poniedziałek, 27 czerwca 2011

Schody nie wyjdą z mody

Czy to nie miło przyjść do pracy w pierwszy dzień po urlopie i dowiedzieć się, że "dziś nikt nie będzie mógł do pani wejść. Drzwi na dole blokujemy i tylko, EWENTUALNIE, wybrani pracownicy będą mogli do pani podejść"? O, to cudownie, powiadam Wam. Ucieszyłam się. A więc będzie tylko spokój i ja...i cisza, i czas, by zeskrobać z biurka to, co na nim leniwie zaległo. Nie przewidziałam tylko jednego, że właśnie dziś, tego pięknego letniego dnia, będzie chciał mnie widzieć tłum. Stęskniony, niecierpliwy, pożądliwy i, co najgorsze, nie wahający się użyć telefonu komórkowego:

dzieńdobryproszępaniąbojajestemnadolealepanportierstoiwdrzwiachiniechcemniedopanipuścićaja...muszę...pilniepotrzebuję...bardzoproszę...nalegam...żądam...

I naprawdę to bieganie (dwa piętra w dół, dwa piętra w górę, dwa piętra w dół, dwa...raz, dwa, raz, dwa) nie byłoby takie złe, gdyby nie to, że tłum kapał pojedynczymi osobami. Żeby chociaż jakieś grudki-grupki, które mogłabym załatwić w drzwiach hurtowo. Nie! Co 15 minut. Detal. Co pół godziny. Pojedynczy egzemplarz. Dzyń, dzyń, kap, kap...

Nie wiem, kto mi wymierzył tę karę i za jakie grzechy, ale czuję, że moja kondycja zwyżkuje. Śmiało mogę powiedzieć, że dotarłam dziś na iglicę Pałacu Kultury.
A może nawet piechotą zdobyłam The Empire State Building.
Tak jest.
Tak coś czuję.
Coś jakby w mięśniach.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz