piątek, 22 lipca 2011

Szans nie widzę

nie mówmy o pogodzie. Pada.
nie mówmy o tym, może.
może minie.
dobra.
nie mija.
szlag.

Deszcz spłoszył słońce i rozwalił swe mokre cielsko na trawach, drzewach, kwiatkach, asfaltach, płytach chodnikowych, żwirach… Jest wszędzie, jak okiem sięgnąć. I ani drgnie! nie odbieram żadnych symptomów kapitulacji. Jak go wysiudać? Postawić na jego domyślność? Ekhm… zerkam znacząco w kalendarz, bo jego wizyta stanowczo przekroczyła rozmiar małej chwili na pogawędkę, ekhm, ziew… Nigdy nie miałam o nim dobrego zdania. Wyjątkowy kretyn! A skoro tak, to może dodać: No drogi Panie, ale chyba na Pana już czas. Odwołać się do jego poczucia obowiązku: Czyż inne ziemie nie zasługują na równie obfite nasycenie? Coś się Pan tak na nas uwziął. Zniecierpliwić się i zezłościć. Proszę z łaski swojej zejść mi z oczu!!! Można by przy tym tupnąć nogą, ale ten pomysł od razu skreślam. Wszędzie kałuże. Jemu by nawet powieka nie zadrżała, a ja bym się ochlapała. Dziękuję. Już i bez tego przelewa mi się w bucie.

Nie ma sprawiedliwości na tym świecie.

Kropla drąży skałę.
A co drąży kroplę?
Co jest w stanie skorodować ją do szlachetnego, nie wchodzącego nikomu w drogę, cichego i spokojnego O2?
Czy na sali jest jakiś alchemik?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz