niedziela, 24 stycznia 2016

o agnostyku

Polityka nigdy nie była niewinna (a ja na tyle naiwna, by tak sądzić). Ale też i nigdy tak bardzo mnie nie zajmowała i nie drażniła. Obrażeniom zapewne sprzyja zbyt wysuszona skóra (bo mróz, ogrzewanie, wiatr…) i wystarczy muśnięcie, by mnie urazić. Lecz miast się zakryć -  ciągle odsłaniam czuły punkt i nadstawiam oko na sól.
Z odrazą, a jednak, wciąż słucham, oglądam, czytam. Masochistycznie taplam się w tych kłamstwach i absurdach.  A potem chcę zakopać się na stojąco w ogrodzie i przed ostatnią garścią piachu walnąć się łopatą w łeb. Jak to zrobić? 
Dopóki ziemia nie zmięknie - niszczę punkty styczne. Dziecinada, ale broszki pogrzebałam na dnie szkatułki. Ale co dalej? Apostazja? Na tle obecnego politycznego jazgotu w wysokim świątobliwym tonie - zaczyna brzmieć kusząco.  
Pan prezydent na noworocznym spotkaniu z rządem na wstępie powiedział, że cieszy się, CIESZY się, że są tutaj razem zebrani i wszyscy wierzący.

I to mnie pociesza. Nie ma styku. 
bo ja ostatnio bez ustanku powątpiewam
i nie wierzę
nie wierzę własnym oczom i uszom.


poniedziałek, 18 stycznia 2016

Ważny komunikat

Może chciał wywietrzyć biuro przed przerwą świąteczną?
Otworzył okno, wyszedł na chwilę do pokoju obok, ale potem szybko zrobiło się późno, trzeba było wyjść, czas naglił, a tu szalik, tu czapka, teczka, telefon…  i zapomniał zamknąć. Albo może zamknął, ale w pośpiechu niedokładnie. Bo tu telefon, tu cholerna czapka, teczka i nie przytrzymał dobrze, nie docisnął i poszedł do domu.
Tak, czy siak, podczas przerwy świątecznej okno musiało być szeroko otwarte. A dzięki wnikliwej nieuwadze sprzątaczki, wyczerpującemu lenistwu portiera i gruntownej bezczynności ochroniarza sytuacja nie zmieniła się ni na jotę aż do nowego roku. 
W biurze tymczasem zagościł i wiatr i mróz i śnieg i deszcz. Kaloryfery nie zniosły bezpośredniego ataku i pękły. Sprzęty, papiery, szafy zostały zalane. A następnie wszystko ściął lód. W takim stanie w styczniu  zastało swój służbowy pokój owo nieuważne i beztroskie – nieznane mi -  indywiduum.

Tak to sobie wyobrażam, po lekturze maila, który właśnie został rozesłany wszystkim pracownikom.
"Temat: Ważny komunikat

W związku z okresem zimowym, Dział Gospodarczy przypomina o sprawdzeniu, przed wyjściem z pracy, czy wszystkie okna są szczelnie zamknięte w pomieszczeniach, w których Państwo przebywacie lub nimi zarządzacie.
W wyniku silnego mrozu i porywistego wiatru, możliwe jest otwarcie niedomkniętych okien, pęknięcie kaloryferów wskutek różnicy temperatur i zalanie pomieszczeń.

Prosimy zachować czujność i odpowiedzialność za powierzone mienie"
……
Przejęliśmy się i, dalibóg!, staramy się, jak możemy, odpowiedzieć na to dramatyczne wezwanie solidnym, weń wskazanym, czynem. Dzielnie bronimy biura przed zimą, choć pilne czuwanie nad oknami rozprasza nas i odciąga od innych, nie mniej ważkich, zadań.
W drodze do toalety zastanawiamy się, czy aby na pewno okna są zamknięte; 
wychodzimy z pracy też tylko z tą jedną niepewną myślą, która zmusza nas do niekończących się weryfikacji -  Co, zwłaszcza dla kogoś (ekhm), kto pracuje na 6 piętrze, a z powodu lekkiej klaustrofobii nie jeździ sfatygowaną i kapryśną windą -  jest cokolwiek męczące (choć uda rzeźbiące).
Nerwica pożera nam żołądki, a bezsenność rozsądek. W nocy budzi nas dźwięk trzaskającego niedomkniętego służbowego okna; prześladuje nas stukot futryny, z którą radośnie romansuje wiatr; wzdrygamy się, słysząc chlupotanie deszczu i bledniemy, gdy prognozy mówią o silnych mrozach.
Ale  mimo to, Moi Mili, nie tracimy ducha i wciąż jesteśmy w stanie pogotowia. Mamy oczy szeroko otwarte na okna szczelnie zamknięte. Powołujemy dyżury, gdyż (jak bystro wykoncypowaliśmy) zbiorowe dmuchanie na zimne mogłoby również wytworzyć niepożądaną różnicę temperatur i doprowadzić do kolejnego nieszczęścia. 

I choć nie ustajemy w działaniach i organizujemy się wciąż lepiej i na nowo, to jednak i w gruncie rzeczy, nie same okna spędzają nam sen z powiek, ale towarzysząca im myśl, TA STRASZNA MYŚL, że za chwilę zostaniemy zobligowani kolejnym WAŻNYM KOMUNIKATEM do podjęcia dalszych skrzętnych gospodarskich kroków i przyjdzie nam pamiętać TEŻ o spłukiwaniu wody w toaletach, zamykaniu klap, zakręcaniu kranu, wyłączaniu światła w opuszczanych pomieszczeniach, …
… i o zamykaniu (szczelnym!) drzwi.
To doprawdy pozbawia nas sił.

środa, 13 stycznia 2016

Gdzie diabeł nie może …


Wysłuchałam wczoraj orędzia Pani Premier.
Była to, jak zrozumiałam, jej pierwsza niezmanipulowana wypowiedź w zdrowiejącej telewizji.
Przemowa była krótka.
I można streścić ją słowami: jest dobrze. Jest bardzo dobrze. Jest tak dobrze, jak jeszcze nigdy nie było. A będzie jeszcze lepiej.
Tylko trzeba dbać o dobre imię tego kraju.  Rząd działa sprawnie i szybko wypełnia złożone wyborcom deklaracje pod ostrzałem złych spojrzeń i krytycznych, niezasłużonych uwag.
Tymczasem pamiętajmy o dobrym imieniu. Oczywiście brudy się zdarzają. W każdym domu czasem trzeba coś wyprać. A to skarpetka, a to chusteczka… Pani Premier Dulska nie neguje tego faktu. Nie możemy zarosnąć brudem. Nieczystości należy prać. W domu!, używając do tego pralek polskich producentów. A jeśli ktoś nie jest pewien, jaki sprzęt ma na stanie. Warto wrócić do starych, dobrych, tradycyjnych zwyczajów: morda w kubeł, czyli balia i tarka (to sprawdzona marka!).
Ale nie przemęczajmy się tymi gospodarczymi działaniami, bo przecież powtórzmy to: alles in ordnung, dlatego odpoczywajmy i dajmy pracować rządowi w spokoju. Zresztą nie udawajmy od razu takich czyściochów. Czasem wystarczy nie patrzeć, a jak już przykra woń dojdzie nozdrzy - rzecz lekko przetrzepać, nieco wywietrzyć i już się nada, czyż nie?
.
A skoro jesteśmy przy garderobie. Mała dygresja: Pani Premier odziana była w  garsonkę bordo, która okrutnie nie współgrała mi z białoczerwonym tłem. Te fałsze zakłóciły odbiór. Diabeł tkwi w szczegółach. Dlatego dziś rano nadal zamiast miodu i mleka, którym ponoć obficie spływa nasz kraj, widzę tylko błoto pośniegowe.
.
Po orędziu - seans "Ojca Mateusza".
Wprawdzie w ramówce widniało coś innego, ale od piątku wszystkie plany programowe diabli wzięli.
Aktualne być może będą za tydzień.

