wtorek, 5 października 2010

Ślub, ślump, ślump, ślump…

- JAK JA DAWNO PANI NIE WIDZIAŁEM!!! – powitał mnie głośno portier z budynku, o który byłam zmuszona wyjątkowo zahaczyć.
- tak?
- OSTATNI RAZ CHYBA W CZERWCU!!! – krzyczy dalej.
- no widzi pan.
- NO WIDZĘ. A ŻE TAK ZAPYTAM. STAN PANI JESZCZE WOLNY, CZY JUŻ NIE WOLNY?
- ?
o-borze-tucholski-daj-mi-świeżego-powietrza-łyk-bo-padnę

To, że moja babcia liczy mi czas, że robią to rodzice, no i, o mój jeżuniu, ciocie moje – jestem w stanie przyjąć na swą wątłą klatę, ale troska portiera o mój stan to dla mnie za dużo. Jego tkliwa dbałość rzuciła mną o ziemię, a potem całym swym ciężarem (w tony lekko idącym:) zwaliła się na mnie, wbijając w posadzkę cementową.

wpis ten zawdzięczacie prostemu faktowi, że w owej, dzisiejszej porannej żałosnej, chwili nie miałam w kieszeni ciężkiego kamienia, w ręku sznurka, a po drodze żadnego głębokiego zbiornika wodnego.
:))))

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz