środa, 14 listopada 2012

EXIT, czyli wyjście po angielsku


Czuję przemożną chęć obgadania sąsiadów. Zwłaszcza, że mam o nich dość mgliste pojęcie, co obmowie wspaniałomyślnie sprzyja.

Sąsiadów rzadko widuję, jednakowoż wiem, że są.
A są niczym prezenterzy radiowi.
Niewidoczni i wyraźnie słyszalni.
Z tym, że 
radio w swej łaskawości daje opcję ustawiania natężenia dźwięku.
Co się zaś tyczy pokrętła do ściszania sąsiedztwa -
poszukiwania wciąż trwają.

Dwoję się i troję w tym śledztwie,
zwłaszcza wówczas, gdy boczną klatkę schodową (która bardzo szczęśliwie sąsiaduje z moją ścianą) pokonuje w dół olbrzymia istota radosnego usposobienia (które wróżę z jej niezwykłej i niegasnącej skoczności). Sadzi ci ona, przez parę dobrych pięter!, gromkie susy długości kilku stopni, zamykając całą tę dudniącą kompozycję dobitnym trzaskiem drzwi. Ten ostatni akcent zawsze stawia na nogi me kruche serce, bo niezmiennie brzmi, jak strzał z pistoletu. I TO TAK WIERNIE, 
że kiedy potem na klatkę schodową wychodzę ja, 
robię to bezszelestnie i tak szybko, jak tylko się da

Zapis nutowy mojego wyjścia
To pusta pięciolinia

Cicho i w mig daję w świeże powietrze nura,
By przypadkiem
w kącie klatki
nie ujrzeć
zabitego kangura.
:)

3 komentarze: