środa, 24 lutego 2016

O zmianie płci

Rzecz zaczęła się dla mnie w chwili, gdy K. wpadła znienacka, entuzjastycznie polecając mi pewien film:
- musisz go obejrzeć! FAN TA STY CZNY! Bardzo dobry.
- jaki tytuł?
- "Owce”! byłam na nim. F. mnie zaprosił. 

Wyrwała się, choć cały weekend zajęta była pogonią za pewnymi papierami - ważnymi i niezbędnymi do sfinalizowania sprzedaży samochodu. Poszukiwania były ciężkie i objęły niewąski teren salonu, sypialni, skrytek i szafek kuchennych, wnętrza najmniejszych szczelin, samochodu, piwnicy i garażu. Obszar tropienia rozszerzyłby się zapewne też o zapajęczony strych, ogród, pole i oborę, gdyby tylko K. w granicach swych włości takimi gospodarskimi obiektami dysponowała. Ale i tak obwąchanie skromnego metrażu pochłonęło w mig jej dwa wolne dni, a na domiar złego zakończyło się kompletnym fiaskiem. Dlatego też, obok czasu, K. zabrakło i sił, i ochoty na to, by zadbać o image przed wieczornym wyjściem.  A nie chcąc już męczyć wzroku, wycieńczonego wielogodzinnym intensywnym wypatrywaniem dokumentów, nie rzuciła ni jednym okiem w lustro i na spotkanie z F. poszła tak, jak stała. Ogarnięta wstrętem do złośliwych rzeczy martwych, twarz udekorowała kwaśną miną, wieńcząc ją artystycznym nieładem, nie pierwszej świeżości, włosów. Całość zaś dopełniła gustownym dresem, noszącym ślady niedawnego i nieudanego pościgu za zgubą. 

- … w ogóle nie wiedziałam, że są walentynki! zresztą, daj spokój!,  i tak nie miałam do tego głowy.

Pod kinem w zdumienie wprawiła ją absencja F. Konsternacja trwała krótko, gdyż K. obce są niskie uczucia urażonej dumy kobiecej, a jako, że nie była świadoma swej wątpliwej atrakcyjności, która usprawiedliwiłaby czmychnięcie na jej widok każdego, nawet najlepszego i niedowidzącego znajomego - wykonała szybki telefon. Błogosławione łącza pozwoliły bohaterom naszego walentynkowego dramatu ostatecznie rozpoznać współrzędne geograficzne aktualnie przezeń zajmowanych pozycji na mapie kulturalnego Poznania; i kategorycznie ustalić, że na miejsce spotkania wyznaczony został próg kina Apollo, a nie podwoje Rialto, którego hol uświetniała właśnie swą obecnością K., ostrym konturem odcinając się z tła eleganckich par.

Ale, jako że mowa o walentynkach, oto powoli zbliżamy się do happy endu. Koniec końców, spotkali się! K. w ostatniej chwili przed seansem trafia pod dobry adres, ukazując się F. w całej swej wymiętej okazałości, gwałtownie pozbawiając go wszelkich przyjemnych doznań estetycznych, których biedak (artysta  - dodajmy, by w pełni zilustrować ogrom jego rozczarowania) mógł się po tym wieczorze ewentualnie spodziewać. Od tamtej chwili jego głód harmonii i piękna mógł zaspokoić tylko wybrany film. Prawdę mówiąc, już zapadająca ciemność w sali kinowej w swej łaskawości przyniosła mu pierwsze uczucie ulgi, okrywając szczelnie, siedzącą obok, niedorobioną postać Dulcynei.

Oczywiście dres na walentynkowym spotkaniu, to nie koniec świata, nie bądźmy małostkowi, zwłaszcza, że:

- film był świetny! Naprawdę musisz iść! „Owce” pamiętaj!

Epilog:
Po uczcie duchowej udano się na kolację. W knajpie nasza flama, studiując czystą biel karty menu, uświadomiła sobie, że zapomniała okularów do czytania. Nie widząc ni literki, oddała się pod opiekę przygodnemu kelnerowi, w pełni zawierzając jego kulinarnym gustom i poleceniom.
Jako, że ja tyle zaufania nie mam nawet, a może i zwłaszcza!, do samej K. przed podjęciem decyzji udania się na seans zajrzałam do Internetu, gdzie po krótkiej kwerendzie: kinowe owce okazały się być baranami.

"Barany. Opowieść islandzka" - Polecamy.

czwartek, 4 lutego 2016

Czarodziejka

Polska kolej jest fantastyczna
Jest zdolna, kreatywna
i gest ma szeroki

Nie trzeba jej nic.
Salomon? Dyletant i prostak!
Ona z łatwością z próżnego leje
I to szczodrze
Trunek gratis
kielich goryczy dla każdego pasażera! Serwowany do porannej podróży.   
Polska kolej ma dość defektów, by, bez dodatkowych składników, uwarzyć wyborne wprost spóźnienie.
Inni czekają na odpowiednią sytuację, korzystne okoliczności przyrody, bez których nie podołają temu zadaniu. Muszą mieć mgłę, lód na drodze, śnieg z deszczem, gradobicie… słowem: GRYMASZĄ, tymczasem dla niej to nie są komponenty niezbędne do poślizgu. Ona spowalnia niezależnie od warunków pogodowych. I nawet przy 10 stopniach na plusie, kiedy w atmosferze NIC nie wisi, gdy powietrze przejrzyste, a podłoże suche - serwuje podróżnym wyśmienite opóźnienia.
Nie przeszkadza jej nawet wiatr w plecy dmący.
 
Od miesiąca udowadnia swe mistrzostwo, uzyskując dobre wyniki.
Codziennie wyczarowuje pasażerom dodatkowe 10 – 15 minut, które mogą spędzić w pociągu, zamiast tkwić zbyt wcześnie w pracy (dłuższy pobyt w wagonie wliczony w cenę biletu!). I każdego dnia, dzięki niej, mogą wkraczać do biura, zakładu, fabryki z pompą  (spektakularny efekt wejścia, a jakże! – w bonusie, bez dodatkowych opłat).

A dziś otrzymałam dowód koronny jej talentu.
zgodnie z szumną zapowiedzią konferansjera
Pociąg wjechał na scenę
z półgodzinnym opóźnieniem.   
Pół godziny! taka oto sztuczka z rana!
Prawie żem padła z wrażenia na kolana!
i już naprawdę nie mam żadnych wątpliwości.
Co do polskiej kolei (nie)sławnych zdolności .
Wychylam kielich kolejne znów rano
I miast DOŚĆ, krzyczę wciąż  MAŁO i MAŁO!!!!

Co dowodzi, żem już w trupa zalano:/

piątek, 29 stycznia 2016

njus sponsorowany


na tę informację czekałam. 
pewnym było, że ją podadzą. Za dzień, za dwa... ALE OTO JUŻ!
Właśnie puszczono w eter, że przez Polskę przetoczy się fala zachorowań na grypę. 
Fala wysoka i silna; żywioł, który zmiecie sporą garść ludności polskiej. A może i nawet jej garści dwie.
git. Jest fala, jest news i ton wygrzebany z tego samego magazynu, gdzie na użycie oczekują ponure brzmienia o śnieżycach, trzęsieniu ziemi, ataku roju pszczół, pladze motyli, epidemii płaskostopia, kwaśnych deszczach, ofensywie drapieżnych wiewiórek i szturmie dzikich krów.  
Ponieważ wszystkie te malownicze atrakcje ostatnio omijają nasz kraj, reporterzy nie mają materiału do ćwiczeń tonu ostrzegawczego; do pielęgnowania tego drżącego dźwięku pełnego troski i niepokoju, przeplatanego złowrogą barwą, stawiającą na nogi każdego słuchacza i trwożącą serce jego. Te srogie głosy na alarm bijące -  butwieją w archiwum radiowym; Ażeby nie uległy doszczętnemu zniszczeniu i marnacji, czasem trzeba ich użyć. Odświeżyć, przewietrzyć, orzeźwić. Każdy rasowy reporter winien kilka razy w roku, dla wprawy, poczuć w krtani ten apokaliptyczny ton, a choćby i nadając o grypie. Każdy kraj ma swoje klęski żywiołowe. W oczekiwaniu na spektakularną makabrę, która pozwoli się dziennikarsko wyżyć, trzeba rzeźbić w dostępnym tworzywie.
Übung macht den MeisterPowiedzmy, że to jeszcze rozumiem (uczyło się tych języków:), ale te barany w ekstazie ćwiczebnej relacji idą za daleko.
Gorąco zachęcamy do szczepień - mówi bowiem radio - ludzie, którzy się nie szczepią, stanowią zagrożenie dla tych najbardziej podatnych na chorobę

Acha, acha…
zamiast dopingować ludzi do podtrzymywania tlących się w nich jeszcze mechanizmów obronnych, zachęca się i namawia do ich gaszenia. Gdy tymczasem główne źródło grypy bije spokojnym, równym rytmem, ot!, w ludzkiej głupocie, czy ładniej: ignorancji (ale wcale nie szczepionek).

Skończył się mróz. Ludzie - osłabieni, zmęczeni zimą i życiem w ciemnościach, ze swoim brakiem wyczucia w kwestii stroju, i ze skrupulatną nieumiejętnością zadbania o swoje zdrowie, z głębokim poważaniem profilaktyki i bezgranicznym zaufaniem do antybiotyków -  łapią infekcje sprawnie, niczym zniecierpliwione panny bukiety na ślubach koleżanek. A potem, trzymając już w ręku dorodny stan zapalny, spacerują z nim dumnie w tłumie, jak dziecko z balonem na festynie, i upuszczając zeń powietrze powoli, a skutecznie, infekują innych. 
O to, to TO.

Szczepionka tu. Szczepionka tam. Na to i owo.
Spodziewam się, że ostatni człowiek zejdzie z tego świata z powodu zwykłego kataru. Zabije go własne kichnięcie. Nieszczęśnik wystraszy się go i padnie na zawał.
Pysznie dodałbym jeszcze: wspomnicie moje słowa, ale przecie nie będzie komu ich wspominać.
Żal i smutek.


wtorek, 26 stycznia 2016

O pomyślunku

Rzecz byłaby dla mnie zrozumiała, jasna i klarowna, gdyby ten list znaleziono w butelce na rozmiękłym brzegu Warty. Anonimowy papier z intrygującą i zapewne alarmującą treścią, wetknięty w szkło. Nie czepiałabym się też, gdyby list trafił na biurko prosto z dzioba przygodnego gołębia pocztowego, albo gdyby opadł nań przyniesiony wiatrem. Taki smutny niczyi liść. Przypadkowy, nie podpisany, a szalenie frapujący. Albo, gdyby to był gryps skreślony tajemniczą ręką, pozbawioną odcisków palców, której właściciela naprawdę trudno namierzyć...
W powyższych sytuacjach jakiś zaciekawiony mimowolny znalazca przesyłek mógłby, mógłby!, się skusić i wszcząć żmudne poszukiwania ich prawdziwego adresata poprzez alarmowanie najbliższej okolicy i stawianie na nogi okolicznych ludzi.   

Ale (po tym przydługim wstępie) rzecz będzie o mailu. Zwykłym, pospolitym mailu. I o tym, że coraz trudniej na służbowych salonach spotkać zwykły, zdrowy rozsądek; czy inaczej tzw. chłopski rozum.

Otóż pewna pani dostaje maila od innej pani, której nie zna i pojęcia nie ma o sprawie, z którą zwraca się do niej owa nieznajoma, która notabene zaznacza w mailu, że nie jest pewna, czy pod dobry adres trafiła. 

Zatem, już bez złożoności: pewna pani ma w skrzynce maila, który ewidentnie NIE JEST do niej; mało tego: po wnikliwym przestudiowaniu treści listu ona nadal nie wie, ani przypuszcza: kogo z otaczających ją ludzi ta korespondencja mogłaby dotyczyć?
Nie stać jej na zimny odruch. Na nieczułe wyrzucenie cudzej korespondencji do kosza i w niepamięć, więc w głowie kiełkuje altruistyczna myśl, że mogłaby ocalić ten list. Wyprowadzić go z bezdroży. Nakarmić, napoić i podać do właściwych rąk.

Cel ten, tak szczytny, przyświeca jej tak bardzo, że biedaczka oślepiona jego blaskiem szerokim łukiem zbacza z drogi doń prowadzącej i nie odpisuje tajemniczemu nadawcy, że się jednak pomylił, bo się nie znają, aczkolwiek zapewne poznanie się byłoby miłe, niosące zaszczyt, honor, a nawet i inne dobrodziejstwa. Jednakowoż na razie, jako przygodnie napotkana w internecie osoba, ośmiela się zasugerować, że być może faktycznie zaszła drobna pomyłka. Być może pomylono działy, być może pracowników, a może w ogóle trafiono kulą w płot, czyli nie w tę instytucję…  niestety! MIAST tego, jakże trafnego!, choć nieco przydługiego odzewu - kontynuowany jest spacer ścieżką koślawą i podejrzanie się wijącą; mianowicie nasza omyłkowa adresatka bezmyślnie rozprowadza zagadkowy list po innych komórkach firmy z gorączkowym zapytaniem:

CZY KTOŚ Z WAS COŚ NA TEN TEMAT WIE?! PROSZĘ O ODPOWIEDŹ! 

Dostaję to zapytanie z poleceniem rozesłania do dalszych jednostek i pracowników. Bo być może ktoś jednak coś wie, coś komuś o uszy się obiło, albo w którymś z kościołów mu dzwoniło.

I tak oto mail, jakiejś nieznanej pani, przetacza się wartko po wszystkich służbowych skrzynkach i okolicznych parafiach. Tak oto szasta się cudzym przekazem, zaśmieca pracowniczą pocztę i angażuje kilkadziesiąt osób w sprawę, którą rozwiązałoby jedno pytanie do jednej osoby. Do nadawcy.

Dlaczego ten uczciwy pomysł, oszczędzający i słowa i czas, tak rzadko przychodzi do głowy pierwszemu błędnemu adresatowi? Czy koncept ten jest zbyt banalny, a przez to nie godzien uwagi?

Jedna z moich pierwszych szefowych zawsze, gdy był problem do rozwiązania, mówiła: „Weźmy to na logikę!”
I myśmy brali.
Dlaczego teraz nie biorą?

Czy ktoś z Was coś o tym wie? PROSZĘ O ODPOWIEDŹ! :)