dziś pewien motorniczy, miast wyjechać tramwajem z zajezdni, postanowił wyprowadzić (pasażerów z równowagi) go na spacer. Sunął po torach krokiem spokojnym. Godnym. Rzekłabym kontemplacyjnym. Ja niestety razem z nim. Ramię w ramię. Noga za nogą. Przystanków, poza tymi wyznaczonymi, nie brakło, gdyż tramwaj(owy piesek) znaczył wszystkie napotkane drzewa i słupy. Słowo! Żadnemu nie przepuścił. A ponieważ, umówmy się!, droga do mej pracy przez pustynię nie wiedzie, trochę to wszystko trwało. Poza tym tempo jazdy nie miało szans się rozwinąć, gdyż pan motorniczy znajdował szczególne upodobanie w polowaniu na czerwone światła…
mam poobgryzane paznokcie
i wyczerpany zasób brzydkich słów
I doprawdy lękam się, patrząc na to manko,
o to, co obgryzać i czym przeklinać przyjdzie mi przez najbliższe półrocze?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.