poniedziałek, 6 lipca 2015

Poranna klęska


No to jesteśmy w pracy. Ja i 30 stopni, które zwartą grupą napadły mnie o świcie i z którymi gnieżdżę się tu i teraz, szukając przestrzeni na oddech; Ledwo otworzyłam drzwi pokoju otoczyły mnie ciasnym kręgiem duchoty, którego (pomimo błyskawicznie wytoczonego oręża: spuścić przyłbice! otworzyć okna i drzwi!) w pył obrócić mi się nie udało.
Chwilę wcześniej gratulowałam sobie z racji pokonania wszystkich, co do jednego!, stopni schodów wiodących na moje 6 piętro, a tej, jakże liczebnie skromnej, trzydziestki od Celsjusza rozgromić sił już nie miałam. 
Mimo iż na zewnątrz pogoda zdaje się dziś wyjątkowo sprzyjać przewiewom, mi z odsieczą nie przyszła i przeciągu nie starczyło nawet na zbicie choćby marnej piątki z tej rozpalonej do czerwoności bandy.

Dobrze chociaż, że słońca nie ma (marna to kropla miodu w beczce dziegciu, ale jednak)  
Czyżby i dla niego
za dużo ciepłego?


:)

piątek, 3 lipca 2015

Przyszło lato


I (doprawdy trzeba być ślepym by nie zauważyć, że) większość z Was na to przyjście się nie przygotowała.
Ono pewnie przewidywało taką sytuację, która nie tylko co roku się powtarza, ale i co roku w coraz gorszej, mniej apetycznej formie, się przejawia.
W tym upatruję źródła spóźnienia Naszego- Miłego- W-Końcu-Przybyłego. Nie spieszno mu do nas było, bo też i kto by gnał w odwiedziny do kogoś, kto na powitanie otwiera drzwi w rozchełstanym podkoszulku i, za przeproszeniem, gaciach… albo któż nie bałby się przekroczyć progu domu pani odzianej w majtasy, z których dołem wypadają kląskające półdupki, i w przykrótki top, z którego kipią, jako i rzyć radośnie klaskając, piersi.
Czy można (mimo wyraźnie słyszalnych, wyżej opisanych, rozpustnych braw) poczuć się w takiej sytuacji komfortowo? Prędzej do głowy przyjdzie myśl, że jest się natrętem, gościem niechcianym, który swą obecnością zaskakuje gospodarzy, i to w sytuacji intymnej.  
Co ciekawe, po wnikliwej obserwacji powyższych okoliczności, stwierdzam (już nawet bez zdumienia), że skrępowana jest w nich tylko jedna ze stron – i nie są to owe golasy, które ni ubrania, ni wstydu nie mają.    
Aż dziw doprawdy, że po tych kilku dniach ciepła, Lato nie wycofało się z przykrego położenia.

Lustrując pociągi, autobusy, tramwaje, coraz poważniej myślę o tym, że jednak należałoby wprowadzić miejski dress code, bo ludzie kompletnie zatracili się w rozbieraniu, w negliżu gubiąc dobry smak i klasę.  
W tej chwili (jeśli mogę się pokusić o określenie obowiązujących granic) brzeg, do którego śmiało i chętnie dobijają panie – stanowi: skąpy top i maksymalnie wycięte, dopasowane dżinsowe spodenki. Panowie natomiast mężnie kursują w mgiełce piwnych oparów, brak materii na torsie, rekompensując dłuższymi, niż u pań, nogawkami spodenek.  

Na inaugurację przyszłych wakacji radzę Wam jednak być odzianymi bardziej stosownie. Jeszcze teraz możecie się lepiej postarać. Proszę Was. POSTARAJCIE SIĘ! Nie mówię że fraki i suknie ryglujące ciała po szyję. Ale. Bądźmy ciut, choć parę centymetrów bawełny, bardziej gościnni i grzeczni.
Intymność zostawcie w toaletach i sypialniach.
Niech się na ulicy nie zeszmaca.
I Lata Naszego nie osacza.
Przecież dobrze wiecie, jakie ono nieśmiałe. Nie zawstydzajmy go bardziej niż to koniecznie.
Tak długo się biedactwo czaiło za rogiem; wahało nieufne... a jak w końcu przyszło i chciało się rozgościć - pokazaliście mu gołą dupę.
Ładnie to tak?
Sami przyznajcie!
Hm?

niedziela, 28 czerwca 2015

Poniedziałkowy strajk odwołany!

