a nie, dziekuję, mam siostrę.
z moją siostrą nie straszne mi żadne zaułki, kąty mroczne, czy uliczki boczne:)
z moją siostrą to ja pójdę w ciemno wszędzie.
Bo moja siostra
ma teorie…
Idziemy sobie. Wieczór. Ulica. Idziemy. Nieuchronnie zbliżamy się do bramy ziejącej najczarniejszą z czarnych czernią. Brama dyszy. My idziemy. Naraz brama wypluwa kilka smolistych postaci. Cienie są łyse, mieszkają w dresach i głośno dyskutują kurwami.
- Ej – zagajam – co robimy? Boję się…
- e no co ty…oni tylko tak groźnie wyglądają.
- no weź… się nie wygłupiaj, co robimy? Może przejdziemy na drugą stronę? …chociaż nie! Lepiej NIE!!! Jak my przejdziemy na drugą stronę, to oni się zorientują, że to przez nich, że się strachamy, i to ich rozjuszy, i wtedy z jeszcze większą pasją nas zaatakują, zgwałcą i zeżrą na kolację…
- e …nic nam nie zrobią…przestań, ONI TYLKO TAK WYGLADAJĄ.
- no weź… jak to nic nam nie zrobią? Tyś jeszcze wyszła w spódnicy. Bez sensu. Pójdziesz na pierwszy ogień. Wspomnisz moje słowa. O ile oczywiście zdążysz… TO CO? może wcześniej skręcimy? O rany, oni są już tuż, tuż… już widzę jak jeden z nich sięga po nóż i w mroku uśmiecha się szyderczo, już widzę jak płata nasze serca…
i tu UWAGA główny punkt programu
mijamy bramę, a oni…
…ONI TAK TYLKO WYGLĄDALI
i przeszłyśmy
nietknięte i nie zbrukane
Pfff …
Bo strachy duże oczy mają
a moja siostra ma teorie,
które się w praktyce sprawdzają :)))
poniedziałek, 7 listopada 2011
sobota, 5 listopada 2011
M como muerte
Hanna M. musi umrzeć. To już przesądzone. I odwrotu nie ma.
Ćwierka już o tym każdy ptak i liść każdy o tym szumnie szumi.
I oto w odcinku, na którym (przez przypadek, a potem to już z ciekawości) spoczęło dziś moje oko, mąż rzeczonej Hanny wybiega w podskokach z domu, odciąga ją od pielenia grządek i bierze na spacer wśród śmiechów, pocałunków i zapewnień o miłości. Następnie ten sam mąż podarowuje Hance naszyjnik - kamień księżycowy (to kamień ochronny czule rzecze, ozdabiając dekolt żony). Dalej otwiera szampana, prosi żonę do tańca i hasa z nią beztrosko w sadzie…(sic!) gdyby w tym momencie kwiatki z owocowych drzewek zaczęły spadać im na głowy niczym weselne konfetti, dalibóg!, padłabym zemdlona i nie doczekała kolejnych scen. Ale niestety. Przetrwałam tę sielankę, by zobaczyć jak bezlitośni scenarzyści wbijają ostatni gwóźdź do trumny Hanny i rozwiewają wszelkie ewentualne wątpliwości, co do jej dalszego losu. Jeśli jeszcze ktoś się łudził, że Hanna M. jakimś cudem ocaleje. To niestety. Niech wie, że ostatnia scena dzisiejszego odcinka zatrzaskuje przed nią wszelkie furtki. Bo w ostatniej scenie scenarzyści pakują Hannę M. do samochodu w takim pośpiechu, by, o! nieszczęsna, zapomniała wziąć podarowanego wcześniej naszyjnika. TAK TEGO SAMEGO – O-CHRON-NE-GO…
I teraz uwaga na ten kadr: Mąż stoi w obłoku spalin niknącego w ciemnościach samochodu odjeżdżającej Hanny. Kamera najeżdża na jego wyciągniętą dłoń, na której wisi zapomniany talizman. Wisi i dynda, bezlitośnie odliczając ostatnie minuty życia Małgorzaty Kożuchowskiej w tym pięknym serialu...OMG
Czyż można było jaśniej dać widzowi do zrozumienia, że w następnej odsłonie główną rolę zagra kostucha?
Co za geniusz!
Doskonała popelina i amerykański szyk.
I nic nie pokolorowałam.
Słowo.
Ćwierka już o tym każdy ptak i liść każdy o tym szumnie szumi.