Piotr Kraśko powiedział na odchodnym: będzie dobrze.
Chciałabym mu wierzyć, tak jak do tej pory,

ale przecież wszyscy mówią, że on kłamie.   

poniedziałek, 4 stycznia 2016

Brzmienie novum


Nowy rok wniósł w moje spokojne i ciche życie śnieg, kilka promieni słonecznych i kilkanaście dodatkowych stopni mrozu, które, jak zrozumiałam z wczorajszego głównego newsa tvn, wykończą ludzkość, a jak nie podołają one – robotę skończy czad, gdyż i bo cytuję: „.. w tej chwili ludzie umierają z wychłodzenia, a inni z zaczadzenia” (innej opcji nie ma).
Ponadto rok rozpoczęłam z nowym, o krągłej linii srebrnego grzbietu, czajnikiem.
Imbryk AD 2016 ma wyświetlacz i kilka pięknych przycisków.
Jako nieśmiały nowicjusz z całego menu wykorzystuję tylko jeden klawisz, który zapewnia mi wodę ogrzaną do 100 stopni Celsjusza.

Niestety autor urządzenia założył, że dziś ludzie (oczekują czegoś więcej, czegoś ponad ten nędzny standard oraz, że) są przygłusi, albo po wstawieniu wody natychmiast zapominają o pragnieniu gorącego napoju, kryjąc się w najdalszych kątach niezmierzonych stepów swych mieszkań. Albo WSZYSTKO NA RAZ, czyli czajnik powstał dla zapominalskich, źle słyszących, spędzających czas w najdalej od kuchni położonych rozległych apartamentach, wyłożonych wytłoczkami do jajek.       

I dlatego (choć woda w tej futurystycznej aparaturze gotuje się tak głośno, że wystarczającym i najlepszym sygnałem informującym o tym, że już można parzyć herbatę - byłaby błogosławiona cisza)
wprowadzono dodatkowy anons o obecności wrzątku w domu:
TRZY DŁUGIE PRZEJMUJĄCE GROZĄ PISKI

Można wstawić wodę i iść odkurzać do znajomego, choć  najdalej od nas zamieszkałego, sąsiada – a i tak wieść o gotowej do użycia wodzie naszego ucha nie ominie. Nie wiem tylko dlaczego ktoś, kto chciał tylko popić herbatą śniadanie, miałby po włączeniu czajnika, gnać o świcie sprzątać z kurzu nie swoje dywany klika domów dalej… Szkoda, że przed uruchomieniem linii produkcyjnej, nikt nie zadał sobie tego kluczowego pytania.
Przez brak, zbawiennej w takich wypadkach, dociekliwości czajnik wydaje dźwięki wysokie i w swej wysokości tak przenikliwe, że zdolne, bez utraty mocy, pognać z parteru, z piwnicy, spod ziemi nawet!, poprzez wszystkie kondygnacje, by dopaść człowieka (siedzącego w nausznikach na szczycie wysokiej wieży!) i tam go ogłuszyć…
…tym samym potwierdzając swą rację bytu, przy kolejnym, ewentualnym łaknieniu gorącego napitku przez już słabo (o ile w ogóle!) słyszącego nabywcę przeklętego imbryka.

Na koniec dodam,
że żaden z dodatkowych przycisków
Nie służy
Do ściszenia pisku.

Cicho pracujący czajnik lub choć łagodniejszy dla ucha sygnał – to w roku 2016 wciąż wyzwanie dla producentów AGD, którzy (najprawdopodobniej z powodu użytkowania wytworzonych przez siebie wyrobów) pozostają głusi na realne potrzeby swych klientów.