Poniedziałkowy strajk odwołany!

- krzyczą Przewozy Regionalne na fejsbuku.

Pod (dworcową) latarnią najciemniej (wiadomo! żarówki zawsze wybite!). Jakie to szczęście, że wystaję w jej cieniu każdego ranka i popołudnia. O strajku dowiedziałam się tak późno, że nim jakikolwiek neuron zdecydował się rozdrażnić mój lichy układ nerwowy, podając tę wieść dalej - protest odwołano.   

To oczywiście słuszna decyzja, tym bardziej, że przecież kolej strajkowała po włosku tydzień temu w piątek, na mojej trasie. UMÓWMY SIĘ, jeśli podróż na odległość, cytując za biletem: 36 km trwa ponad 3 godziny, to każdy podróżny, nawet ten, którego znajomość języka romańskiego zaczyna i kończy się na buongiorno, zrozumie tak rozwlekłe wystąpienie.
  .
No ale puśćmy to w niepamięć. W końcu jesteśmy wielkoduszni. Lubimy Włochy. A pociąg jest nam niezbędnym narzędziem pracy codziennej i w dodatku jutro mężnie wyjedzie z garażu na tory i to, jak szumnie zapowiadają Przewozy, „zgodnie z rozkładem jazdy”

Nie do końca rozumiem tę ostatnią kłamliwą deklarację, ale i to szachrajskie zagranie puszczam mimo uszu i odprawiam tego szulera, miłosiernym kołataniem w konfesjonał, bo w końcu są inne poważniejsze problemy na świecie, jak na przykład ten, że w czerwcu, w jednym z najdłuższych dni w roku, o godzinie przedpołudniowej, w domu ciągle panuje listopadowy mrok.

„Lato, lato, lato czeka…”
Tylko nikt nie wie gdzie. Za którym wegłem? w której uliczce? i na co? NA CO ono tak czeka?

Na pociąg?

Jako stary gracz, wiecznie tkwiący w fazie strat, wietrzę problem.
Bo wprawdzie, jutro „pociągi Przewozów Regionalnych wyjadą na trasy zgodnie z rozkładem jazdy.” JEDNAKOWOŻ, czy aby zgodnie z rozkładem na miejsce dotrą?

Tego, nawet te kolejowe zbóje, obiecywać się nie ważą.





poniedziałek, 15 czerwca 2015

niewiele muzyki - mrowie retoryki

Niniejszym pozwalam sobie ogłosić, iż
opolski Festiwal Polskiej Piosenki
stał się festiwalem nużącej konferansjerki.
W Operze Leśnej* zakrólowało słowo żywe, ACZKOLWIEK niezbyt ono było rozśpiewane, ani niezbyt roztańczone, bo zainstalowane w (sztywnej pozie…) wielogodzinnej prozie.

Statuetkę super męczyduszy festiwalu otrzymuje ode mnie Pan Artur A. Gratuluję! (proszę wybaczyć lapidarność powinszowania, ale gdzież mi tam do Pana!)
Muszę uczciwie zaznaczyć, że konkurencja była silna, bo i rywali wielu, i wszyscy w gębie mocni. Wybór naprawdę trudny, bo tuż, tuż za plecami Pana A.A. dzielnie o nagrodę walczyła cała plejada Przewspaniałych Prowadzących, którzy to pierwszorzędnie przewlekle przemawiali, o dawnych czasach bajali i sążniście każdemu gratulowali.

A gdy jakiś niesforny melodyjny dźwięk w eterze zabrzmiał, zaraz zza pazuchy czujnego zapowiadacza wyskakiwała pierwsza lepsza dygresja, która nutę skutecznie kneblowała tak, że ta nie zdążyła dobrze wybrzmieć, a już była przez publikę zapomniana.
  
Wypleciona (gęstym grubym splotem anegdot i dykteryjek) narracja skutecznie przesłoniła i w zarodku zdusiła
wszelką muzykę i śpiew 
ostał się ino ziew.