niedziela, 19 stycznia 2014

Upojny tydzień abstynenta i odzyskana konkokcja


Hej! Kopę lat!
Działo się przez ten czas zapewne wiele, ale relacji nie będzie, bo niewiele z tego wiela pamiętam.
Za to miniony tydzień ma dużą szansę głęboko zapaść w mą pamięć.
Choć spędziłam go dość apatycznie; Bez dylematów garderobianych, a co by tu dziś założyć? Bez układania pasjansów, jaka danego dnia będzie pogoda?, a jaki stan służbowego systemu grzewczego i takowych instalacji polskich kolei?, i bez podejmowania trudnych decyzji, co do czego lepiej pasuje?, co mnie upiększy?, a co zdefasonuje?
Równocześnie, z mojej osoby prezencją, obojętną stała mi się żywność.
Przestałam jeść.  

Z tego drugiego wynika pierwsze. Skoro nie byłam w stanie nic do ust włożyć, to i operacja włożenia czegokolwiek na grzbiet przekraczała moje siły. Zresztą, jak się jest w takim stanie, że się nie jest w stanie:) ubrać swoich myśli w słowa, to i obleczenie ciała zdaje się czynem tak ryzykownym i szalonym, że po prostu niemożliwym. Każdy kaskader ma granicę, której nie przekroczy, że się tak wyrażę sentencjonalnie :).
   
Pod osłoną wtorkowej nocy zaatakował mnie wirus; niczym pierwszą lepszą poszewkę wywrócił na drugą stronę, przetrzepał i wyżął. A spełniwszy te obowiązki z chorobliwą skrupulatnością, zasnął na dnie mojego żołądka. Niestety nie był to sen kamienny, lecz sen czujnego zająca; nie sen spokojny, a gorączkowy. I był w tym śnie koszmar i była okropna mara – wyraźnie to czułam. Wulkan czynny. Baczna Etna i przytomny Wezuwiusz. Taki strażnik uniemożliwia ucieczkę. Każdy ruch, najlżejszy szmer postawi go na nogi, budząc w nim większego potwora. Zaatakował cię brytan? Twa rejterada ocuci lwa. Od takiego wroga się nie czmycha. Jego trzeba na miejscu cichaczem i sprytem pokonać. Czyli. Po prostu. W trupa zalać.
Na śniadanie, obiad i kolację wznosiłam więc w łóżku nieme toasty za własne zdrowie wodą, rumiankiem, miętą, orzechówką, orzechówką i… i orzechówką, urozmaicając to menu zmianą kolejności dawkowania i proporcji serwowanych napojów, których w tym czasie byłam tak pełna, że nawet najlżejszemu drgnięciu ręki, palca… POWIEKI towarzyszył głośny bulgot, a moja krew (widziałam to oczami wyobraźni!) z amarantowego przechodziła w odcień alabastrowy.    
Skutkiem tej osobliwej, wymuszonej diety rozsmakowałam się w wódce, jednocześnie tracąc serce do ziół. W chwili obecnej sama myśl o herbatach wywołuje we mnie mdłości, niejako w zastępstwie wirusa, którego dawno już pochłonęły głębiny wspomnianych, tak bardzo mnie dziś odstręczających, trunków.

Francja rozłożyła sobie Rewolucję na lata.
Ja w swych granicach doświadczyłam silnych rozruchów w zaledwie jedną noc,
więc zważcie to sobie,
jaka to była skumulowana moc.

Dziś na terytorium mego organizmu panuje pokój.
Do porządku doprowadzone zostały i dieta i ma kreacja.
I tylko to uwielbienie…
do nalewki…
to jedyna aberracja.

Zdrówko! :)

3 komentarze: