Co ma w głowie gość, który wchodzi do mnie służbowo i zagaja w te oto słowa???
- co słychać?
- jest dobrze, dziękuję.
- a co, że tak zapytam, u rodziny?
- (?) dziękuję wszyscy zdrowi.
- a dzieci?
- jakie dzieci?
- pani
- ja nie mam dzieci.
- nie?
- NIE
- hm… ale chciałaby pani?
- nie myślę o tym (przepadnij i zgiń!!!)
- nie?
- NIE (Ole!)
- ale miło by było je mieć…
- SŁUCHAM?
- miło by było je mieć, nie myśli pani?
- jednym byłoby miło, INNYM MNIEJ
- aha…. To może ja już pójdę
- mhm… (wtedy na pewno byłoby miło!!!)
Otóż myślę, że do tej głowy nawet przeciąg rzadko wpada z wizytą.
wtorek, 14 grudnia 2010
poniedziałek, 13 grudnia 2010
Chrzest
Zebraliśmy się tutaj na dworcu PKP w Poznaniu, by ochrzcić nowy rozkład jazdy.
Powitajmy zatem pierwszy w stawce pociąg do Leszna. Trzy piętrowe zimne wagony bez lokomotywy! Brawo!!! Nowy planowy odjazd: godzina 15.50. Deklarowane spóźnienie: 90 minut. Czy pociąg w czapce niewidce na peronie obok, planowy odjazd 16.17, przeskoczy tę wysoko postawioną poprzeczkę??? Czy podoła??? NIESTETY. Co za cienias! Jak na razie zapowiada spóźnienie na zaledwie 60 minut… Ale chwileczkę! Oto na tor o krok dalej podjeżdża kolejna (nomen omen:) bana, planowy odjazd 16.46, spóźnienie: JEDYNE 25 minut. Nie ma szans na wygraną… Ale proszę państwa! Co się dzieje?! Czy Państwo to widzą?!!! Oto ta mizerota, ostatnia w stawce ze swoim niecałym półgodzinnym poślizgiem, zaczyna wchłaniać kipiący na peronie TŁUM Z TRZECH KURSÓW! W mgnieniu oka wsysa go, do ostatniej głowy i nogi, w swoje, zaledwie trzy!, wagony. Sprzątnęła już chyba wszystkich pasażerów sprzed nosów rywali. Syta czknęła donośnie, sapnęła z rozkoszą i oto rusza, RUSZA PROSZĘ PAŃSTWA, nie walcząc o podium… Równo z godziną 17.11 obojętnie sunie w śnieżną dal…
Nowy rozkład jazdy uważam za uświęcony i do bani!
Powitajmy zatem pierwszy w stawce pociąg do Leszna. Trzy piętrowe zimne wagony bez lokomotywy! Brawo!!! Nowy planowy odjazd: godzina 15.50. Deklarowane spóźnienie: 90 minut. Czy pociąg w czapce niewidce na peronie obok, planowy odjazd 16.17, przeskoczy tę wysoko postawioną poprzeczkę??? Czy podoła??? NIESTETY. Co za cienias! Jak na razie zapowiada spóźnienie na zaledwie 60 minut… Ale chwileczkę! Oto na tor o krok dalej podjeżdża kolejna (nomen omen:) bana, planowy odjazd 16.46, spóźnienie: JEDYNE 25 minut. Nie ma szans na wygraną… Ale proszę państwa! Co się dzieje?! Czy Państwo to widzą?!!! Oto ta mizerota, ostatnia w stawce ze swoim niecałym półgodzinnym poślizgiem, zaczyna wchłaniać kipiący na peronie TŁUM Z TRZECH KURSÓW! W mgnieniu oka wsysa go, do ostatniej głowy i nogi, w swoje, zaledwie trzy!, wagony. Sprzątnęła już chyba wszystkich pasażerów sprzed nosów rywali. Syta czknęła donośnie, sapnęła z rozkoszą i oto rusza, RUSZA PROSZĘ PAŃSTWA, nie walcząc o podium… Równo z godziną 17.11 obojętnie sunie w śnieżną dal…
Nowy rozkład jazdy uważam za uświęcony i do bani!
niedziela, 12 grudnia 2010
Po wieczornym seansie
„Nieśmiertelnego”
Pragnę napisać, iż
1. być może Christopher Lambert ma w oczach COŚ (więcej poza lekkim zezem:), ale skromnie wydaje mi się, że ja wykazuję więcej zdolności aktorskich, siedząc na kanapie i machając nóżką obutą w laczek.
2. nie rozumiem, dlaczego głowa Seana Connery’ego ścięta zostaje w połowie filmu, zamiast być jego ozdobą do ostatniego kadru?
3. pomysł, by nieśmiertelnemu w nagrodę dać śmiertelność był dobry, ale bonus w postaci nieograniczonego dostępu do głów innych śmiertelników (ze szczególnym uwzględnieniem głów państwa(?!))… uważam za rzeź.