I oto w odcinku, na którym (przez przypadek, a potem to już z ciekawości) spoczęło dziś moje oko, mąż rzeczonej Hanny wybiega w podskokach z domu, odciąga ją od pielenia grządek i bierze na spacer wśród śmiechów, pocałunków i zapewnień o miłości. Następnie ten sam mąż podarowuje Hance naszyjnik - kamień księżycowy (to kamień ochronny czule rzecze, ozdabiając dekolt żony). Dalej otwiera szampana, prosi żonę do tańca i hasa z nią beztrosko w sadzie…(sic!) gdyby w tym momencie kwiatki z owocowych drzewek zaczęły spadać im na głowy niczym weselne konfetti, dalibóg!, padłabym zemdlona i nie doczekała kolejnych scen. Ale niestety. Przetrwałam tę sielankę, by zobaczyć jak bezlitośni scenarzyści wbijają ostatni gwóźdź do trumny Hanny i rozwiewają wszelkie ewentualne wątpliwości, co do jej dalszego losu. Jeśli jeszcze ktoś się łudził, że Hanna M. jakimś cudem ocaleje. To niestety. Niech wie, że ostatnia scena dzisiejszego odcinka zatrzaskuje przed nią wszelkie furtki. Bo w ostatniej scenie scenarzyści pakują Hannę M. do samochodu w takim pośpiechu, by, o! nieszczęsna, zapomniała wziąć podarowanego wcześniej naszyjnika. TAK TEGO SAMEGO – O-CHRON-NE-GO…
I teraz uwaga na ten kadr: Mąż stoi w obłoku spalin niknącego w ciemnościach samochodu odjeżdżającej Hanny. Kamera najeżdża na jego wyciągniętą dłoń, na której wisi zapomniany talizman. Wisi i dynda, bezlitośnie odliczając ostatnie minuty życia Małgorzaty Kożuchowskiej w tym pięknym serialu...OMG
Czyż można było jaśniej dać widzowi do zrozumienia, że w następnej odsłonie główną rolę zagra kostucha?
Co za geniusz!
Doskonała popelina i amerykański szyk.
I nic nie pokolorowałam.
Słowo.
piątek, 4 listopada 2011
Baczność!
Dobra kolejowa passa trwa, JEDNAKOWOŻ pasażerowie wciąż są nieufni. Nadal tłumnie obsiadają pierwszy skład zamiast rozprzestrzenić i rozwłóczyć się na podarowanej dodatkowej długości. Nadliczbowe wagony traktują jak fatamorganę, oazę pełną życiodajnych siedzeń, która na pewno rozwieje się jak mgła, gdy tylko do niej dotrą … Nie chcą ryzykować.
Zostać na pustyni peronu z pręgą toru boleśnie odciśniętą na pośladkach i patrzeć jak ta prawdziwa, trzywagonowa bana uchodzi w siną dal… - któżby tak chciał…?
:)
dlatego jesteśmy głusi na komendę spocznij,
i nieufni, i podejrzliwi, i wątpiący wielce w swe szczęście
uparcie trzymamy się czoła pociągu:)
Zostać na pustyni peronu z pręgą toru boleśnie odciśniętą na pośladkach i patrzeć jak ta prawdziwa, trzywagonowa bana uchodzi w siną dal… - któżby tak chciał…?
:)
dlatego jesteśmy głusi na komendę spocznij,
i nieufni, i podejrzliwi, i wątpiący wielce w swe szczęście
uparcie trzymamy się czoła pociągu:)
czwartek, 3 listopada 2011
Front atmosferyczny
wiem, że nie należy chwalić dnia chwilę po wschodzie słońca, ale rzecz jest naprawdę godna odnotowania.
Dziś na stację wjechał punktualnie ogrzewany pociąg na wagonów czterdzieści… a w każdym razie nam -pasażerom zgniecionym roczną jazdą w zaledwie trzech - zdawało się, że bana końca nie ma …
Zakrztusiłam się tak znienacka podanym mi łykiem przestrzeni…
mówię Wam,
jazda na siedząco
i można zwariować ze szczęścia…
...i od pogody. Trochę mi się ziemia spod nóg dziś usuwa. Wszystko wiruje i choć gwoździa w czole nie mam, to jakaś przybita jestem… a w radiu z rana głosili „warunki meteorologiczne sprzyjają dobremu samopoczuciu…”.
Jasne.
Szkoda, że nie mojemu.
bez odbioru.
Dziś na stację wjechał punktualnie ogrzewany pociąg na wagonów czterdzieści… a w każdym razie nam -pasażerom zgniecionym roczną jazdą w zaledwie trzech - zdawało się, że bana końca nie ma …
Zakrztusiłam się tak znienacka podanym mi łykiem przestrzeni…
mówię Wam,
jazda na siedząco
i można zwariować ze szczęścia…
...i od pogody. Trochę mi się ziemia spod nóg dziś usuwa. Wszystko wiruje i choć gwoździa w czole nie mam, to jakaś przybita jestem… a w radiu z rana głosili „warunki meteorologiczne sprzyjają dobremu samopoczuciu…”.
Jasne.
Szkoda, że nie mojemu.
bez odbioru.
Subskrybuj:
Posty (Atom)