środa, 23 grudnia 2015

Święta



Obejrzałam świąteczny spot rządowy,
i jestem wielce rada, bo nareszcie wiem dlaczego on – ten rząd – bez ustanku pracuje w nocy.

To nie dlatego, że się (i swe czyny) kryje w mroku - o wy niedobrzy, spiski wszędzie węszący!
On nie ucieka od światła dziennego! I w żadnym razie nie lęka się go!  
Nasz rząd jest zmuszony stawiać się w robocie na nocną zmianę, gdyż i bo
taki a nie inny tryb warunkuje miejsce, w którym przyszło mu działać.

„kiedy sen już spowija całe miasto
Jest takie miejsce, gdzie wciąż jest jasno”

Wciąż jest jasno”!
tak to już się zdarza w strefie polarnej.  

Tego dwuwiersza mi trzeba było, bo ja już się bałam, że pracując nieustannie, po omacku, w ciemnościach gabinetu, całkiem oślepną, zbledną, a z powodu deficytu witaminy D (bo przecież nie opasłego budżetu) w końcu zaniemogą przytłoczeni depresją i ciężarem obowiązków.
Ale, jak widzę, to im nie grozi. Zawsze niepotrzebnie martwię się na zapas, a nękana koszmarami własnego autorstwa - tracę apetyt. Niniejszym odrzucam infantylne durne obawy, bo ze spotu bije kojący me nerwy blask świec, lampek, połyskujących bombek, rumianych cer, krystalicznych sumień, serc przeczystych i ócz łagodnością lśniących.
Miło tam sobie żyją ci ministrowie. I tak się kochają! Jak w filmach amerykańskich. Naprawdę cudownie. Chociaż brakuje mi tam gwiazdora. Mógłby przyjść i przycupnąć na chwilę, a jeden z ministerialnych urwisów zmuszony do skakania przez laskę mógłby (w akcie dziecinnej zemsty) pociągnąć brodę siwą, ujawniając prawdziwą twarz gościa.
- Demaskator z ciebie Antosiu! Chodź no ino. Sprawdźmy cóż dla ciebie mamy. Ho, ho, ho – straciwszy do cna anonimowość, aczkolwiek nie tracąc ni kropli rezonu, zawołałby tubalnym głosem zdekonspirowany mały jegomość, sięgając do wora…

Ho, ho, ho…  

A’propos wora (zapewne z kotem),
gdyby tak wdzięczne kotki na klapie żakietu Pani Beaty, choć przez sekundę jej świątobliwej przemowy mruczały (no niechby choć jeden z całej trójki mruknął) – mogłabym jeszcze wmówić sobie, że bije z tego obrazka ciepło na miarę stygnącej herbaty.  
Ale niestety
kotki tkwią w martwocie,
Stoją na baczność
Czegoś wystraszone
Ogony ich wzniesione
grzbiety naprężone
.
Rząd chciałby tym spotem stopić lody, wyjść ze strefy polarnej do umiarkowanej i w jej naturalnych ciemnościach (w tej chwili kilkunastogodzinnych!) złożyć nareszcie głowę do snu.
Ja ich rozumiem, też jestem niewyspana.
Dlatego, widząc drętwość i daremność tego spotu (prężącą grzbiet każdemu kotu),
wyrażę tylko nadzieję (i to moje dla rządu życzenie):
że ktoś Wam zgasi to światło z litości,
a jak nie… to ze zwykłej oszczędności,
byście się w końcu w swych łóżkach wyspali
(i naszą kasą na prąd nie szastali).  

piątek, 11 grudnia 2015

Z kroniki kryminalnej miasta

W nocy z maleńkiego Betlejem Poznańskiego uprowadzono Jezuska.
Nim doszło do epizodu Jezusek przebywał, jak zwykle o tej porze roku, w małej szopce w towarzystwie Józefa starego, Maryi - żony tegoż i gromadki zwierzątek. Sumienny Jezusek, nie spodziewając się niczego złego, ofiarnie (jak to tylko on potrafi) drżał z zimna na sianku, gdy nagle w godzinie nocnej z płochego snu (i twardego koryta) wyrwał go rosły młodzieniec. Przechodził właśnie obok z kolegą i postanowił pstryknąć sobie parę fot z dzieciątkiem, na pamiątkę. W kościele dawno się z Jezuskiem nie widział, więc takiej okazji, która sama się w ręce wciska - nie można było zmarnować.