Pragnę napisać, iż
1. być może Christopher Lambert ma w oczach COŚ (więcej poza lekkim zezem:), ale skromnie wydaje mi się, że ja wykazuję więcej zdolności aktorskich, siedząc na kanapie i machając nóżką obutą w laczek.
2. nie rozumiem, dlaczego głowa Seana Connery’ego ścięta zostaje w połowie filmu, zamiast być jego ozdobą do ostatniego kadru?
3. pomysł, by nieśmiertelnemu w nagrodę dać śmiertelność był dobry, ale bonus w postaci nieograniczonego dostępu do głów innych śmiertelników (ze szczególnym uwzględnieniem głów państwa(?!))… uważam za rzeź.
piątek, 10 grudnia 2010
Do zakochania jeden krok
Bo to nie jest tak, że dyszę nieskazitelną nienawiścią do zimy.
Są przecież chwile:), że idę z nią pod rękę, śnieg ślicznie się skrzy, zimne powietrze zachwyca świeżością, płatki z gracją wirują i lekko opadają, ścieląc się miękko przed nami… I wtedy naprawdę łagodnieję i chcę serdecznie uścisnąć jej oziębłą dłoń, a nawet wpaść w jej nieludzkie objęcia i westchnąć w chłodne ucho, że jest niedościgle piękna, ALE niestety do tego zbliżenia nigdy nie dochodzi, bo wtedy zawsze, ALE ZAWSZE!, wpada na nas swoim obmierzłym cielskiem zazdrosna PKP. Przyzwoitka cholerna. I oto każe mi stać godzinami w tłumie i w mrozie, by potem ugnieść mnie (i tłum) w trzech małych wagonikach, by następnie dopełnić moje (i, dalibóg, nie zapominajmy o tłumie!!!) wagony wycieczką szkolną, i na koniec całą drogę nie domykać drzwi (o oknach nie wspomnę!!).
W takich chwilach z odrazą odsuwam się od zimy, ze wstrętem zrzucam jej skrzące się tęczą ramię z ramienia mego, bez pardonu uderzam z łokcia w jej śnieżny wydęty brzuch i tupię, strasznie tupię, że nie lubię, gardzę, i się brzydzę...
Poza tym pragnę donieść, że oto chyba na dobre wróciły czasy zim moich rodziców. Zim, kiedy to ludzie kopali tunele w śniegu, herbatę gotowali ze śniegu i jedli śnieg… Rodzice zawsze opowiadali o tym z pewnym zapałem i wyższością wobec nas – tych którzy takich prawdziwie mroźnych i śnieżnych czasów nie przeżyli. Teraz jednak jakoś nie widzę w nich szalonej euforii z racji powrotu tego, co uznali za bezpowrotnie stracone…
Dziwne.
Zwłaszcza, że do kopania śniegowych wąwozów doprawdy nam już niedaleko:)))
Są przecież chwile:), że idę z nią pod rękę, śnieg ślicznie się skrzy, zimne powietrze zachwyca świeżością, płatki z gracją wirują i lekko opadają, ścieląc się miękko przed nami… I wtedy naprawdę łagodnieję i chcę serdecznie uścisnąć jej oziębłą dłoń, a nawet wpaść w jej nieludzkie objęcia i westchnąć w chłodne ucho, że jest niedościgle piękna, ALE niestety do tego zbliżenia nigdy nie dochodzi, bo wtedy zawsze, ALE ZAWSZE!, wpada na nas swoim obmierzłym cielskiem zazdrosna PKP. Przyzwoitka cholerna. I oto każe mi stać godzinami w tłumie i w mrozie, by potem ugnieść mnie (i tłum) w trzech małych wagonikach, by następnie dopełnić moje (i, dalibóg, nie zapominajmy o tłumie!!!) wagony wycieczką szkolną, i na koniec całą drogę nie domykać drzwi (o oknach nie wspomnę!!).
W takich chwilach z odrazą odsuwam się od zimy, ze wstrętem zrzucam jej skrzące się tęczą ramię z ramienia mego, bez pardonu uderzam z łokcia w jej śnieżny wydęty brzuch i tupię, strasznie tupię, że nie lubię, gardzę, i się brzydzę...
Poza tym pragnę donieść, że oto chyba na dobre wróciły czasy zim moich rodziców. Zim, kiedy to ludzie kopali tunele w śniegu, herbatę gotowali ze śniegu i jedli śnieg… Rodzice zawsze opowiadali o tym z pewnym zapałem i wyższością wobec nas – tych którzy takich prawdziwie mroźnych i śnieżnych czasów nie przeżyli. Teraz jednak jakoś nie widzę w nich szalonej euforii z racji powrotu tego, co uznali za bezpowrotnie stracone…
Dziwne.
Zwłaszcza, że do kopania śniegowych wąwozów doprawdy nam już niedaleko:)))
Subskrybuj:
Posty (Atom)