piątek, 2 marca 2012

Pt 02-03-2012

Kalendarz, klepsydra, zegarek…
Miałam straszny poranek.
Obudziłam się z przekonaniem,
że dziś jest poniedziałek.
Naprawdę! Pewność ta z powrotem pchnęła mą biedą głowę na poduszkę. I nie wiem czybym podniosła się po tym nokaucie, gdyby nie komórka. Dopiero ona wyprowadziła mnie z błędu. Gdyby nie ona…co ja bym bez niej…? bez niej siedziałabym tu warcząc i szczekając. A tak. To ja siedzę w pokoju z widokiem na weekend, który po prawdzie nie jest zielony, rozłożysty, ani nawet ciepły. Bynajmniej. Ale nawet taki szary i wiatrem szarpany pozostaje mi nadal delicją nad delicjami:)))

środa, 29 lutego 2012

Dzień dobry

Chyba powinnam zapukać przed wejściem:) Tak dawno mnie tu nie było, że czuję się nieco onieśmielona. Nie bardzo pamiętam, co się wydarzyło w minionym, niezaksięgowanym tu, czasie. Wiem tylko, że jeździło po mnie coś wielkiego, zimnego i ciemnego. Tam i z powrotem. W- te- i- na- zad. Z zawrotną prędkością. Nie byłam w stanie nawet na chwilę podnieść głowy, bo już wracało, napierało, przygważdżało i bezlitośnie walcowało (co doprawdy nic nie szkodzi, bo zawsze byłam płaska jak deska;))). No ale, voilà!, teraz jest ze mnie jeszcze równiejsza babka:)

A tymczasem, bardzo proszę, w kalendarzu luty już finiszuje. I nie trzeba być Indianinem tropicielem, by wyniuchać wiosnę; bez wytężania słuchu można wyłowić jej pierwsze eteryczne kroki. W każdym razie po mnie - zrównanej z ziemią, gładkiej, wyglansowanej… dźwięk ten toczy się lekko i bez fałszu:)))
Słyszycie?
Nie? No to co tam u Was?
Brzmi chrząszcz w trzcinie?
:)

piątek, 20 stycznia 2012

Zakusy

- NO NIE!!! Znowu nic nie wygrałem.
- a w co grałeś?
- w lotto.
. . .
- eeej, a jakbyś tak wygrał, to coś byś mi odpalił?
- …ekhm… no…
- tak? A CO?
- PAPIEROSA.

sobota, 14 stycznia 2012

Poznań Główny

Długo nie działo się nic. Po czym nagle. Iskry spod kopyta i u steru stanęło ono. Wielkie. Olbrzymie. Gargantuiczne. Z łapami krwią splamionymi. Tempo budowy dworca poznańskiego.

Rozwinięta prędkość zapiera dech w piersiach. I poniższy film ogląda się. I jest się pod wrażeniem. No ale. W mojej głowie już grzechocą przeróżne śrubki, śrubeczki, nakrętki i pręty…drzemiące pod ogonem rozanielonego diabła. Taka śrubka ma wysokie poczucie własnej wartości. Jest harda i wie, że jej udział w budowie jest niebagatelny, i że, choć nie gra ona roli tytułowej, sztuka bez jej udziału okaże się szmirą, a najbardziej misternie wyglądająca konstrukcja - nic nie wartym truchłem.

Poprzez zawrotne tempo panujące na dworcu widzę niejedną taką zapomnianą śrubkę. Widzę ich całe kopce. Hałdy! Choć oczywiście mam nadzieję, że się mylę, że to tylko wyobraźnia, albo wzrok mnie oszukuje. To bardzo możliwe. Bardzo, ale niestety tak samo, jak i to, że w tym szalonym galopie łatwo stracić z oczu nie tylko śrubkę, ale nawet zagajnik słupów. Obrazy umykają i rozmywają się, jak te za oknem pędzącego samochodu.
No ale obym się myliła.
Oby nigdy żadna zagubiona śrubka nie musiała dowodzić swej istotności, wytaczając bezsporne argumenty wprost na głowy pasażerów.