Po krótkiej sesji fotograficznej, na tle znamienitej rodziny i trzody też nieprzeciętnej, młodzian, którego wrażliwości się domyślam, już to czując dygoty nagiego dziecka (już to pod wpływem rozbudzonej nagle refleksji, że fajnie mieć w domu kogoś, za czyją sprawą lepszy trunek z kranu płynąć może) – miast odłożyć dziecię do żłoba, schował niemowlę za pazuchę i począł, wraz z kolegą – fotografem, oddalać się od stajenki …

Rzecz można obejrzeć. Aspirująca do nagrody Orły Straż Miejska wszystko skrupulatnie sfilmowała.

Niestety po tym niezłym początku, zwiastującym wartkie kino akcji, scenariusz ostro skręcił - ku, oczywistej, rozpaczy Jezuska, któremu kruche kosteczki pod kurtką porywacza  zaczęły się już powoli ogrzewać, a i na myśl o czekającej go przygodzie krew w żyłach radośnie zatętniła.

Ale, jak już zaznaczyłam - niestety.
NIESTETY   
w minutę policja przybyła
Jezuska raz i dwa odbiła
I znów mały jest złożony w budzie
W chłodzie, brudzie
i POTWORNEJ NUDZIE.




czwartek, 3 grudnia 2015

Zaginiona


To nie będzie wpis snujący hipotezy. Nie będę się zastanawiać, czego świadkiem była Warta. Nie będę domniemywać, niuchać, oskarżać ani usprawiedliwiać….
Chciałabym pochylić się nad tymi, których szukać nie trzeba, bo sami w oczy się rzucają.
Nad policją i Krzysztofem R.
Po co się zatrudnia Krzysztofa R?
Po co zatrudniać takiego Krzysztofa?
Bo Krzysztof będzie prowokował, szarżował i nacierał. Krzysztof jest ruchliwy, ma niewyparzoną gębę, ciemne okulary i co chwilę sypie nowymi filmami, dowodami, podejrzeniami. Co i rusz rzuca je na stół konferencyjny wprost z rękawa, a rękaw u niego skórzany oraz czarny, głęboki i szeroki.
Krzysztof zawsze (sprawia wrażenie, że) wie.
Krzysztof R. jak Red bull, Krzysztof R. jak duracell - ładuje policję (depcząc jej ambicję).

Środkiem, którym w nadmiarze dysponuje policja - jest czas. Gdybyście się kiedyś jeszcze zastanawiali dokąd ten czas Wam leci - wiedzcie, że na posterunek. 
  
Policja zawsze ma mnóstwo czasu i nie waha się z tych niezmierzonych zasobów czerpać, działając w swoim tempie. Powoli i opieszale.
Chyba że…. Chwileczkę!, momencik jeden!, bo oto nad Wartę przybywa Krzysztof.
Krzysztof R.
Zawsze zwarty i gotowy. Bardzo proszę. Przy dźwiękach łopotu płaszcza jego DE TE KTY WI STY CZNE GO  policja napina pierś, sczepia pośladki, wydłuża krok i nastawia zegarki. Niestety nie przyzwyczajeni i nie wytrenowani w wartkich i spiesznych działaniach, tak zapomnieli się w tym wyścigu, że o niezbitej (choć popartej ledwie poszlakami) śmierci zaginionej, dumnie i migiem wpierw informują media, a za ich pośrednictwem cały świat wraz z rodzicami dziewczyny, dając tym samym niezbity dowód zrównania się na bieżni z Krzysztofem.
A więc, uf, udało się. Dogonili go! Osiągnęli ten sam poziom.

