Nigdy nie wybierałam imienia dla dziecka, ale jestem w
stanie wyobrazić sobie stopień trudności tego zadania: presję otoczenia,
poczucie odpowiedzialności i księgę imion szczerząca groźnie swe niezliczone
strony.
Wyobrażam to sobie, wiedząc jakie problemy stają człowiekowi
na drodze, gdy chce nazwać zwierzę. Zdawać by się mogło, że to dalece prostszy
zabieg. A JEDNAK, Proszę Państwa, jest i presja otoczenia, poczucie
odpowiedzialności i tryliard pomysłów, których nie ogranicza żadna księga, ni USC.
Wczoraj zostałam poproszona o zaprojektowanie imienia dla pewnego
kota.
Sezon grzewczy w pełni, Barbórka tuż za rogiem, a
umaszczenie kota czarne – więc szybko podsunęłam, że może: Koks? Niestety ta
genialna propozycja długo życiem się nie cieszyła zbita przez argument, że właściciela
tak nazwanego pupila można dlań zgubnie powiązać z rynkiem dopalaczy. Ta
błyskawiczna dezaprobata nieco mnie zdziwiła,
choć potem a i owszem, przemówiła dość wyraźnie, gdy wyobraziłam sobie, jak
pewnego ciemnego wieczoru
pan będzie szukał zagubionego kotka
gdzieś między blokami
w najgłębszych zakamarkach osiedla Lecha
z konspiracyjnym i wabiącym szeptem na ustach:
koks, koks, koks, koksik…
:))))
Zrobiłam małe badanie.
Wszyscy respondenci (z wielce reprezentatywnej grupy
5osobowej) mieli identyczne dopingujące skojarzenia.
Doprawdy nie wiem, dokąd zmierza ten świat, skoro nikt już
nie pamięta o zwykłym czarnym koksie o dużej wartości opałowej.
Dalibóg
Narkotyki zabijają
polskie górnictwo