wtorek, 12 października 2010

Scenka,

w której panienka rzewnie płacze,
gdyż została otwieraczem
- żeby chociaż korkociągiem! – głośno kwili -
jest z fantazją zakręcony i wnikliwy…

(źródłem jej łez morza
jest nagła promocja na noża)

- dzień dobry
- dzień dobry
- jest coś do mnie?
- tak, tutaj proszę – podaję mu przez biurko wypchaną kopertę (biała, format C5, bez zaszyfrowanego zamka) – właśnie dostarczono.
- O! ach, to TO. Tak wiem – ogląda, wącha, maca, bada, prawie językiem smakuje – dzwonili, że prześlą. Tak. Hm… Czy mogę prosić o ładne otwarcie? – i wręcza mi przesyłkę z powrotem.
- ?!

Szable w dłoń i na koń,
ciąć, szarpać i rżnąć
psubrata!!!!!
tam do kata!

piątek, 8 października 2010

Dziewczyna przodem *

Wpadam biegiem na przystanek tramwajowy, chowam się pod wiatę, wciskam głęboko i cała przyklejam do szyby. Czekam aż przysypie mnie idący tu z dworca tłum, aż otuli i otoczy murem grubym i mocnym. I gdy ściana rośnie w siłę, i gdy wydaje mi się, że niebezpieczeństwo zostało zażegnane, i gdy już oddycham z ulgą, świętując swój spryt, kątem oka dostrzegam rysę; Początkowo udaję, że jej nie widzę, ale mała szczelina w mgnieniu oka, pod naporem znajomego „PRZEPRASZAM, PRZEPRASZAM”, staje się wielką dziurą, a potem mur zdradliwie się rozstępuje i pan mnie definitywnie wyłuskuje.
- DZIEŃ DOBRY DZIEWCZYNIE
- dzień dobry
- COŚ TRUDNO SIĘ DZIŚ DO DZIEWCZYNY DOSTAĆ

ech…ale jednak wciąż za łatwo:)

(straciłam rachubę w gwiazdkach!:)))

wtorek, 5 października 2010

Ślub, ślump, ślump, ślump…

- JAK JA DAWNO PANI NIE WIDZIAŁEM!!! – powitał mnie głośno portier z budynku, o który byłam zmuszona wyjątkowo zahaczyć.
- tak?
- OSTATNI RAZ CHYBA W CZERWCU!!! – krzyczy dalej.
- no widzi pan.
- NO WIDZĘ. A ŻE TAK ZAPYTAM. STAN PANI JESZCZE WOLNY, CZY JUŻ NIE WOLNY?
- ?
o-borze-tucholski-daj-mi-świeżego-powietrza-łyk-bo-padnę

To, że moja babcia liczy mi czas, że robią to rodzice, no i, o mój jeżuniu, ciocie moje – jestem w stanie przyjąć na swą wątłą klatę, ale troska portiera o mój stan to dla mnie za dużo. Jego tkliwa dbałość rzuciła mną o ziemię, a potem całym swym ciężarem (w tony lekko idącym:) zwaliła się na mnie, wbijając w posadzkę cementową.

wpis ten zawdzięczacie prostemu faktowi, że w owej, dzisiejszej porannej żałosnej, chwili nie miałam w kieszeni ciężkiego kamienia, w ręku sznurka, a po drodze żadnego głębokiego zbiornika wodnego.
:))))

niedziela, 3 października 2010

„i tak się trudno rozstać, i tak się trudno rozstać..”

czyli słowo z ambony:

„… i módlmy się za zmarłych księży pracujących w naszej parafii”

Oto jaką mamy parafię!!!
:)
nie wiem tylko,
czy ta wierna praca warta jest glorii i chwały
czy też, jako zwykła robota na czarno, ciężkiej kary?