Gratuluję.

sobota, 31 października 2015

Medycyna pracy

Wcześniej czy później przychodzi ta straszna chwila, że oto trzeba rzucić się na ladę i być jeno ciałem, które ktoś zmierzy, zważy, pomiętosi, pomaca, osłucha i wyda opinię o jego przydatności do służbowego życia.
Moja gwarancja skończyła się w tym miesiącu i musiałam udać się na przegląd, coby dowieść aparatowi administracyjnemu, którego radosną częścią jestem - swej przydatności i sprawności.

Wtopiłam się w gęsty tłum napierający na pierwszą i główną śluzę do przebycia - pokój pielęgniarek przemysłowych, będący jednocześnie Pokojem numer 3, dalej zwanym trójką. Przez długi czas miejsce, które zajęłam w ogonie kolejki, zmieniało się tylko dzięki napływającym wciąż chętnym do badania; dzięki nim dość szybko przestałam być tą ostatnią, jednakowoż do bycia pierwszą drogę wciąż blokowała mi taka sama ilość głów, co na początku. Momentami nawet ich przybywało, gdyż system poruszania się pomiędzy gabinetami był tak zmyślnie zorganizowany, że po wyjściu od pielęgniarek, szczęśliwiec udawał się do wskazanego mu przez nie – specjalisty. Tenże sprawdzał zdatność do podjęcia wytężonej  pracy wybranych członków ciała - tych, w których badaniu się wysoko specjalizował (i nadal specjalizuje, jeśli szczęśliwie dożył dnia dzisiejszego). Następnie, ów śladowo zbadany, wracał do pokoju nr 3 (już bez kolejki!), by tam pielęgniarka uzupełniła jego kartotekę o zdobyte wyniki i wskazała kolejny gabinet na kolejne badania. Tak więc ścieżka, którą wydeptywał jeden pacjent wiła się po całym budynku, kłębiąc przy drzwiach trójki.
Proces oczekiwania trwał w nieskończoność. Jeśli się miało kaprys, by na noc wrócić do domu, trzeba było walczyć o każdy centymetr dzielący człowieka od trójki. Do wspomnianych bez-ko-lej-ko-wców nierzadko dołączali oszuści, którzy blefując, że wrócili właśnie z jakiejś wizyty, pod pozorem uzyskania dalszych wskazówek od pielęgniarek, wchodzili na krzywy ryj przed zgodny z prawem szereg. Ponadto niemożliwym było zejście na bocznicę, by choć na chwilę spocząć na krześle, gdyż, gdy niebacznie to uczyniłam, nowo napływający pacjenci od razu zaczynali miast za moimi plecami stawać przed moim nosem.

