czwartek, 21 października 2010

Dziewczyna przodem *

No i się stało.
Szłam sobie wczoraj na dworzec. Beztrosko. Słońce świeciło, liście opadały, jak gdyby nigdy nic, a ptaki śpiewały i nawet jednym marnym świergotem się nie zająknęły o tym, co za chwilę nastąpić miało (oby im wszystkie, nie tylko z dupy!, pióra powyrywało!!!!:)).
Z podziemnego przejścia wychynęłam na peron i podniosłam głowę. Tylko ja i on. Spojrzeliśmy sobie w oczy. Nie wiem, co on miał w spojrzeniu, ale moje źrenice kipiały zniechęceniem i rozdrażnieniem. Stanęłam w rozkroku. Niebo i moje czoło zasnuły chmury. Gołębie z głośnym furkotem poderwały się do lotu. Wiatr przegonił po torach kilka suchych krzaków pustynnych i zatrzepotał groźnie połami naszych płaszczy. Zapadła cisza i klamka, bo WTEDY (sięgnęłam do kabury:)) moja pięta dokonała zwrotu, bezwstydnie okręciła się, pociągając za sobą całe ciało, które posłuszne, bez gestu sprzeciwu, nadany piętą ruch kontynuowało.
Uciekłam. TAK. Powiało tchórzostwem i teraz Pan nie ma wątpliwości.
Wprawdzie mógł sobie głupio pomyśleć, że w pracy zostawiłam włączone żelazko i pobiegłam wyciągnąć kabel z gniazda. Ale mam nadzieję, że wysnuł to, co winien, czyli, że nie chce mi się z nim gawędzić.
No way.
No i tyle.
Kije i badyle.
:)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz