poniedziałek, 20 lipca 2015

Pokojowe rozwiązanie, czyli rzecz o myszy cz.I




Nie było jej ledwie kilka dni i to wystarczyło.
Życie nie lubi próżni.
Nawet to maleńkie w mysim futerku.
Tak więc, jak B. wróciła, jej apartamenta były już zajęte.
- ale to mój pokój! – krzyczy B.
Mysz nie widzi problemu, chętnie i szczodrze podzieli się łatwo zdobytymi niezmierzonymi metrami.
Niestety B., która w tym rozdaniu dostała rolę  nieproszonego gościa, miast godnie i pokornie ją przyjąć i być wdzięczną za wspaniałomyślność małego gospodarza, nie godzi się na parcelację przestrzeni, którą w całości uparcie uważa za własną. 
Obu stronom, działającym pod wpływem silnych emocji strachu, koniec końców nie udało się dojść do konsensusu. 
Mysz urażona siedzi w kącie (którym? Nie wiadomo!) i milczy. B. zaś dla kontrastu wzburzona tupie, szaty (i papę:) drze; żąda natychmiastowej eksmisji (niestety po zakończonych bezpłodnych pertraktacjach, sabotuje spełnienie wykrzyczanych postulatów, własnoręcznie zatrzaskując przed dziką lokatorką drzwi). 
Niezłomna mysz zawiesiła nos na kwintę i konsekwentnie swych żądań z pyska nie wypuszcza.
B. zaś nie zawiesza (ni kinola, ni) broni!
Gdyż B., przyznać to tutaj uczciwie musimy, ma zamiary dość nikczemne.
Nim uwięziła intruza, dywan wyścieliła grubo lepkimi pułapkami. Ale nie osądzaj jej czytelniku zbyt surowo, bo czy i Ty nie posunąłbyś się do tak drastycznych rozwiązań, by w końcu dostać się do własnego łóżka i osobistej szuflady z bielizną (a i nie zapominajmy o książkach! Dobrze wiemy, że nawet najmniej wykształcona mysz potrafi w trymiga połknąć niejeden tom!)?  

Impas trwa już dwa dni.
Czy dojdzie do rozejmu?
czy(j) w końcu będzie pokój?

Oto pytania dręczące obserwatorów tego przykrego incydentu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz