- tego odcinka jeszcze nie
widziałam. Ta dziewczyna właśnie znalazła zakrwawioną szpilkę.
- ale jak?
- przeskoczyła przez płot i
znalazła.
- to przecież niemożliwe!
- no ale znalazła!
- Przeskakując przez płot, zauważyła
zakrwawioną szpilkę? ZA U WA ŻY ŁA?!
- mhm…
- Jak? To jest absolutnie
niemożliwe!
- dlaczego?
- Wykluczone. TAKĄ MAŁĄ
SZPILKĘ!
- ale but! BUT!
:)
Niektórym
pod stopami but, ot tak!, się ściele
A inni zaś
szukają i tracą nadzieję :)
Takie wiosenne przyjemności. Niestety,
gdyż i bo myśliwy ze mnie żaden. I choć poluję na (parę!) zwierza większego niż
szpilka, to wciąż me oko chybia, i wciąż: co sklep - to pomyłka:/
Przypuszczam, że
w pierwszej wersji program zwał się Archimedes splash i był programem prawie-że-naukowym,
w którym miano, mierząc siłę wyporu, szacować klasę i majestat zanurzanych w
wodzie gwiazd. Jednakowoż zasady gry szybko poddano obróbce, gdyż okazało się,
że zbyt onieśmielały ewentualnych prześwietnych zawodników. Zresztą dyskusyjną
kwestię przeważył, stojący w kolejce do basenu, spory (choć bez roli i żony)
Rolnik – potężna perła polskiego gospodarstwa. Przecież, umówmy się, program,
który ma budzić emocje i trzymać w napięciu, nie może wysuwać na trampolinę tak oczywistych zwycięzców.
Postanowiono
zatem odejść od pierwotnych założeń i stanęło na tym, że gwiazdy mają
odwzorowywać skoki oddawane przez profesjonalistów. Oczywiście mistrzom nigdy nie
dorównają. WIEM O CZYM MÓWIĘ. W
wyniku tak miernego powielania nie wyjdzie nic ponad tandetę. NO ALE przecież
nie o prześcignięcie ideału tu chodzi – przekrzykują się skromne i pokorne
gwiazdy - Liczy się dobra
zabawa i ubogacająca nas droga do celu!
Tu chodzi o walkę
z samym sobą!
O zdobywanie
umiejętności!
O pokonanie
swoich słabości!
O wyćwiczenie
swej fizyczności!
I, nie uciekajmy
od szczerości,
o odarcie się z
szat, do nagości!
- A co jeśli
chodzi o płatności…?
-Gwiazdy w tak ekstremalnej sytuacji
to coś, czego jeszcze nie było–
zmienia temat Nina Terentiew.
-Tak bardzo rozebranych gwiazd
jeszcze nie widzieliście! - dodaje lektor, który zdaje się nigdy nocą w
bezchmurne niebo nie spogląda.
Ale uwaga. Proszę
o ciszę.
Bo oto są
Oto one
GWIAZDY
Ledwie
dwuramienne
Bezbronne i
zmokłe
Stają do boju ze
swoimi lękami
Przed ubranym
jury i przed kamerami
A każdy zawodnik
to inna historia
Każdy zasługuje
na łzę Danuty Stenki…
… nie, nie mogę
już dłużej.
Zaprawdę Polsacie!
za jakie grzechy
skazujesz nas na te męki?
…
A, już po
żenującym wszystkim, skatowana podchodzę do Pana, który oranie ziemi
porzucił na rzecz
prucia wody własnym ciałem,
bo nurtuje mnie
jeszcze jedno pytanie:
- Panie Rolniku,
to który żywioł pan woli?
- nie wiem. Czuję
się oszukany i zdradzony!
- ale jak to?
Dlaczegoś Pan tak rozżalony?
- Bo tam. Na
dnie. Też nie było mej przyszłej żony!
Jeszcze nikt niczego lepszego nie wymyślił.Czasem wystarczy się ledwie skropić, zrosić
twarz delikatnie i już jest się orzeźwionym; bywa jednak i tak, że ktoś
uzna, że kropla - to za mały kaliber; że, by osiągnąć ożywczy efekt, konieczny
jest cały kubeł H2O. I oto w minionym tygodniu KTOŚ właśnie TAK UZNAŁ i pewnego
dnia, ledwie otworzyłam drzwi, wychodząc do pracy, chlusnął we mnie bez mała
całym jeziorem deszczu. Daleko cofnąć się nie mogłam, bo już i tak byłam
spóźniona, ale całe szczęście tuż przy progu stało paru chętnych, by objąć mnie
swym wodoodpornym ciałem, więc na chybił trafił wybrałam jednego, schowałam się
w jego rozpostartych ramionach i ruszyliśmy do boju. I, nie powiem, jego dłoń w
mojej dodawała otuchy. Wiatr wokół się wzmagał i okrutnie deszczem smagał. A my
ramię w ramię na dworzec. Gdyby nie on, suchej nitki można by szukać na mnie, niczym
igły w stogu siana. A tymczasem. Bardzo proszę. Miast zimnego opadu, zalewała
mnie fala spokoju i wdzięczności. Jak to
dobrze, że znaleźliśmy się razem w odpowiednim miejscu, o odpowiedniej porze. Podczas
narodzin zapewne mą głowę czepkiem zdobioną, gwiazda szczęśliwa swym blaskiem
opromieniała…tak, tak,Tak właśnie, poliestrem chroniona, dumałam o swym naznaczonym
pomyślnością poczęciu, kiedy nagle RYMS. Ktoś nacisnął guzik i momentalnie padać
przestało. Nawet nie zdążyłam dojść na peron, tak to w tych niebiosach się
zautomatyzowali! To już nie ma korbki, którą powoli i z mozołem się kręci,
zmniejszając stopniowo siłę opadu? To już teraz tylko klik, ciach i pyk? Oj,
nieładnie się bawią. Mogliby chociaż dać mi wsiąść do pociągu z tym słodkim
uczuciem fartu. A nie tak. W połowie drogi poddali nas niewdzięcznej metamorfozie.
Rycerz, którego ręka mnie krzepiła, a wypięta dumnie pierś jego przed wodą
chroniła – przeobraził się w postarzającą mnie laskę, w zawadzający drąg, w
sztywny kij, który dzierżyć już do końca dnia musiałam, na który dzień cały musiałam
mieć baczenie…
gdyż i bo, pod raptownie
bezchmurnym niebem, stałam się ponurym parasola cerberem.
Zza podniesionej nagle
zasłony deszczu wyłoniła się