Ze swej strony
Apeluję o zachowanie ostrożności i dostosowanie świątecznego nastroju do warunków atmosferycznych panujących za oknem.  
Zbyt duże rozdźwięki
są źródłami męki!

A gdyby tak wiosna urodziła się 19tego marca?
Piotr Reiss wręczyłby jej dożywotni karnet na mecze Lecha!  
Ale nic z tego. Na murawie przy Bułgarskiej żaden pierwiosnek ni stokrotka nie wzejdzie.
Karnet przypadł już Wojtusiowi.
Niestety Panowie Piłkarze, ktoś musi Wam to powiedzieć:  KIEPSKO TO ŻEŚCIE ROZEGRALI. Nie pierwszy raz, dobrze wiemy.
Ale teraz konsekwencje chybionego czynu marketingowego będą srogie:
Wszystkie mecze na lodzie
i w zimowym chłodzie.

Wojtuś to Wam jeno mrugnięcie iskierki załatwić może.

Strategia Panowie!
Strategia i taktyka,
Jak zwykle Wam to umyka!

piątek, 15 marca 2013

Gwiazda biznesu


Głos ma synoptyk:

- no niestety, proszę państwa, ale jeśli chcemy słońca - musi być mróz.

A więc za tych kilka bladych promieni słonecznych, ja płacę taką cenę?!!!
To ja przepraszam, ale mnie nie stać na takie wydatki pod koniec zimy.
To ja rewiduję moje burżujskie preferencje.
I ciepły półmrok – poproszę

Ponadto mam pytanie do Pana, Panie Synoptyku, czy ta sama waluta obowiązywać będzie w miesiącach letnich?
Rada bym była otrzymać rychłą odpowiedź.
Bo przez Pana nie mogłam dziś spać.
Więc niech mi Pan łaskawie powie,
Po czemu słońce będzie latem stać?

piątek, 8 marca 2013

o zimie


Bo ja wiedziałam, że tak będzie!
WIEDZIAŁAM, że ona wróci, ale
nic Wam nie mówiłam,
bo wiem jak bardzo jesteście wrażliwi
i jak bardzo Was razi bezduszność zimy:)
która to, BARDZO PROSZĘ,
Dała nam się sztachnąć zapachem ziemi, 
zabawiła oko nasze odkrytymi trawnikami,
Po czym
Szczebiocąc do ucha
rozbudzonymi ptakami
Odjęła nam tę namiastkę wiosny od ust
I teraz NA NASZYCH OCZACH mściwie ją zjada
I mlaszcze! i chrupie!
(śnieg pod butami:)


Instytut meteo anonsuje na przyszły tydzień
kilkanaście stopni mrozu.
Nie wiem jak Wy
Ale ja zwalniam tego kamerdynera
i zatrzaskuję drzwi:)))))

HOWGH!

czwartek, 28 lutego 2013

Come back! Baby, come back!


Widziałam dziś słońce!
Tak myślę, że to było ono.
DOMNIEMYWAM.  

Pewności mi brak, bo
(Po tak długich miesiącach po tak strasznej rozłące — jakie oczy masz modre, jakże usta gorące!)
nim wystawiłam blade czoło do powitalnego pocałunku – zniknęło.

Mam nadzieję, że to nie przeze mnie.

Ale gdyby jednak…
To obiecuję
już się tak nachalnie nie nadstawiać.

Tylko wróć do mnie
WRÓĆ!

wtorek, 26 lutego 2013

Z kim przystajesz takim się stajesz


Podczas zimy w nasze serca wkrada się chłód.
Stajemy się oschli, nieczuli.
OZIĘBLI.

1.
W drodze do pracy zaczepia mnie przechodzień
- przepraszam bardzo, Ulica Łęczycka?
- nie, Pani Modigliani.
- a to przepraszam
- bardzo proszę
:)
chyba jednak na tej ulicy bardzo mu nie zależało.

2.
A w pracy:
Służbowym sąsiadom z dołu popsuło się ksero.
Odwiedzają więc nas co chwila i tłumacząc się zawile i gęsto, kserują na potęgę swoje materiały.

Podczas, gdy oni wpadają do nas, my wpadamy na genialny pomysł użyczenia im naszego starego, zapajęczonego (aczkolwiek całkiem jeszcze do rzeczy) sprzętu:
- Pożyczymy je wam! (bo trochę mamy już dość waszych ciągłych wizyt)
- o byłoby super!
- tylko trzeba je do was znieść.
- no tak. A ono w ogóle jest sprawne? Chodzi?
- owszem, ale pomimo to SAMO DO WAS NIE ZEJDZIE.
 :)
Chyba też im nie zależy.

3.
- Przepraszam, czy ja mógłbym pani skraść kilka kartek papieru A3
- złodziej zazwyczaj sam szuka łupu, więc jak pan tutaj coś znajdzie, to bardzo proszę sobie wziąć.
- acha…to w takim razie ekhm..  mógłbym tan papier dostać?

----
Marazm, bierność, beznamiętność.
Oto, Proszę Państwa, co zrobiła z nami ta przeklęta zima.

Ale jak podaje wielce omylny i niewiarygodny instytut meteo
już wkrótce przywita nas 15 stopni ciepła.

Tonący brzytwy się chwyta
Więc-że-tak-powiem
OBY!

środa, 20 lutego 2013

W poczekalni


No dobrze.
Zima nie popuszcza.
A ja i owszem.
Znów mam katar.

Chyba jestem uczulona na śnieg, zimno, spóźniające się lodowate autobusy, śliskie chodniki, wszechobecną glajdę… 

Poza tym zżera mnie (i to łapczywymi kęsami!!!) tęsknota za ciepłem wytwarzanym hen, hen, za granicą wełny, bawełny, kaloryferów, farelek i innych pieców. Wiem, jestem nudna i wybredna (co to za przebieranie w dostawcach, paniusiu??!!!). Ale. Ciepło. Gdy na dworze nos nie zamarza, stopom nie ciążą buty, a tułów odzyskuje suwerenność po skruszeniu odzieżowej skorupy. 

Czekam, czekam i nogami za Tobą przebieram
O wiosenna lekkości!
:)