Po zmitrężeniu dwóch godzin, kiedy w mych myślach (bujne i gęste) włosy stojącej przede mną nieszczęśnicy zostały policzone, a kości kilku butnych gości przetrącone - trafiłam w końcu przed zacne oblicze jednej z pielęgniarek, dzień dobry, i rozpoczęły się powolne administracyjne korowody. Tempo podjętych wokół mnie działań  najdobitniej wskazało mi przyczynę rozciągniętego do wieczności czekania. Ale. A'propos czekania (od razu zdradzam, że BEZ O WO CNE GO) na dobry początek  serdecznie mnie poinformowano, że przyszłam za późno (sic!) i dziś już zaświadczenia nie uświadczę.
Prawda w oczy kole. Nomen omen. Okulista już zakończył urzędowanie.
Pytanie – dlaczego?, skoro na zegarze ledwie 11:00, w poczekalni tłum, a cały ten czcigodny przybytek, mierzący zdolności ludzkiego organizmu do wszelkiej pracy jest czynny do 18:00? – ... uwięzło mi w gardle. Nie byłam zdolna zadać go tej miłej pani, która mogłaby być mą babcią, i która na kieszonce fartucha miała (choć mógł to być zwid mej zmęczonej głowy)) napis: ku chwale zusu. Nie mogłam się na nią gniewać. Zresztą stawianie jakichkolwiek pytań byłoby jeno rzucaniem słów na wiatr, jako że Pani troszeczkę nie dosłyszała, czego domyśliłam się podczas żmudnego badania słuchu, któremu mnie poddała; następnie zostałam zobligowana do recytowania swoich danych osobowych, których Pani nie mogła rozczytać (wzrok już nie ten) ze skierowania. A jako, że, jak wspomniałam, uszy jej były w podobnej kondycji, co i oczy, odarłam się z największych tajemnic przed tymi, którzy byli w kolejce za mną… Bo wstępnemu badaniu (zdaje się, że o tym drobiazgu jeszcze nie napomknęłam) poddaje się ludzi przy drzwiach otwartych, na oczach oczekujących na tę przyjemność za progiem trójki. Trochę mi żal, że żadna z intymnych informacji z życia mego nie wzbudziła aplauzu publiki, choć (niechaj przemówi ma nieskromność!)  podany przeze mnie wzrost – był słuszny, a ciśnienie - wzorcowe; Pociechę nieco niesie mi tylko fakt, że też i żadna z danych, które podałam głosem gromkim – nie została wygwizdana, czy oprotestowana, a wagę, dajmy na to, śmiało podałam sprzed lat czterech.
Pani wypełniła tryliard druków w tyluż kopiach pod moje wyraźne dyktando i zapisała mnie do okulisty na dzień następny. Wejdzie Pani jako druga do czwórki, a potem do nas do trójki, JUŻ BEZ KOLEJKI.  
Po tych przyjemnościach wyszłam bez zaświadczenia o zdolności,
aczkolwiek czułam ze jestem zdolna do wszystkiego
(zwłaszcza najgorszego)
….
Jednak byłabym niesprawiedliwa, gdybym napisała, że upojne chwile spędzone w poczekalni poszły na marne. Dnia następnego elastycznym krokiem wkroczyłam z podniesioną głową starego (no-no-no!) wyjadacza w znane mi już mury. Przez noc flegmatyczny porządek przyjęć nie uległ najmniejszej poprawie, ale, jako, że już należałam do zacnej, wąskiej grupy bezkolejkowców, ociężała organizacja mnie nie martwiła.
Warując czujnie pod drzwiami gabinetu numer cztery, obserwowałam spacerujące korytarzem wczorajsze pielęgniarki. Dziś pełniły znacznie donioślejsze funkcje i w zależności od tego, do którego pokoju wchodziły, stawały się - neurologiem (pokój 5), lub laryngologiem (pokój 8). Pełna podziwu dla interdyscyplinarności rzutkiego personelu, pogratulowałam sobie jednak, że te specjalistyczne badania mnie nie dotyczą i odczekawszy małą godzinkę przed pistacjową ścianą – weszłam do okulisty. A okulista (o dziwo nie okazał się żadną znaną mi pielęgniarką) był punktualny i niekonfliktowy. Swą celną diagnozę bez protestów oparł na podanych przeze mnie wartościach dioptrii, dzięki czemu opuściłam gabinet w minutę z niezbędnymi papierami w garści. I udałam się forsować ostatnią przeszkodę na drodze do mej zdolności - lekarza ogólnego. Ten, w przeciwieństwie do okulisty, był jak zwykle wnikliwy, drobiazgowy, ale i po raz pierwszy okazał się dla mnie szczodry – dając atest na 3 lata. 

Wychodząc w końcu na świeże powietrze, miałam jeszcze jeden powód do radości. Podstawowym narzędziem pracy lekarzy i pielęgniarek jest obecnie długopis. To, że w tym dokumentacyjnym zapamiętaniu okulista nie wbił mi go w oko, pielęgniarka w żyłę, a lekarz ogólny w język, uważam za prawdziwy i szczery uśmiech losu.